Skusił mnie tytuł.  Nie ukrywam, że historia zatopienia Gustloffa jest bardzo poruszająca.   Pomyślałem, że będzie coś o tym, ale trochę nie było.  Ale ja tutaj nie o tym.  Ja o czymś innym. 


Książkę uruchomiłem w wersji audiobooka.  I jak to czasem bywa przez nieuwagę na  start zamiast rozdziału pt. „Prolog”  wybrałem „Epilog”.   Tym samym już po siedmiu minutach poznałem  zakończenie tej historii, a w szczególności  tajemnicę bursztynowej komnaty i ołtarza w kościele św. Brygidy w Gdańsku. 


Fatalnie to spaliłem, fakt, ale ponieważ przez te kilka minut zorientowałem się, że to będzie działo się w realiach  współczesnego Gdańska, to postanowiłem zacząć jeszcze raz od Prologu, a potem we właściwej kolejności.  


Historia jak historia, taki Kod DaVinci, tylko po gdańsku.  Mnie bardziej zaintrygował rzekomy świetny research  autora na temat Gdańska. 


Zaczęło się dobrze.  Pierwszy trup został znaleziony w falowcu na Przymorzu.  Dobrze, może być.  Ale potem już było dziwnie.  


Drugi trup mieszkał w domu przy ulicy Wilanowskiej, która jak twierdził autor jest dzielnicą  domków zamieszkałą przez starszych ludzi i studentów.   No,  nie jest. 

Podobnie jak to, że Bazylia św. Brygidy nie mieści się na gdańskiej starówce, głównie dlatego, że nasze miasto nie ma starówki.  Nowy Port to również nie jest najbardziej zaniedbana dzielnica Gdańska, pełna patologii, rozpadających się domów.  zapewne dlatego, że jak wyraził się autor, płynie tam Wisła i stoi Westerplatte.   Może dawno temu tak było.  Teraz jest mocno rewitalizowana dzielnica, pełna pięknych domów.  I stoi tam Westerplatte, tylko znajduje się po drugiej stronie, a dzieli ich 150-200 metrów kanału.  

Gdańsk nie jest też wbrew pozorom tak wielkim miastem, żeby możliwy był pościg policji, kluczenie bocznymi uliczkami, przez dłuższy czas, bo Gdańsk ma specyficzny układ.  Jest rozciągnięty wzdłuż głównej arterii  i nie za bardzo da się tam uciekać objazdami.  Dlatego też podróż od notariusza do Komendy Miejskiej nie może trwać godzinę.  A już na pewno nie da się uciekać bocznymi uliczkami Piecek-Migowo.  Z dwóch powodów.  Po pierwsze są tam zawsze potężne korki, a po drugie, nawet ważniejsze,  ŻADEM Gdańszczanin nie powie, że jedzie na Piecki-Migowo, tylko że jedzie na Morenę.  No, tak to wygląda.  🙂


Ale w końcu bandyci dojechali do dzielnicy Migowo (???)   i uznali, że tu mogą się spokojnie strzelać, bo w okolicy tylko lasy i nikt tego nie usłyszy.   Tak, jasne.  Nikogo tam nie ma. 🙂


A na koniec autor stwierdził, że rozumie, że tu takie pustki, bo przecież turyści upodobali sobie ciekawsze do zwiedzania dzielnice takie jak Centrum, Oliwa i … uwaga, Matarnię!   Serio, tak powiedział.   A ja się zastanawiam co tam może przyciągać rzesze turystów?   Biedronka?  Lidl?   czy może jednak Ikea?  


Wyszło więc zabawnie, a doczytałem dopiero do połowy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *