Podróże kształcą, nawet jak to nie moje własne podróże. Do niedawna o Martynice kojarzyłem tyle, że to pewnie jakaś prywatna wyspa Martyniuka. Zenona Martyniuka. Kto wie, może tak jest, albo kiedyś będzie?
Dopiero przedwczoraj dowiedziałem się gdzie tego mniej więcej szukać na globusie. Musiałem jednak użyć skali mapy niemal 1:1, żeby w końcu zauważyć, że między Gwadelupą i Dominiką /nie mylić z Dominikaną/ a Świętą Łucją, Świętym Wincentym i Grenadynami /kim są do cholery te Grenadyny i dlaczego nie są święte?!/ jest jeszcze coś pomiędzy.
Pełen szacunek dla Oli i Pawła, że w ogóle takie miejsce wynaleźli na miejsce swoich wakacji. Widocznie mieli mapę w lepszej skali od mojej. Niebywałe jest też to, że ktoś tam wybudował pas lotniska, żeby mogli tam wylądować. No i szacunek dla pilota, że lecąc przez bezkresny ocean zauważył dokładnie pośrodku niczego te kilkanaście kilometrów ostudzonej wulkanicznej lawy.
No i szacunek dla Oli i Pawła, że w Paryżu udało im się wsiąść do właściwego samolotu. Wszak kilka innych opcji mieli w tym czasie.
Podróżniczo, ekscytujący czas dla Oli. Wyspa Zenona Martyniuka, a wcześniej Sosnowiec. Grubo.