Wstałem gdzieś koło 7.30, a to dla mnie wcześnie, bo zazwyczaj  czytam bardzo długo w nocy książki,  więc siłą rzeczy  wstaję późno.  Ale wczoraj  plan był napięty, stąd wczesna pobudka. 


Poranne wypróżnienie to dla mnie kluczowa sprawa.  Poszło dobrze, ale kiedy miałem już wychodzić na przystanek autobusowy, powróciło napięcie w jelitach i musiałem skorzystać z toalety.  Autobus, pociąg, koło 10.00 dotarłem do Oliwy.  Niestety, z jakiegoś nieznanego mi powodu pendrive, na który wydawało mi się, że zgrałem potrzebne pliki, był pusty.  To kiepska wiadomość, bo oznaczała z grubsza, że ta wizyta była bezowocna.  Nie wykonałem swojego zadania.   Na szczęście pomógł mi Filip.  


Wracając do domu wstąpiłem na pocztę odebrać korespondencję.  Nie moją.  Mam upoważnienie.  20 minut stania na poczcie. Ciężkie przeżycie, ale w końcu się doczekałem.  Poszedłem na tramwaj, żeby na Strzyży spotkać się z Olą.   Ale Ola była w tym momencie bardzo zajęta, nie mogła się nawet odezwać, więc po 30 minutach siedzenia na przystanku zdecydowałem się na dalszą podróż.  Miałem w planie jeszcze wizyty w trzech (!) bibliotekach.  Najpierw wpadłem na chwilę  do tej w Manhattanie.  Oddałem pięć książek i poszedłem na przystanek czekając na autobus jadący na Morenę.  Tego, który pasowałby mi najbardziej, nie złapałem, więc skorzystałem z oferty łączonej.  Po przesiadce koło przychodni na Morenie dotarłem na miejsce i po kolejnym 10 minutowym spacerze odebrałem z biblioteki swoje zamówione książki.  Powrót na przystanek i tramwaj, który odjechał mi sprzed nosa.  Trudno. Poczekam, choć okienko czasowe dla moich jelit bardzo mocno się kurczy.  Pojechałem tramwajem na Zabornię, bo mój lokalny autobus z Jasienia był dostępny dopiero za 40 minut.  Na Zaborni uciekł mi sprzed nosa autobus, więc musiałem odsiedzieć kolejne kilkanaście minut.  Zasadniczo takie siedzenie nie powinno w niczym przeszkadzać, bo przecież ciepełko, bo na uszach słuchawki i kolejny audiobook tym razem o szpiegach  od Vincenta V. Severskiego.  


No, tylko te moje jelita.  Kiedy dotarłem na Karczemki zrobiło się kiepsko. Powinienem już pędzić do domu, ale planowałem zrobić jeszcze szybkie zakupy w Netto.  Tylko czy zdążę?  Chwila wahania i jednak poszedłem do sklepu.  Kolejny kwadrans, a może więcej, później  byłem w mojej bibliotece po kolejne książki  Tylko że  w tym momencie już wiedziałem, że nie zdążę do domu do toalety.  Wychodząc miałem tylko jedno marzenie, żeby ta toaleta dla czytelników była otwarta.  Była.  Zrobiłem co trzeba i spokojnie podreptałem do domu.  


Sprawdziłem na liczniku, że zrobiłem prawie 7 kilometrów. Niby niewiele, ale w mojej obecnej sytuacji dało mi mocno w kość.  Byłem tak zmęczony, że nie mogłem nawet spokojnie siedzieć. Tak obolały /biodro/, że nie mogłem właściwie chodzić. Zrobiłem parę podstawowych i koniecznych rzeczy na komputerze, coś zjadłem, próbowałem coś czytać, ale byłem zbyt wyczerpany, żeby funkcjonować.  Koło godziny 22.00, czyli jakoś parę godzin wcześniej, niż zazwyczaj, położyłem się szybko zasnąłem. 


Morał z tego jest brutalny:  nie bardzo obecnie nadaję się do normalnego życia. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *