Pięknie wydana ta książka i cudownie pachnie. Może nie od razu trawą na Połoninie Wetlińskiej, ale tak, cudownie pachnie. Kiedy tak sobie czytam nieśpiesznie, to nachodzą mnie na szybko takie dwie myśli. Pierwsza jest taka, że czas nam szybko upływa i wszystko co znaliśmy dawniej, teraz już zanika. Nawet jeśli kiedykolwiek tam jeszcze pojadę /wątpliwe/, to nic już nie będzie takie samo. Kiedy byłem w Bieszczadach pierwszy raz, nie pamiętam, chyba to był 1989 rok już wtedy Bieszczady były puste, choć przecież jeszcze można było znaleźć liczne ślady dawnych czasów. Ale wtedy interesowało mnie bardziej piwo w Barze u Majstra Biedy, niż pozostałości dawnego bieszczadzkiego życia. Pamiętam, że nie mogłem uwierzyć, że w Berehach Górnych, tuż przed wojną, stało 120 gospodarstw i żyło tam prawie tysiąc osób. Nie wiem jak jest dziś, ale wtedy, w 1989 roku, mieszkało tam 5 osób, z czego trzy zasadniczo więcej czasu spędzało w Krakowie niż w domu.
Druga myśl, która mi się od razu ciśnie, jest taka, że już samo czytanie tych dawnych bojkowskich czy rusińskich nazw wiosek wywołuje u mnie orgazm / o ile jeszcze pamiętam co to jest/, a jak nie, to może inaczej: każda taka przeczytana nazwa, to jakby jeden solidny łyk dobrego, zimnego piwa przechodzący przez gardło w gorący, upalny wieczór po solidnej, górskiej wędrówce. O, tak, to chyba będzie lepiej brzmiało.
A więc Twoje zdrowie, Przyjacielu!
Uherce, Beniowa, Rajskie, Moczarne, Stare Sioło, Berehy, Caryńskie, Hnatowe Berdo, Smerek, Solinka, Chrewt, Stuposiany, Muczne, Tworylne, Terka, Lutowiska, Wyżna Przełęcz i wiele, wiele innych…
