Wiesz, Weiser, że ja zawsze, mimo trudnych czasów, mimo mojej depresji, mimo wszelakich przeciwności, staram się we wszystkim dostrzegać pozytywy?

Wiem, co teraz powiesz, Weiser. Powiesz, że szukanie pozytywów w sytuacji, kiedy każdego dnia, regularnie, umierają ludzie, jest delikatnie mówiąc, niewłaściwe. Wiem, ale mimo wszystko, kiedy ludzie zostali, w sporej części, zatrzymani w domach, to okazało się, że przynajmniej załatwianie urzędniczych spraw zostało przekazane do pracy domowej i większość rzeczy dało się załatwić (takie polskie słowo „klucz”) bez wychodzenia z domu. Naprawdę wiele. Cóż za radość, kiedy możesz usiąść w kapciach przed komputerem i uzyskać niezbędne zaświadczenie, zdobyć potwierdzenie, załatwić zasiłek choroby, zarejestrować się na portalu Urzędu Pracy, albo zgłosić reklamację uszkodzonego telewizora. I to my tutaj pijemy kawę przy biurku, a nie pani z urzędu, przy której stoimy w niemym przestrachu i oczekiwaniu, co nam zaraz odrzuci, albo korzystając ze swojego złego humoru odłoży naszą sprawę na „potem”. Prawda, że cudowne?

No, ale dziś w końcu zderzyłem się ze ścianą.
Dwa dni temu zarejestrowałem się w Urzędzie Pracy, wysłałem elektronicznie wszystkie potrzebne dokumenty, a przynajmniej tak mi się wydawało, wypełniłem tysiąc dwieście formularzy, wskazałem niezliczoną ilość moich zawodowych predyspozycji i poszło.
Wczoraj w nocy, czyli koło 9.00, zbudził mnie telefon. Tak, Weiser, jasne, że zgadłeś, dzwoni PANI Z URZĘDU PRACY. Nawet starała się być miła. Wyjaśniła mi, że w całym pakiecie moich dokumentów niezbędne jest jeszcze zaświadczenie potwierdzające moje zasiłki chorobowe za ostatnie pół roku. I że muszę je załatwić (polskie słowo), oczywiście w ZUS-ie.

Jak mówiłem Ci, był środek nocy, więc nie byłem w nastroju do głębszych dyskusji filozoficznych, więc nie chciałem wyjaśniać po co Urzędowi Pracy takie zaświadczenie, skoro to już okres miniony, zamknięty? Pomijam już fakt, że na poziomie nowoczesnego państwa, takie dane powinny być dla odpowiednich urzędów po prostu dostępne w komputerze, jak cukier do tej kawy na biurku.
Odpaliłem więc swój portal ZUS, ten na którym załatwiałem, wszystkie te swoje zasiłki chorobowe i inne zaświadczenia. Zajęło mi to coś ze dwie godziny, bo platforma nie chciała przede mną otworzyć swoich wrót. W końcu się udało, „załatwiłem” piękne zestawienie swoich wszystkich zasiłków, z datami, kwotami i całą rzeszą niezwykle istotnych rzeczy. Nawet sprawnie poszło mi dodanie tego dokumentu do wniosku w Urzędzie Pracy. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jaki byłem z siebie dumny, Weiser.

Dziś w nocy, koło 9.00, zadzwonił telefon. Nie wiem skąd ten drwiący uśmiech, Weiser, ale tak, masz rację, dzwoni PANI Z URZĘDU PRACY. No, nie zgadniesz, zaświadczenie jest owszem fajne, ale musi być oryginalne, z ZUS, z pieczątką i podpisem.

No, żesz, kurde. A tak bardzo się starałem. Próbowałem podjąć z PANIĄ Z URZĘDU PRACY jakąś formę dyskusji, polegającą na przekonaniu jej, że przecież moje zaświadczenie pochodzi z rządowej platformy i żeby je zdobyć musiałem przecież zalogować się e-dowodami, podpisami kwalifikowanymi, zaufanymi i innymi kluczami tożsamości, cokolwiek to oznacza, a takie zaświadczenie z ZUS, to mogę jej zrobić w dziesięć minut. No, z pieczątką i podpisem, w kwadrans w Photoshopie.

Proszę Cię, Weiser, nie pytaj mnie co to Photoshop, nie teraz.

Oczywiście dyskusja nie była długa, bo kiedy głos PANI Z URZĘDU PRACY zaczął przybierać mniej ludzkie, a bardziej urzędnicze, tony, wiedziałem, że jeśli kiedykolwiek będę chciał coś w tym urzędzie załatwić, to pora kończyć dyskusję. W końcu PANI Z URZĘDU PRACY użyła koronnego, urzędniczego argumentu, który uwielbiam: „Proszę Pana, wszyscy załatwiają takie zaświadczenia i nikt nie ma z tym problemu”.

No, jasne, to jest argument. A jak ja nie chcę być jak wszyscy?

Nikt problemu nie widzi, każdy chętnie jedzie autobusem do Wrzeszcza, na ulicę Tuwima, stoi w kolejce. Pandemia zaciera ręce.

Cóż robić. Nie ma wyjścia. Jutro, ja, szary obywatel, wierny poddany Jego Królewskiej Mości, z głębokimi pokłonami, z głową pochyloną do kolan, ze wzrokiem wbitym w marmurowe ściany, udam się do zamku przy ulicy Tuwima, gdzie panuje:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *