Jakoś mi nie po drodze z tym marketem, choć proszę mi wierzyć próbuję.  Póki co daleko nam do miłości. Ba, nawet do szorstkiej przyjaźni.


Któregoś pięknego dnia zamówiłem książki do odebrania w Bibliotece Manhattan.  Miałem je odebrać w czwartek, bo tego dnia byłem umówiony na wizytę u Oli.  Książki zamówiłem dwa dni wcześniej, ale ponieważ wizyta przesunęła się o dwa dni, więc zamówienie przepadłoby mi.  Nie chciałem jechać dwa razy do Wrzeszcza.  Anulowałem więc to zamówienie, a dwa dni później zamówiłem książki ponownie, nawet jedną więcej, która w międzyczasie pojawiła się w ofercie.   Wydawało mi się, i nadal mi się wydaje, że to było zachowanie w porządku.  Zamówiłem, z powodów losów nie mogłem odebrać we wskazanym terminie, więc zrezygnowałem z zamówienia czekając kolejne dwa dni tym samym dając szansę  innym na ewentualne przejęcie tego zamówienia.  Tak przynajmniej myślałem. 

Pani bibliotekarka była innego zdania.  Wydając mi książki mruknęła pod nosem, żebym więcej tak nie robił. Nie miałem tego dnia najlepszego nastroju, więc zamiast odpuścić temat  zapytałem GDYŻ?   I tu Pani Bibliotekarka pożaliła się, że przez mojej niecne zachowanie ona została zmuszona do odłożenia książek na półkę, a następnego dni do ponownego ich wyszukania.  Dacie wiarę?   

ONA, MŁODA OSOBA, PRACUJĄCA W CIEPŁYM, PRZYJAZNYM POMIESZCZENIU NARZEKA, ŻE MUSI WSTAĆ ZZA BIURKA I PRZEJŚĆ SIĘ W STRONĘ PÓŁEK Z KSIĄZKAMI.  

Pomijając fakt, że wątpię, żeby to finalnie robiła, to przecież jest jej praca.  Dlaczego ma do mnie pretensje?  Wytłumaczyłem jej grzecznie, że nie bawię się z biblioteką, a tym bardziej z nią, w jakąś zabawę, tylko widocznie miałem jakiś poważny powód, żeby na chwilę zrezygnować  z tego zamówienie, bo nie mieszkam pod biblioteką, tylko na drugim końcu miasta.  A nawet jakbym nie miał żadnego ważnego powodu?  Już pomijam fakt, że musiała być mocno zabiegana z tym noszeniem zamówionych przeze mnie książek, bo pomyliła jedną z pozycji. Poziom irytacji podskoczył mi dość znacznie, a jeszcze czekała mnie wizyta w pobliskiej Biedronce.  To nie mogło się dobrze skończyć. 

