U mnie już tak jest, że wiele ciekawych spraw mi z jakiegoś powodu umyka, w potem zupełnie niespodziewanie odkrywam je dla siebie, kiedy inni doskonale już je znają. Choćby ostatnio książki Cormaca czy serial The Last of Us.
Parę dni temu, przypadkiem, trafiłem na dokument o Amy Winehouse. Jasna, wiedziałem kim była Amy, ale nie ciągnęło mnie do jej muzyki, a tym bardziej do jej życia. Ale tej nocy obejrzałem przed snem ten dokument. Zaintrygował mnie tak bardzo, że chwilę potem, choć na zegarze była już prawie pierwsza w nocy, algorytm podrzucił mi film fabularny, biograficzny, o Amy. Nie miałem wyjścia. Na koniec, koło 3.00 obejrzałem jeszcze jeden dokument o brytyjskiej piosenkarce.
Nie będę krył, poruszyła mnie ta historia. Świetne, lekko jazzowe, piosenki i jej pokręcone życie. Nie była rockandrollowcem. Nie prowadziła szalonego życia. Przeciwnie, była spokojna, skromna. Ale zakochała się w niewłaściwym człowieku i jej życie posypało się jak domek z kart. To nawet nie to, że on był jakoś odpowiedzialny. Oboje zbyt wiele pili, zbyt wiele zażywali i nie znaleźli sposobu, by wyhamować. Jak ktoś to ostatnio określił: oboje bardzo się kochali, a zarazem tak bardzo niszczyli się nawzajem. Byli bardzo młodymi ludźmi, nie umieli znaleźć wyjścia z tej sytuacji.
Amy w wieku 25 lat osiągnęła gigantyczny sukces. Zdobyła w jednym roku aż pięć nagród muzycznych Grammy. Jej płyta została najlepiej sprzedającą się płytą w UK w XXI wieku. A także najlepszą płytą brytyjską w USA.
Ale Amy przegrała z uczuciami, z mężem, który ją porzucał a potem wracał, który siedział w więzieniu i się z nią rozwodził, z alkoholem, ze smutkiem.
W 2011 roku po dłuższej abstynencji jej nie przeżyła kolejnej dawki alkoholu.
