Serial The Last of us został uznany za jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy, serial ubiegłego roku. Nie oglądałem, po pierwsze dlatego, że tematy zombie czy postapokaliptyczne omijam zawsze szerokim łukiem, a po drugie nie miałem dostępu do max. Ale teraz nadarzyła się taka okazja, żeby obejrzeć. I jestem zadowolony.
Ten serial był tworzony na podstawie… gry komputerowej. Takie mamy czasy. Ja w tę grę nie grałem, bo jak pisałem wcześniej, omijam zombie szerokim łukiem. Dlatego ominęła mnie cała część adaptacyjna serialu. Fani gry odnaleźli mnóstwo odniesień do swoich bohaterów, scenografii gry itp. Mnie to ominęło, ale mimo wszystko to była ciekawa przygoda.
Przede wszystkim to wszystko jest realne i opiera się na nauce. Istnieją grzyby, które wprost atakują owady (mrówki), przenikają fizycznie do ich organizmów i od wewnątrz przejmują nad nimi kontrolę. A kiedy już to zrobią, to zaatakowany organizm biernie poddaje się jego działaniu, czyli atakuje inne organizmy, a wszystko po to, żeby zarażać i rozprzestrzeniać swoje zarodniki najdalej jak się da. I to się dzieje w naszej przyrodzie. Póki co ludzie są bezpieczni, bo organizm człowieka ma o kilka stopni wyższą temperaturę ciała niż wytrzymuje to grzyb. Ale co się stanie, kiedy grzyby wyewoluują, że te brakujące dwa stopnie nie będą dla nich przeszkodą? I właśnie ta teoretycznie możliwa sytuacja jest w tym serialu przedstawiona.
Ale to nie jest serial o zarażonych, którzy przejęli świat. To serial o tym, jak wygląda człowieczeństwo w obliczu globalnej klęski. Jak będzie wyglądała miłość, lojalność, przyjaźń, kiedy świat obok nas będzie ruiną. Kiedy każdego dnia trzeba walczyć o przetrwanie. Kiedy walczyć trzeba nie tylko z zarażonymi, ale i z armią, resztkami legalnej władzy, bojownikami o wolność w nowym świecie, z grabieżcami, którzy zrobią wszystko, by przeżyć. I to właśnie emocje, uczucia są tutaj najważniejsze.
Serial ma dziewięć odcinków, ale to nie jest opowieść linearna. Oprócz głównego wątku przemieszczania się głównych bohaterów przez upadłą Amerykę, mamy odcinki, które niemal w całości poświęcone są pobocznej historii. Na przykład historia spotkania i miłości dwóch ocalałych mężczyzn, którzy samotnie, w malutkim odludnym miasteczku przeżywają swoje piękne lata. Otoczeni murem i płotem z prądem, we własnym, małym świecie.
Osobna sprawa, to efekty specjalne. Dziś dobry film czy serial przepełniony jest komputerowymi efektami. The Last of us również. To była naprawdę wielka robota, która przyniosła genialne efekty wizualne.
Podsumowując: to nadal nie jest moja bajka, ale oglądałem serial z ciekawości i z przyjemnością.