Nie lubię chodzić do Biedronek, a już zupełnie nie znoszę tej we Wrzeszczu przy Manhattanie.  Może kiedyś, gdy było mniej ludzie, gdzie kasy był z obu stron sklepu z dodatkowym wyjściem na ulicę Partyzantów. Teraz nie lubię i każdorazowa wizyta kończy się dla mnie kiepsko.  Nie raz, nie dwa było tak, że już robiąc zakupy  wychodziłem ze sklepu, bo nie mogłem zdzierżyć czekania w apokaliptycznych kolejkach.  Teraz też nie zanosiło się na miłą wizytę, zwłaszcza, że wszedłem podminowany starciem z leniwą panią bibliotekarką.   Powinienem był odpuścić, bo to sobota i w taki dzień w tym sklepie jest zawsze mnóstwo ludzi, zwłaszcza tych starszych / niewiele starszych ode mnie, ale jakby z innego świata/. Ale nie mogłem odpuścić, więc poszedłem.  Ten sklep jest wyjątkowy. Zaadaptowany ze starych pomieszczeń, z zakrętami, wąskimi alejkami, dodatkowymi pomieszczeniami i oczywiście jak zawsze w Biedronce Z MASĄ BLOKUJĄCYCH PRZEJŚCIE PALET I STANDÓW Z TOWARAMI.  Do tego mnóstwo gapiów, dla których wizyta w markecie to święto i czas na zwiedzanie i podziwianie.  Stoją, zastanawiają się i skutecznie blokują przejście.  Wiem, nie powinienem narzekać, ale tego dnia nie umiałem odpuścić.  W końcu zrobiłem większość część zaplanowanych zakupów, większą część, bo do części poszukiwanych produktów po prostu nie dotarłem.  Może były gdzieś w jednej z tajemniczych alejek.  Śpieszyłem się do Oli, więc w końcu odpuściłem dalsze poszukiwania towarów i poszedłem do kasy. Odpuściłem kasę automatyczną, bo miałem sporo zakupów w koszyku, a wtedy ich pakowanie jest w takiej kasie dość utrudnione.  Zresztą kolejka do tych kas samoobsługowych też była ogromna. Stałem więc w kasie normalnej? Długo, ale cierpliwie.  Najpierw w połowie sklepu, potem trochę bliżej, a w końcu kilka osób przed taśmą.  No i zaczęło się.  Jakaś starsza pani po zrobieniu zakupów zaczęła dowodzić, że te cukierki, które nabyła powinny kosztować mniej. Długo trwało tłumaczenie się pani kasjerki, ale i tak było nieskuteczne.  Starsza pani miłośniczka cukierków w promocji  zaczęła za pomocą swojego telefonu dowodzić, że powinna zapłacić kilka groszy mniej.  Oczywiście cała kolejka czekała na rozstrzygnięcie sporu.  Trwało to długo i powoli wyczerpywała się moja cierpliwość.   Kiedy zakupy znowu ruszyły… zepsuła się taśma przy kasie.  Ale ludzie tego nie rozumieją.  Jedni zostawiają swoje zakupy w połowie i są zdziwieni, że pani kasjerka nie może sięgać po kolejne towary.  Inni odwrotnie.  Stoją za mną, ale wpychają na nieruchomą już taśmę swoje zakupy, jakby to był konkurs olimpijski na to, kto szybciej wyłoży kartofle na taśmę.  Ciśnienie miałem bliskie najwyższej wartości.  Ola już na mnie czekała, a ja utknąłem.  I w tym momencie rozbolał mnie brzuch. Wiedziałem, że mój czas jest mocno ograniczony.  Do kasy było może ze trzy osoby, a ja biłem się myślami, czy wytrzymam, czy może powinienem uciekać ze sklepu i biec do toalety.  Moje wahanie przerwała starsza pani od cukierków.  Nie dawała za wygraną i przyprowadziła na pomoc kierowniczkę sklepu.  Dla mnie to było zbyt wiele.  Zabrałem koszyk z zakupami /wciąż nie wypakowanymi na taśmę/ odstawiłem go na bok, /bo nie jestem chamski/ i wyszedłem ze sklepu.  Musiałem odpuścić. Moje jelita upomniały się o swoje.  Nerwy dołożyły resztę.  Dużo czasu minęło zanim ochłonąłem.  I jasne,  nie ma tu niczyjej winy, ani sklepu, ani pani, której zamarzyły się cukierki.  Nikogo.  Ale ja po prostu byłem wściekły.  W myślach byłem gotów zamordować tę kobietę, albo przynajmniej zrzucić ją ze schodów.  Oczywiście chwilę potem było mi bardzo źle i głupio z tym, że mogłem tak myśleć.  

Po wizycie u Oli, kilka godzin później, wieczorem, wróciłem do Biedronki i oczywiście koszyk z moimi zakupami stał nadal w miejscu, w którym go zostawiłem.  Nie ruszony.   Stanąłem drugi raz tego dnia do kasy, tym razem samoobsługowej, a wtedy odezwała się pani kasjerka, że właśnie otwiera swoją kasę.  Poszedłem i byłem pierwszy.  To była ta sama Pani Kasjerka, ta sama kasa i nawet taśma już zaczęła na nowo działać.  


Następnego dnia poszedłem do swojej pobliskiej Biedronki na uzupełnienie zakupów.  To duży sklep, budowany od nowa, a więc bez tajemniczych zakamarków i alejek, można by rzec, że przestronny.  Gdyby nie te palety z towarem i standy wszędzie, dosłownie wszędzie.  Miałem upatrzone w promocji dwa czy trzy produkty, ale nie byłem w stanie ich znaleźć. Za żadne skarby. Nie było tłumów, choć ludzi więcej niż oczekiwałem, ale trudno mieć pretensje do ludzi, skoro sam tu przyszedłem.  Ale nie znalazłem.  Może gdzieś, na którejś półce stały, ale nie było szans na odnalezienie.  WSZYSTKIE półki były zastawione paletami z towarem i standami.  Jak to może przejść w dzisiejszych czasach?  Przecież to nie jest normalne.  Same przepisy przeciwpożarowe powinny  skutecznie zdyskwalifikować  taki sklep.  

Wracając do domu zaszedłem do swojego osiedlowego Netto.   Jest jak jest, ale za to swojsko i z kasjerami można pogadać. 


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *