Urodziłem się w czasach przedkomputerowych. I to bardzo przed.  Nie mam żadnych złudzeń, że gdyby było inaczej, pewnie dziś wspominałbym dzieciństwo, jako niezliczone godziny, dni, noce, tygodnie, spędzone przy komputerze  i młodość  z nosem w telefonie. Nie mam wątpliwości. Ale jednak  było inaczej i  mogę być dumny z tego, że sam musiałem sobie wymyślać zabawy, że moim jedynym ograniczeniem była pojemność mózgu i własna wyobraźnia. 

 

Patrząc w przeszłość dostrzegam  wśród wielu moich zabaw i sposobów na spędzanie wolnego czasu wiele, może kilka będzie właściwszym określeniem,  takich, które dziś funkcjonują jako  bardzo popularne  gry komputerowe.  W sumie nie ma w tym jakiejś dużej  sensacji.  To co mnie kręciło, pewnie także interesowało innych i to właśnie oni, w czasach już komputerowych, zaczęli te „nasze”  fascynacje przenosić  na amigi, commodory, nintenda, pecety, czy inne konsole.    

Zapraszam na przegląd tego, co rodziło w mojej wyobraźni, zanim inni nauczyli  się to przenosić na ekrany komputerów. 

1. BUS SIMULATOR

Od zawsze miałem bzika (takie boomerskie słowo) na punkcie autobusów. Uwielbiałem jeździć, patrzeć jak one jeżdżą, porównywać, symulować ich jazdę.   Kiedyś, kiedy w całym województwie było jedno przedsiębiorstwo zarządzające komunikacją, WPK, istniała linia 101 kursująca z Gdańska do Gdyni i z powrotem.  Kiedy w Gdańsku pojawiły się piękne na owe czasy  Jelcze na licencji francuskiego Berlieta,  to właśnie te wozy  obsługiwały tę długą trasę.  I właśnie jeżdżenie  z Gdańska do Gdyni i z powrotem, było jedną z moich ówczesnych przyjemności.  

foto: zbiory Macieja Gwiazdy

W końcu linia nie wytrzymała coraz większych korków na trasie, a przede wszystkim konkurencji szybszej SKM-ki i przeszła do historii, ale dla mnie była zawsze  ważna. 

Bo ja tak bardzo lubiłem autobusy, że jedną z moich kluczowych zabaw było właśnie symulowanie jazdy autobusem.  Jako kierowca, oczywiście.  Wystarczyło przygotować  kilka rekwizytów, zamknąć oczy i uruchomić potężny komputer w swoim mózgu.  

A te rekwizyty, to krzesło do siedzenia i fotel udający  pulpit sterowniczy. Na fotelu była „kierownica”  z plastikowej, okrągłej tacy,  linijka, która imitowała wajchę zmiany biegów, dwa okrągłe klocki, czyli przyciski do otwierania drzwi pasażerom i zrobiony z klocków przełącznik kierunkowskazów.  I tyle.  Reszta była w mojej głowie.  Siadałem, „odpalałem silnik” i w drogę.   Znałem na pamięć całą trasę wybranych autobusów. Mogłem zamknąć oczy i „widziałem”  trasę autobusu linii 184 z Moreny do Wrzeszcza, z każdym najmniejszym zakrętem, z każdym przystankiem, zmianą pasów, zatrzymaniem na światłach, ze wszystkim.  Moja głowa miała to zarejestrowane i teraz mogła to w dowolny sposób odtworzyć.  Więc jechałem, zatrzymywałem się na przystankach, żeby wypuścić albo zabrać kolejnych pasażerów, otwierałem i zamykałem drzwi, skręcałem w ulicę wcześniej uruchamiając kierunkowskaz.  Pełna symulacja.  I nie potrzebowałem do tego mocnego peceta czy dobrej konsoli.  

Imitowałem czy raczej symulowałem jazdę Jelczem 041, zwanym popularnie ogórkiem.  Takie wtedy były.  Moje ulubione wersje, to ta przegubowa, Jelcz 021.  Za każdym razem, gdy rozpędzał się gdzieś na zjeździe, to byłem niemal pewien, że ta druga, „przyczepiona” część autobusu zaraz się urwie, rozpadnie i zostanie daleko z tyłu, a jednak ten strach zupełnie nie przeszkadzał mi, żeby siadać zawsze właśnie tam.

Dziś zdaję sobie sprawę, że rodzice mieli prawo mieć spore obawy  co do mojej poczytalności widząc dziecko siedzące na krześle i udające jazdę autobusem, ale to było przecież wspaniałe, było kwintesencją potęgi dziecięcej wyobraźni oraz inteligencji.   No  i z tego, co pamiętam, to chyba nie wydawałem przy tym zbyt głośnych dźwięków…

2. CALL OF DUTY

Strzelanki, żołnierzyki, Indianie.  Każdy w czasach mojej młodości  miał takie zabawy.  I znowu, potęga naszej wyobraźni pozwalała na napisanie scenariusza, zbudowanie scenografii z elementów co najmniej dziwnych, zatrudnienie aktorów do odtworzenia walki na planie  i przeprowadzenie wszystkiego  niczym superprodukcji z Hollywood.  A wszystko to w małym pokoju, przy użyciu plastikowych lub ołowianych żołnierzyków, pocztówek dźwiękowych, klocków, monet i mocy obliczeniowej własnego mózgu.  To była duża zabawa.  Taka obliczona na kilka dobrych godzin planowania, analizowania, budowania, a potem niszczenia wszystkiego w krwawej bitwie, której zwykle nie przeżywał nikt. 

