Wczoraj wybrałem się w Bieszczady. Krótki wypad. 30 minut. Google Street View. Pogoda dobra. Lekko się chmurzyło na początku w Wetlinie, ale dalej było już tylko słonecznie.

Trochę się zmieniło, nie powiem, pamiętałem to trochę inaczej, ale najważniejsze rzeczy nadal stoją.

Ileż ja życia zmarnowałem czekając na tym przystanku na PKS, który nigdy nie chciał przyjechać?

Tę strażnicę kojarzę od zawsze. Kawał drogi za Wetliną, dalej już była pustka. W 1989 starałem się o przydział do wojska do tej placówki, ale nie znaleźli się chętni, żeby mi taką przyjemność sprawić. 

Na Wyżnej Przełęczy mnóstwo ludzi. Pamiętam, że w lutym 1989 żywej duszy nie było, jak szedłem po śniegach do Łapajówki.

Teraz postawili płot. A wcześniej była tam ścieżka prowadząca prosto, bez zakrętów, na sam dół.

 

Kiedyś siedzieliśmy tam z chłopakami przez parę godzin i wsłuchiwaliśmy się w… ciszę. Pamiętam jak dziś: nic nie było słychać. Ani ludzi, ani samolotów, ani samochodów, ani szczekania psów w oddali. Po prostu nic.

Berehy. Nadal nie mogę sobie wyobrazić, że gdzieś tutaj mogło stać 120 chat i drugie tyle, albo więcej, zagród.

Ależ tłok na tej drodze. Szedłem tą drogą pewnie ze sto albo dwieście razy i nie widziałem tam łącznie tyle samochodów, co dziś.

No i wreszcie cel wędrówki na dziś. Wiadomo. Tu też ogrodzili płotkiem.

Ciekawe jest to, że ta druga chata w tle jest w jeszcze gorszym stanie, rozpada się. Za moich czasów mieszkał tam szef straży parku narodowego. Mieszkaliśmy tam kiedyś z Moniką. Ładne mieszkanko, pokoje, kominek. Porządne lokum.


Koniec wycieczki na dziś. Muszę odpocząć. Jutro wybiorę się do Ustrzyk Górnych. Może skuszę się na piwo w beczce u Majstra biedy, kto wie?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *