To wyjątkowa książką. I rzeczywiście wielka. Zwłaszcza objętościowo. Duży format, malutka czcionka i bite 800 stron. Jakby to przeliczyć na standartowe rozmiary, to pewnie wyszłobyt 1600-1700 stron.
Większość z nas prowadzi spokojne, wręcz nudne życie. Szkoła, dom, praca, wakacje, urlop, takie rzeczy. Czasem jakieś szaleństwo, ale raczej na co dzień jest spokojnie. Dlatego tak lubimy „oddalać ” się w literaturę, bo ona daje nam możliwość szybkiego przedostania się w zupełnie inny świat.
Co mamy w tej książce? Mamy lata 80-te i chłopaka z Australii, który chce być pisarzem i intelektualistą, ale traci dziewczynę, pokonuje go nałóg narkotykowy, zostaje z braku środków przestępcą, napada na banki, ludzi z bronią w ręku, ale nigdy nikogo nie zabija. Trafia do więzienia, dostaje wyrok 20 lat i jest brutalnie maltretowany przez klawiszy. Wie, że nie przeżyje przez to, wiec ucieka z więzienia, w brawurowy sposób, ukrywa się z innymi gangsterami, ale rezygnuje z tego i w końcu trafia do Bombaju. Traci wszelkie środki, nie ma gdzie mieszkać, więc zostaje jednym z 25 tysięcy lokatorów bombajskich slumsów. Pomaga ludziom lecząc ich . Doświadczenie ma niewielkie, ledwie jakiś kurs medycznej pomocy, ale tutaj to wystarczy. Pomaga miejscowym, i co ważne robi to za darmo. Bo tutaj tak się żyje. Slumsy oznaczają prawdziwe charaktery, współdziałanie i prawdziwą miłość. Dorabia bardzo drobnymi przestępstwami, kocha ludzi i ludzie kochają jego. Poznaje miejscowe języki marathi i hindu, odwiedza rodzinne wioski nowych przyjaciół, pomaga jak może. Ale komuś to się nie podoba i trafia do bombajskiego aresztu – więzienia. Spędza wiele miesięcy w tragicznych warunkach. Bity, głodzony, upokarzany nie ma szans przetrwać rzeczywistości pełnej brudu, insektów, głodu i potężnej skierowanej przeciw niemu przemocy. Ale wyciągają go z więzienia. Jego duchowy guru pomaga mu, ale w zamian nasz bohater Lin, zostaje człowiekiem jego gangu. Na początku to nie najgorszy gang. Nie mordują bez potrzeby, nie zajmują się narkotykami, czy prostytucją. Mają zasady. Potem jednak zaczynają ginąć ludzie. Australijczyk trafia do Afganistanu na wojnę ze Związkiem Sowieckim. Znowu tygodnie głodu, brudu, zimna, strachu, śmierci wokół. Większość jego przyjaciół ginie w walkach, w tym jego guru. Wraca do Bombaju. Wszystko się zmienia. Stracił swoich najbliższych. W epidemii cholery, w wypadkach samochodowych. Załamuje się. Na wiele tygodni znowu jest narkomanem. Ale wraca do życia. Nadal jest gangsterem, tylko że w tym gangu jakby zasad coraz mniej. Kocha kobietę, ale to miłość bez szans na przyszłość. Zatraca się w walkach, aż sobie zdaje sprawę, że właśnie stał się dokładnie takim, jakim nie chciał być.
A teraz proszę sobie wyobrazić, ze to wszystko wydarzyło się naprawdę w życiu Gregorego Davida Robertsa – autora tej książki.
Był jeszcze ciąg dalszy – chyba w innej powieści. Bohater wyjeżdża do Europy, zostaje zatrzymany za handel narkotykami i deportowany do rodzinnej Australii, gdzie ma spędzić kolejne lata w więzieniu. Ucieka, ale po pewnym czasie wraca, sam zgłasza się do odbycia kary. Chce wreszcie uporządkować swoje życie, odbyć karę i… napisać książkę.
To piękna książka. Pachnąca intensywnie Indiami. Choć mnóstwo w niej brudu, smrodu, zła, lęku, biedy, to jednocześnie przepełniona jest miłością.
Sama postać Prabakera – hinduskiego przewodnika, którego Lin poznaje pierwszego dnia pobytu w Bombaju, to wspaniały archetyp wiecznie uśmiechniętego Hindusa, który przepełniony jest miłością, dobrem i wiecznym optymizmem. A do tego ten jego angielski – przezabawna wersja, choć to już pewnie wielka zasługa polskiego tłumacza.
Świetna rzecz – zwłaszcza pierwsze 600 stron – choć wysysająca z czytelnika wszelkie soki.