Scenariusze były zasadniczo dwa  i oba mało skomplikowane. Jedni żołnierze bronili się przed atakiem z ziemi i powietrza przed innymi żołnierzami.  W pierwszym wariancie wygrywało się, gdy przeżył choć jeden obrońca miasta.  W drugim wariancie było oczywiście odwrotnie: pokonanie każdego żołnierza w szturmowanym mieście oznaczało zwycięstwo. 

 

Miasto budowało się na podłodze. Składało się ulic i domów piętrowych.  Domy  z kolei składały się z podłóg i sufitów  zbudowanych z płyt (pocztówek dźwiękowych) wspartych na klockach.  Dość misterna i delikatna konstrukcja. W tych domach poukrywani zostali żołnierze. Żołnierze wszystkich możliwych jednostek, wszystko, co miałem w pudełku, nawet Indianie, bo komu to przeszkadzało. Właściwie  główna zabawa to było to budowanie, wybieranie miejsc, ustawianie, ukrywanie żołnierzyków.  To trwało długo, ale było wciągające.  Po tym wszystkim następował Wielki Finał –  Grande Finale. 

Atak na miasto nadciągał z powietrza.  Różne był sposoby.  Czasem  były to naloty dywanowe krążących po niebie bombowców, czyli ja chodzący po pokoju i wyrzucający lotem koszącym monety.  Czasem było to tylko bombardowanie przez artylerię umiejscowioną pod miastem, czyli jak nie trudno się domyślić, robiłem to samo z monetami, ale siedząc pod ścianą na krześle.  Monet było sporo, ale jednak ilość była ograniczona. Po takim nalocie „kamera”  przechodzi do miasta, wśród ruiny budynków.  Dym opada. Większość domów zburzona, większość żołnierzy poległa w gruzach.   Czasem giną wszyscy, czasem  nie.  Czasem daje to wygraną, czasem nie…  Moje własne Call of Duty,  moje własne Medal of Honor.  

 

3. FOOTBALL MANAGER

Nie jestem pewien, czy twórcy Football Managera byli już na świecie, gdy ja organizowałem swoje własne rozgrywki ligowe.  W zeszycie, w głowie, przy pomocy monet.   I równie emocjonujące. 

Pamiętam, że z podarowanej mi przez kogoś książki do nauki piłki… ręcznej  poznałem system układania terminarzy ligowych, zwany Tabelą Bergera.   Nauczyłem się jej zasad i wkrótce zacząłem robić z tej wiedzy użytek. 

W zeszycie rozpisywałem terminarz rozgrywek.  Od pierwszej do ostatniej kolejki.  Np. ekstraklasę polską, 16 zespołów w każdej kolejce, osiem meczów i potem tabela.  

Prawdopodobnie to właśnie wtedy zakochałem się w ligowych tabelach i do dziś ich przeglądanie, analizowanie, tworzenie, to jest coś, co tygryski lubią najbardziej. 

Ale stworzenie terminarza  to dopiero początek, należało jeszcze wymyślić system losowania  wyników.   Zacząłem standardowo, czyli  karteczki/losy z wpisanymi wszystkimi możliwymi wynikami.  Każdy mecz miał dolosowany wynik końcowy. Ale to było za mało. Przede wszystkim za mało realne.  To mniej więcej tak jak pierwszy polski manager futbolowy, który nie dość, że na początku przypominał bardziej telegazetę niż grę komputerową, to jeszcze  był tak realny, że jak grając najbogatszą w kraju Legią Warszawa, kupiłem przed sezonem dziesięciu najlepszych piłkarzy z innych polskich klubów,  aby przegrywać mecze po 0-7, 0-6,  0-9.  

Wprowadziłem więcej karteczek z wynikami, dodałem więcej tych z najbardziej prawdopodobnymi wynikami, ale to poprawiło sytuację w niezadowalającym zakresie. Potrzebne było inne rozwiązanie.   I wpadłem na monety.   

