Wczoraj, trochę przypadkiem, miałem przyjemność obejrzeć Buntownika z Wyboru. Po raz nie wiem który. Ale teraz już nie mam żadnych wątpliwości:
BUNTOWNIK Z WYBORU TO NAJLEPSZY FILM, JAKI OGLĄDAŁEM W SWOIM ŻYCIU.
Bez wątpienia. I nie tylko dlatego, że młody Matt Damon tak bardzo przypomina Filipa.
Tyle tam emocji, tyle mądrości życiowej, tyle wzruszeń.
Matt Damon, Robin Williams, Minie Driver, Ben Affleck, Stellan Skarsgaard.
Dwie najlepsze sceny to rozmowa na budowie, gdzie Ben Affleck mówi Mattowi Damonowi,. że nie chce, aby za dwadzieścia lat znowu spotkali się w tym samym miejscu, że to zmarnowanie szansy, talentu, że każdy z jego przyjaciół oddałby życie za niego, żeby mu się powiodło, ale każdy z nich marzy o tym, by być na jego miejscu. Esencja prawdziwej przyjaźni.
Druga to znowu Ben Affleck, który jak co dzień podjeżdża pod dom Matta Damona, żeby jak zawsze pojechać na drinka. I ten moment, ta chwila, gdy wreszcie, ku swojej radości, nie zastał go w domu. Ten delikatny uśmiech na twarzy świadczący o tym, ze on to wreszcie zrobił. Że wreszcie uwierzył w siebie, w świat, w miłość. I wreszcie poszedł za swoim głosem. Wyszedł ze swojej twierdzy.
