Moje książki lipca
Tym razem sinusoida czytanie wystrzeliła w górę. Ale spokojnie, w sierpniu będzie mocno w dół. Pierwszy tydzień nowego miesiąca, to blokada czytelnicza. Trochę dlatego, że trwają igrzyska olimpijskie, a trochę dlatego, że nie czuję się dobrze. Ale to dopiero będzie. Trzeba się cieszyć tym, co przeczytałem, a były to dobre rzeczy.
Przede wszystkim byłą opowieść o pracy, przyjaźni, miłości w świecie producentów gier komputerowych. To mój dotychczasowy numer jeden w tym roku.
Była też książka jednej znanej osoby z życia medialnego, która powstałą, bo musiała powstać, ale większego sensu w tym nie znalazłem.
Byłą kolejna do bólu przewidywalna opowieść Remigiusza Mroza, a kusiłem tylko dlatego, że osadzona została w Bieszczadach. Moje ukochane miejsca na ziemi zdecydowanie na nie zasłużyły na takie bezwartościowe rzeczy.
Debiutancka powieść Łukasza Orbitowskiego, jak zawsze na wysokim poziomie.
Ważna książka o zdrowiu.
I kolejna część średniowiecznej sagi Kena Folleta. Coraz mniej ciekawa, ale jak się przeczytało cztery grube tomy, to i po piąty ostatni pewnie sięgnę.
Opowieść o polskich poniemieckich wsiach w Górach Sowich. Niby temat banalny, ale bardzo ciekawie poukładane.
I byłą też historia ze świata pisarzy i wydawców książek. Dobra.
Bardzo udany miesiąc.