 

Monety to było moje królestwo.  Bawiłem się nimi każdego dnia. Głównie rzucając do dołka.  To taka bardzo popularna zabawa: Gra w dołek. Na podwórku, w ubitej ziemi, wydłubywało się mały dołek, ledwo większy od monety i z odległości kilku metrów rzucało się monety, chyba 1 złotowe, do tego dołka. Celem był oczywiście wspomniany dołek ale też wylądowanie monetą jak najbliżej dołka.  Wtedy miało się prawo do „pstrykania”  monety do dołka.  Proste zasady.  Połącznie golfa i karlingu dla ubogich z czasów PRL.  Byłem w tym dobry, jak wspomniałem, bo każdego dnia trenowałem  w domu rzuty. Technika obrotowa, jak kula wychodząca z lufy karabinu, precyzyjny lot i monety lądowały w… wiaderku mojej siostry.  Wcześniej lądowały w prawie porcelanowej cukierniczce, ale cukierniczka okazała się zbyt delikatna w stosunku do srebrnych monet i poszła na straty.   Ta przydługa dygresja była właśnie po to, że zwrócić uwagę na to, że do wygenerowania wyniku wykorzystałem monety.  

Jak to działało?  Każdy mecz był rozpisany na osiem części, po cztery w każdej połowie.  Wszystkie mecze były o tej samej godzinie, a wszystko po to, żeby podnieść atrakcyjność zmagań.  Sześć monet  w dłoni było mieszane i wyrzucane na stolik. Wszystko działo się błyskawicznie w głowie.  Zasada była prosta:  z sześciu monet liczyło się te, które wylądowały orzełkiem do góry.   Jeśli było pięć na sześć był gol.  Oczywiście na zmianę.  najpierw gospodarz meczu, potem goście.  I tak kolejne mecze.  Potem druga seria i umowna 30 minuta.  I tak do końca.  To dawało ciekawe emocje, zmieniające się wyniki, mecz po meczu do ostatniej minuty. Mnóstwo emocji.  Ale to nadal nie było jeszcze to, czego oczekiwałem.  Metodą prób i błędów wypracowałem system handicapów. Co ciekawe, nie miałem spisanych zasad, wszystko było w głowie. Analiza była błyskawiczna.  Jeśli obie drużyny były mniej więcej na podobnym poziomie, to lekki handicap miał gospodarz. W dwóch z czterech sesji goście żeby zdobyć gola na wyjeździe musieli mieć sześć na sześć monet.  Kiedy gospodarz był zdecydowanie lepszy od gości, to handicap był maksymalny:  cały mecz goście na minus 1 w rzutach, czyli żeby zdobyć gola musieli mieć 6/6 w monetach.  Czasem zdarzały się mecze, gdzie grał lider  tabeli z ostatnią drużyną i było jasne, że jest zdecydowanym faworytem. Wtedy uruchamiałem handicap plus 2.  W każdym rzucie do zdobycia gola wystarczyły 4/6 monet z orzełkiem na wierzchu.  To pozwalało na wygenerowanie wyników w rodzaju 7-0. Do tego wprowadziłem też „rzut karny”, a polegało to na takim handicapie, że rywal przy 5/6  nie zdobywał gola, tylko otrzymywał rzut karny.  W karnym rzucałem PIĘCIOMA momentami i żeby zdobyć gola potrzebne były 3/5 reszką do góry.  Czasem do karnego potrzebne było 6/6 orzełków, wtedy przeciwnik „wykonywał”  rzut karny.  Takich zasad i handicapów było więcej, a kluczowe było to, że to rodziło się w głowie. Szybko i sprawnie.  I to był  Football Manager  w najczystszej postaci…

 

A które to były rozgrywki?  Wszystkie, które sprawiały mi przyjemność.  Od ekstraklasy po lubelską „okręgówkę”  Od mistrzostw świata, po krakowską Klasę A. Wszystko!

4.TRANSPORT FEVER

Zamiłowanie do autobusów, tramwajów i szerzej do komunikacji miejskiej przejawiało się również w wymyślonych zabawach.  Ta związana z komunikacją była bardzo prosta i pochodziła z naprawdę dawnych czasów.   

Na dużej kartce papieru formatu A3 rysowałem z głowy mapę sieci komunikacyjnej.  Autobusy to było jednak zbyt wiele, więc wybór padł na sieć tramwajową. Sieć znacznie uboższą niż dziś.  Tramwaj na Zaspę był w budowie, o tramwaju na Morenę, Chełm, czy Ujeścisko to nikt nawet wtedy jeszcze nie myślał.  

 Za pojazdy szynowe, czyli tramwaje, robiły gumki ołówkowe uniwersalne. Ścięte z przodu, ścięte z tyłu, doskonale w moim mniemaniu imitowały tramwaj.  Co prawda bardziej taki współczesny, nowoczesny, którego oczywiście wtedy nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić, niż ten kwadratowy, który,  wtedy pomykał po gdańskich torach. 

 

Potem był już tylko przejazd przez miasto, kolejne pętle, wszystko z wyczuciem czasu, z nabożnym namaszczeniem.  Później  arkusz papieru oprócz torów otrzymywał też budynki i parę innych dodatków i prequel Transport Fever  pojawiał się w mojej wyobraźni kilkadziesiąt przed komputerową premierą…

foto: gdansk.pl

Takie to były czasy. Nie mieliśmy komputerów, telefonów, ale mieliśmy coś znacznie potężniejszego –  wyobraźnię, która napędzała nasze młode umysły.  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *