Kibicowanie to kiepskie hobby. Człowiek wiele inwestuje, a niewiele dostaje w zamian.  Denerwujemy się,  obgryzamy paznokcie, trzymamy kciuki, a często na koniec zostajemy z nerwami, wkurzeniem, czasem wściekłością. 

Jeśli kibicujesz jednemu klubowi, to sprawa jest prosta, jeden do jednego.  Albo będzie dobrze, albo źle.  Nawet jeśli jest nijako, to też jest źle, bo przecież jak kibicujesz  najlepszemu klubowi w okolicy, to liczy się tylko wygrana.  Drugie miejsce to już porażka. 

Trochę inaczej jest wtedy, gdy kibicujesz kilku zespołom, oczywiście w różnych ligach. Wtedy  jeden kiepski rezultat można przykryć sukcesem innym i tym się pocieszać. 

Od lat kibicuję kilku klubom.  

Lechii Gdańsk pewnie od 46 lat, od chwili gdy z przyjacielem poszedłem na mecz pucharowy,  

Liverpoolowi  nawet dłużej. Może od dnia, kiedy dostałm od wujka z Liverpoolu pierwsze koszulki i gadżety. Ponad 50 lat.

Atletico Madryt  może ze 30 lat od czasu ikonicznego gola Christiana Vieriego z PAOK Saloniki.

AS Roma chyba od czasów gry w tym klubie Zbigniewa Bońka.  

Moje oceny za miniony sezon (w skali szkolnej)

LECHIA GDAŃSK  – 2

FC LIVERPOOL  –  3

ATLETICO MADRYT – 3+

AS ROMA – 4+  

 

Lechia – totalne rozczarowanie. Po poprzednim sezonie, w którym koniec końców udało się uniknąć spadku liczyłem, że w tym sezonie będzie po prostu normalniej. Niestety. Minus 5 punktów kary za zaniedbania organizacyjne ustawiły start tego sezonu i cele sportowe. Ale tu niespodziewanie okazało się, że zespół Johna Carvera  świetnie sobie z tym poradził.  Szybko wyszliśmy ze strefy spadkowej, w pewnym momencie  awansowaliśmy na 9. miejsce w tabeli i zaczęło się pompowanie balonika o pucharach, a niektórzy licząc na skuteczne odwołanie od kary i przywrócenie tych pięciu punktów, nawet pomyśleli o mistrzostwie. I najciekawsze jest to, że te marzenia miały realne podstawy.  My naprawdę graliśmy świetnie.  Na początku roku pokonaliśmy 3-1 na wyjeździe Mistrza Polski, 5-2 wicemistrza i 3-0 trzeci zespół.  Ale potem przyszedł mecz z Piastem Gliwice, który powinniśmy spokojnie wygrać, prowadząc jeszcze  kilka minut przed końcem i grając w przewadze. Ale nie wygraliśmy. Zupełnie absurdalny rzut karny, którego nie powinno być.  Gdybyśmy wtedy wygrali ten mecz, dziś gralibyśmy dalej w ekstraklasie. A potem przyszło pięć kolejnych porażek…  

Dlaczego tak się stało? Lechia dysponowała fatalną obroną. Straciła najwięcej bramek w lidze.  Ale jednocześnie miała najlepszy atak w stawce ligowców.  I dopóki ta gra ofensywna działała, to dawało gole i punkty.  Ale w którymś momencie nastąpił fatalny zjazd formy WSZYSTKICH zawodników. Gole przestały padać i bilans przestał się zgadzać. Przegrywaliśmy kolejne mecze.  Czy dało się coś z tym zrobić?  Nie bardzo, bo ławka rezerwowych Lechii to był żart. Kilku bezwartościowych grajków, z których trener nawet nie próbował korzystać, bo nie gwarantowali dobrego efektu.  Graliśmy więc kadrą 11-13 zawodników, z których niemal każdy był pod formą i to się musiało tak skończyć.  Mimo wszystko, nawet w tym ostatnim fatalnym meczu w Niecieczy, nawet w drugiej połowie mogliśmy i powinniśmy strzelić cztery gole i się utrzymać. Były na to świetne okazje /rzut karny, słupki, poprzeczki, strzały na pustą bramkę/ ale je zmarnowaliśmy.  I to kolejny element tej listy winnych spadku.  Piłkarze nie udźwignęli sytuacji. Zwyczajnie ich piłkarsko to przerosło. Nogi i głowy zawiodły w decydujących momentach sezonu, kluczowych meczach, najważniejszych minutach.  Zawiedli.  

Fatalny sezon.   Ocena niedostateczna.

FC Liverpool – duże rozczarowanie. Ja rozumiem sinusoidy i wahania. Rozumiem, że czasem słońce, czasem deszcz, ale to co spotkało kibiców Liverpoolu to spora przesada.  Od Mistrzostwa Anglii w poprzednim sezonie do fatalnej postawy zespołu i wejścia do kolejnych rozgrywek Ligi Mistrzów kuchennymi drzwiami zajmując piąte miejsce w Premier League. Trudno w to uwierzyć, że obrońca tytułu wzmacniający się znanymi zawodnikami za 500  milionów funtów zacznie grać tak słabo, tak nudno, że oprócz katastrofalnych wyników i wielu porażek, kibice otrzymali zupełnie nijaką drużynę bez charakteru, bez ognia. bez woli walki. Oczywiście są okoliczności łagodzące.  To nie jest tak, że klub wydał 500 milionów i nikogo nie stracił.  No, nie. Zarobił 200 milionów na zawodnikach odchodzących.  A po stronie osłabień  zanotował  potężne straty.  Luiz Diaz /transfer do Bayernu/ Diogo Jota /śmierć zawodnika/, Trent Alexander-Arnold /transfer do Realu/ plus mniejsze straty kadrowe: Nunez, Quansah, Kelleher. To oczywiście potężne straty, ale wydawało się, że  transfery  przychodzące zrównoważą z nadwyżką te straty.  Nic bardziej mylnego. Florian Wirtz, Aleksander Isak, Jerome Frimpong,  Milos Kerkez delikatnie mówiąc nie dowieźli. Jeśli do tego dodać masę kontuzji, w tym takich wielomiesięcznych /Isak, Bradley, Ekitike/  to rzeczywiście brzmi jak okoliczności łagodzące. Ale nawet zespół z takimi problemami nie ma prawa tak fatalnie się  prezentować.  Kompromitujące porażki i awans do Ligi Mistrzów tylko dlatego, że Anglia dostała kolejne, piąte, miejsce w tych rozbudowanych rozgrywkach.  No i w tym wszystkim osoba trenera Arne Slota.  Z jednej strony  tytuł mistrza, z drugiej kompletny spadek formy kolejnych graczy.  Moim zdaniem znaczną część tego zjazdu formy musi być winą szkoleniowca.  A on nie potrafił sprawić, że McAllister znowu zaczął dobrze grać w piłkę, żeby Isak po kontuzji wrócił do formy, żeby gwiazda Bundesligi – Florian Wirtz znalazł właściwe miejsce na boisku.  Kibice zareagowali jednoznacznie: znienawidzili menadżera. I tutaj doszło do kuriozalnej sytuacji: zespół się pogrążał, przegrywał, odpadał ekspresowo z kolejnych pucharów, a zarząd klubu wciąż nie zdecydował się na zwolnienie trenera.  I kryzys tylko się pogłębiał.  W niedzielę było zakończenie sezonu. Mo Salah i Andy Robertson – legendy klubowe pożegnały się z kibicami, odchodzą.  Na stadionie klimat stypy. Kilku innych zawodników też nosi się z decyzją odejścia,  paru kontuzjowanych, Ekitike o kulach,  Virgil van Dijk – kapitan smutno siedzący na trawie i patrzący na to, co się dzieje, a trener na ławce rezerwowych siedzi samotnie i nawet nie podszedł do kibiców. To naprawdę smutne obrazki. 

Kiepski sezon – Ocena dostateczna

 

Atletico de Madrid –  to jest wyjątkowy klub.  Wbrew temu co kibice sądzą to naprawdę potężny i bogaty klub. Ma wspaniały stadion zapełniany regularnie dziesiątkami tysięcy fanów.  Wielu sponsorów i naprawdę duże możliwości.  Mają najlepiej na świecie zarabiającego trenera, ale też jeden zasadniczy problem: klub funkcjonuje w cieniu dwóch gigantów światowej piłki klubowej. I w tym cieniu trzeba znaleźć sobie miejsce dla siebie. Kiedy piłkarz decyduje się na grę w La Liga, to zawsze wybierze Real lub Barcelonę.  Atletico musi  zabiegać o piłkarzy drugiego wyboru.  Dlatego tak trudno tutaj o spektakularne sukcesy.  Trzeba trafić w okienko czasowe słabości rywali i wystrzału formy swoich zawodników. To bardzo ważne przy ocenie każdego sezonu Rojiblancos. 

W tym sezonie od początku Atletico postawiło na puchary.  Kiepski start  w lidze szybko sprawił, że straty punktowe były zbyt duże, żeby marzyć o walce o tytuł Mistrza Hiszpanii.  Więc tę walkę po prostu odpuszczono.  W krytycznych momentach, gdy czekały ich ważne mecze pucharowe, po prostu w meczu ligowym Diego „Cholo” Simeone wystawiał zawodników rezerwowych i zupełnych debiutantów – juniorów.  Wszystkie siły zostały przerzucone na puchary.  Czy to przyniosło skutek?   Jeśli spojrzeć na wynik finalny, to nie, bo Atletiko nie wygra w tym roku Ligi Mistrzów  ani Copa del Rey.  Ale jeśli już spojrzymy na to spokojniej, to okaże się, że w tych zmaganiach było sporo dobrych chwil, a wygrane były naprawdę bisko.  Zmagania w Lidze Mistrzów przeszli naprawdę w dobrym stylu.  Dotarli aż do półfinałów, gdzie nieznacznie po ciężkich bojach ulegli Mistrzowi Anglii – Arsenalowi.  A przecież w tych meczach spokojnie szala wygranej mogła przejść na stronę hiszpańskiego klubu.  Dziś już niczego nie zmienimy, Arsenal za chwilę zagra w tegorocznym  finale, ale co byłoby, gdyby sędzia podyktował dla Atleti trzy rzuty karne, które podyktować powinien.   Ale to już historia.  Nie podyktował i Atletico de Madrid nie wygra Champions League.  

W Pucharze Króla też było świetnie, ale tylko do finału.   Tutaj trafili na Real Sociedad, który nie miał dobrego sezonu, ale na ten jeden mecz się bardzo sprężył i zasłużenie, choć nieznacznie wygrał.   Dwa puchary – dwie porażki.  Trudno o radość.  Nawet jeśli po drodze w obu pucharach wyeliminowało się krajowego konkurenta – Barcelonę.   I tyle.  

Średni sezon – Ocena dostateczna +

 

AS Roma od dawna niczego nie wygrała.  Poprzedni sezon był specyficzny. Fatalny początek, miejsce blisko strefy spadkowej,  a potem Claudio Ranieri ratujący sezon i goniący czołówkę i walczący o Ligę Mistrzów. Było blisko, ale zabrakło jednego punktu.  Ten sezon od początku był niezły, ale nie dawał nadziei na znaczące sukcesy. Porażka w Lidze Europy, porażka z Pucharze Włoch i została tylko liga. Tutaj nadal było daleko do optymizmu. Wygrane przeplatały się porażkami w meczach z czołowymi zespołami.  No i nadal w klubie nie było napastnika.  Dopiero w styczniu do zespołu dołączył Donyell Malen z Aston Villi.  I okazał się prawdziwym strzałem w dziesiątkę.  Holender strzelił od stycznia 14 goli i został wice królem strzelców ligi, choć był w niej ledwie cztery miesiące. I te gole wszystko zmieniło.   Walczyli do końca i mimo, że zajmowali przeważnie miejsce 5-6 ciągle wierzyli w sukces. A że rywale pomogli?  Cóż, tego także w sporcie potrzeba.  Kluczowy był mecz wyjazdowy w Parmie.  Jeszcze w 94 minucie przegrywali, ale ambicja pozwoliła im strzelić dwa gole i wygrać nie tylko ten wydawałoby się przegrany mecz, ale i wygrać sobie szansę na czwarte miejsce. W kolejnym meczu wygrali spokojnie derby de la Capitale z Lazio, a że rywale pogubili punkty, to ostatni mecz sezonu, wyjazdowy  ze zdegradowaną Veroną, był meczem o Ligę Mistrzów.  Roma swoją trochę niespodziewaną szansę wykorzystała, choć łatwo nie było.  Wygrali, rywale znowu sensacyjnie pomogli, i Rzymianie skończyli sezon na ligowym podium, a co najistotniejsze  wracają po siedmiu latach do Champions League. 

To był dobry sezon. Roma ma wreszcie w składzie dobrych piłkarzy.   O Malenie już było.  Mile Svilar to najlepszy bramkarz ligi, Wesley świetny boczny obrońca,  Kone – pomocnik, Dybala – wiadomo, jak był zdrowy, był genialny. Do tego Sule, Ndicka, Pellegruni to naprawdę wartościowe postaci. Do tego Pisilli i Venturino – młode włoskie pokolenie. Awans do Ligi Mistrzów  daje nadzieję, że większe pieniądze i jeszcze lepszy piłkarski skład. 


Dobry sezon – Ocena dobra +

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *