Od paru dni zacząłem coś robić w temacie pracy.  Poprawiłem swoje CV i ponownie zacząłem przeglądać ogłoszenia.  Dużo ogłoszeń.  

Właściwie „zmusiła” mnie do tego Siostra.  Przyjechała do  mnie w odwiedziny.   I pomaga.  Sam, pewnie, nie dałbym rady. 

Znalazłem kilka ofert, które wydawały mi się sensowne, kilka takich, którym bym podołał.   Tu nie chodzi o to, że ja mam jakieś wymagania albo nadmierne oczekiwania.  Nie mam.  Po prostu w wielu sprawach ogranicza mnie wiedza, brak prawa jazdy,  ból kręgosłupa czy dobra znajomość języka angielskiego.     

Ale próbuję.  Zrobiłem krok do przodu.  Mały, bardzo mały krok. Ale jednak do przodu.   

Złożyłem aplikację do DPD. Znowu poszukują kogoś do punktu obsługi klienta.  Kiedyś już poszukiwali.  Kiedyś już złożyłem.    


Złożyłem nawet aplikację do pracy w szkole na Karczemkach w na.. zmywak. 

Poranek dziś był piękny.  Wyszedłem na spacer.  Pięknie było.  W uszach brzmiała  muzyka ze słuchawek,  a  w duszy zagrała delikatnie wiosna.  Ciepło i ślicznie.  Szedłem powoli, krok za krokiem.   Z jednej strony tempem emeryta uważającego przy każdym kroku, żeby nie połamać do reszty kręgosłupa.  Z drugiej strony krokiem kogoś, kto  chce sobie przypomnieć, że kiedyś już chodził, że każdym metrem kontempluje tę piękną sytuację.  


Szedłem przed siebie, uliczka za uliczką, zakręt za zakrętem, coraz dalej, coraz bardziej zachwycony i… wtedy przyszedł SMS. 

Bank przypomina mi (jakbym ja tego nie wiedział), że minął termin spłaty zadłużenia, że kredyt, że minus na koncie. 


Zrobiło się gorąco, jak w piekle, w którym ktoś  zepsuł termostat, potem dla odmiany chłodno,  zerwała się wichura, deszcz, grad, a w końcu burza z piorunami.  

A przynajmniej tak mi się wydawało…


Wróciłem do domu.  Pod drzwiami stał ON i szyderczo się uśmiechał.   Nie patrzyłem na niego, ale na pewno chciał powiedzieć, że znowu jest i że przecież musiałem wiedzieć, że to była tylko kwestia czasu, że znowu się zobaczymy.    Tak jak wtedy, gdy spłacałem niekończące się zadłużenie, gdy  walczyłem z komornikiem,  gdy nie wierzyłem, że można normalnie żyć, gdy straciłem najlepsze lata swojego życia na zamartwianie się o przyszłość, gdy lękiem była każda wiadomość przychodzącą na telefon, której potem bałem się odczytać.  A teraz ON powrócił.   

Nie zapraszałem go.  Wszedł sam, nieproszony gość, stały bywalec…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *