Zawsze chciałem mieć psa. To jedno z moich marzeń niespełnionych. Drugie to ponowna jazda na rowerze. Bo kiedyś jeździłem. Psa w sumie też trochę miałem.
Dawno, dawno temu, za wieloma górami i wieloma morzami odbywałem służbę wojskową nad morzem w Unieściu. Prawie pół roku udawałem, że pilnuję niczego, jedynym pozytywnym, efektem tego, były dwa psy: Cygan i Diana. Ona była owczarkiem niemieckim, ale już w podeszłym wieku, schorowana, nie mogąca biegać, a i chodzić nie było jej łatwo. Miała bardzo głęboki, tubalny głos, co czyniło ja groźną dla otoczenia, oczywiście dopóki to otoczenie nie zobaczyło w jakim stanie ona jest. On, to już zupełnie inna historia. Z owczarka miał tylko trochę, więcej z pospolitego psa, ale ta mieszanka dała naprawdę dobre geny. Nie był czarny, wbrew swojej nazwie, miał ciemną sierść. Kiedy przyjechaliśmy do Unieścia w środku gorącego lata, karmienie psów było jednym z naszych obowiązków. Psy budziły respekt i wyglądały na groźne. Ale to było tylko pierwsze wrażenie. Musieliśmy po prostu się poznać. Karmienie to był paradoks, w czasach, gdy generalnie dopiero co zaczęliśmy powoli wychodzić z kartek na mięso, tamte psy z ośrodka dostawały tyle jedzenia najwyższej jakości, że nawet połowy nie były w stanie przerobić. Takie było prawo wojskowych ośrodków wypoczynkowych.
Niestety, w życiu wszystko musi wyjść na zero, więc po zakończeniu sezonu w ośrodku, gdy zostałem wraz z trójką kolegów tylko ja, dowództwo zapomniało o psach. Nie było dla nich prowiantu, wyżywienia po prostu. My, jako żołnierze otrzymywaliśmy jakieś skąpe porcje z sąsiedniej jednostki wojskowej, ale po pierwsze były one skromne, po drugie nie zawsze nadawały się dla psów, a po trzecie z czasem przestaliśmy tam chodzić, bo było za daleko, bo trzeba było wstać z łóżka, założyć bluzę wojskową i jeszcze parę innych przykrych obowiązków spełnić. Więc rzadko chodziliśmy. Psy zwyczajnie głodowały. Nie wiem dlaczego w tamtych czasach nie potrafiłem tej sprawy jakoś wyjaśnić. Nie pamiętam już czy omawialiśmy to z dowództwem, czy prosiliśmy o wsparcie dla psów, zwyczajnie nie pamiętam. Oczywiście ratowaliśmy naszych podopiecznych jak tylko mogliśmy. Dzieliliśmy swoje łupy, to co od czasu do czasu przynosiliśmy z sąsiedniej jednostki, plus to, co przywoziliśmy z domu, dodawaliśmy do zupy sporo chleba i tak karmiliśmy Dianę i Cygana.
A potem były wycieczki na plaże z Cyganem, bo Diana nie opuszczała już w zasadzie terenów ośrodka. Czasem wycieczki przemieniały się w wyprawy, bo trwały naprawdę długo. Unieście, Mielno, Łazy, powrót. Tak się jakoś złożyło, że ja byłem z naszej czwórki żołnierzy jedynym, któremu chciało się wstawać i chodzić z psami na spacery. Siedziałem więc na gorącym piasku, słuchałem szumu fal, a Cygan biegał, bo to był pies z niespożytą energią. A kiedy decydowałem się na powrót lub zmianę miejscówki, a pies był bardzo daleko, ale zawsze w zasięgu wzroku /jego wzroku/, wtedy wołałem go, a on zrywał się do biegu i przez kilkaset metrów pędził co sił w czterech łapach plażą do mnie. Niesamowity widok. Uszy położone aerodynamicznie i super szybki bieg. Mądrzy ludzie mówią, że gepardy biegają najszybciej na świecie. Ale oni nie widzieli przecież Cygana.
W szczycie formy potrafił dopaść, dogonić i upolować dzikiego królika w lesie. Widziałem takie pojedynki na śmierć i życie. Tumult, bieg, zwroty, hamowania, a potem głośny płacz dziecka, bo tak właśnie umierają dzikie króliki. A potem posiłek. Oczywiście najpierw Diana, bo choć sama już nie mogła marzyć o upolowaniu dzikiego zwierza, to zasady wciąż obowiązywały. Takie jest prawo wśród dzikich zwierząt.
To były piękne dni. Te nasze wspólne spacery, to jego odbieganie na duże odległości, ale zawsze czujnie, gdy tylko wstawałem z piasku on porzucał swoją zabawę i biegł przez plażę z tymi swoimi położonymi uszami.
Tyle, że to był tylko epizod. Ja wyjechałem z Unieścia, potem oddałem /a nie zrzuciłem, jak się potocznie mówi/ mundur i wróciłem do domu. Cygan i Diana zostali, bo co mieli zrzucać? Takie było psie życie.
Ta historia oczywiście nie może się dobrze skończyć. Ja nigdy już nie miałem swojego psa, choćby na chwilę, Cygan został przez kogoś podobno otruty, a Diana zakończyła już swój psi żywot. Takie jest prawo psich żywotów. Ale żeby otruć Cygana?