Trzy lata minęły i Lechia Gdańsk znowu spada z Ekstraklasy.
O ile jednak poprzedni spadek był łatwy do pogodzenia się, bo mimo wcześniejszego czwartego miejsca w lidze, graliśmy słabo i z każdym kolejnym meczem jeszcze słabiej. Można było to łatwo przewidzieć.
W tym roku było odmiennie. Mimo ujemnych pięciu punktów. które otrzymaliśmy jako kara kiepską organizację w klubie, to graliśmy naprawdę dobrze. W pewnym momencie byliśmy na 9. miejscu w tabeli i zupełnie realna wydawała się wtedy walka o europejskie puchary. I wtedy nadszedł mecz z Piastem. Graliśmy fajny mecz, prowadziliśmy, graliśmy z przewagą jednego zawodnika i… ledwo uratowaliśmy remis. Trudno to wytłumaczyć, a chyba jeszcze trudniej fakt, że kolejnych sześć zakończyło się naszymi porażkami. Niebywałe.
Pomimo tak fatalnej postawy, układ wyników z innych boisk sprawił, że w ostatnim meczu wystarczyło wygrać ze zdegradowanym wcześniej Bruk-Betem i byłoby święto. Ale i ten mecz przegraliśmy. Fatalnie zagraliśmy w nim w obronie, co dziwić nie może, ale przede wszystkim równie fatalnie pudłowaliśmy. Zmarnowany karny, słupek, pudło z pięciu metrów i jeszcze kilka sytuacji, które powinniśmy zamienić na gole. Ale tego nie zrobiliśmy i spadamy.
Co się stało? Prawdę mówiąc nie wiem. Dopóki gracze ofensywni /Mena, Kapić, Bobczek,/ byli w formie, to ich gole pudrowały grę obronną i dawały nam punkty i wygrane. Ale potem WSZYSCY piłkarze dramatycznie obniżyli poziom, a że na ławce nie było ŻADNYCH wartościowych zmienników, to z każdą kolejną minutą było już tylko gorzej.
Mamy spadek. Smutne, ale takie są fakty. Bardzo wąska kadra, wyeksploatowanie czołowych graczy, to przepis na katastrofę…
I jeszcze ten absurdalny fakt, że Tomasz Bobczek został królem strzelców Ekstraklasy, a Lechia najskuteczniejszym zespołem. Chichot losu…
Za stary jestem, żeby z tego powodu płakać. Życie.
