… a zabawa w wojnę, Weiser?
Przecież urodziłeś się w 45 roku? Nie mogłeś widzieć.
A te wszystkie twoje wybuchy, strzały, karabiny? Twoje zabawy w wojnę?
Bo teraz, to jestem zadowolony, jak sobie przypominam, gdy z żarliwą wiarą nastolatka opowiadałem Michałowi i Arkowi, tam, na łące, przed pruskimi koszarami, że będzie taki świat, że nawet tych koszarów przy Słowackiego nie będzie.
Bo widzisz, Weiser, ja też byłem w wojsku…
WSTĘP:
Kiedy to wszystko się zaczęło?
Może wtedy, gdy będąc brzdącem oglądałem w telewizorze przygody Janka, Tomka, Grzesia, Gustlika i ich czworonożnego przyjaciela. A może wtedy, gdy 4 maja 1987 roku obdarowano mnie książeczką wojskową i ochrzczono mianem przedpoborowego. 27 października 1989 roku ta przygoda już trwała, nastąpiło tylko jej przebudzenie.
Nigdy nie przypuszczałem, że kiedykolwiek zostanę żołnierzem. Dawniej, w szkole podstawowej, nie myślałem o tym problemie, bo w perspektywie miałem długą naukę, może studia. Później perspektywa długoletniego kształcenia zamazała się, więc pocieszałem się, że pacyfistyczna idea życia obroni mnie przed mundurem, koszarami i karabinem. Nie psuła mi humoru nawet leżąca gdzieś na dnie szafy książeczka wojskowa.
We wrześniu 1989 roku sprawy zaczęły, niestety, przybierać zbyt szybki, jak dla mnie, obrót. 10 września otrzymałem wezwanie do Wojskowej Komisji Uzupełnień celem odebrania karty powołania do zasadniczej służby wojskowej.
Mówiąc prościej miałem odebrać bilet do wojska.
Musiałem się wyjąć z szafy najbardziej w świecie znienawidzoną książeczkę, otrzepać ją z kurzu i stawić się w WKU.
Prawdę mówiąc nie spodziewałem się tego powołania. W czerwcu tego roku byłem jeszcze uczniem Technikum Geodezyjnego. 1 września podjąłem pracę na poczcie, a parę dni później przyszło to nieszczęsne wezwanie.
Być może owo zaskoczenie spowodowało, że popełniłem błąd, który wyznaczył najbliższe dwa lata mojego życia: odebrałem dokument, który nakazywał mi stawić się 27 października 1989 roku w Centrum Kształcenia Oficerów Politycznych w Łodzi, w celu odbycia zasadniczej służby w Ludowym Wojsku Polskim.
Pierwszą moją myślą, po odebraniu tego dokumentu było.... ja na pewno nie pójdę do wojska. Sytuacja była trudna, ale wydawało mi się, że dopóki istnieje choćby niewielka nadzieja, należy uczynić wszystko, aby do tego wojska nie pójść. Uznałem, że pacyfizm, do którego przyznawałem się publicznie przez noszenie w klapie kurtki pacyfy, stanie na drodze militarnym zapędom pewnych panów chcących zrobić ze mnie wzorowego żołnierza.
Napisałem śliczne podanie, zaniosłem do WKU i pełen spokoju wróciłem do domu. Wydawało mi się, że widmo koszar odeszło, ale przecież nie mogłem jeszcze tego wiedzieć, że owo widmo podąża do mnie pewnym, stanowczym krokiem, a teraz tylko na chwilę schowało się w jakimś zaułku.
Odpowiedź na moje podanie przyszła bardzo szybko i oczywiście była negatywna. Stwierdzono brak podstaw. W ich mniemaniu ta zwycięska dla nich potyczka miała nie dopuścić do otwartej walki. Ale ja, na ogół spokojny człowiek, pod wpływem bliżej nieokreślonych okoliczności, czasami zapalam się do takich bitew. Postanowiłem, choć to trochę kłóci się z deklarowanymi przeze mnie ideałami pacyfistycznymi, rozpętać wojnę atomową. Ponownie wziąłem do ręki długopis i na kartce papieru dałem im do zrozumienia, że wojna będzie długa, i że nie będę przebierał w metodach prowadzenia tej wojny.
Przeciwnik zaskoczony siłą mojego ognia wycofał się do okopów tzn. do budynków WKU i tam zaprosił mnie na pertraktacje pokojowe. Niestety, okazał się to najbardziej oczywisty Koń Trojański. Facet w mundurze, o stopniu jeszcze mi wtedy nieznanym, z twarzą zawodowego, perfidnego i bezwzględnego przekonywacza, zasypał mnie lawiną gróźb, próśb, oskarżeń, ośmieszeń i innych argumentów, w celu wymuszenia na mnie i dla rzekomo mojego dobra, wycofania podania. Broniłem się dzielnie, naprawdę dzielnie. Nie uląkłem się nawet argumentu, że min. milicja będzie prowadzić wywiad środowiskowy w celu wykazania mojego deklarowanego pacyfizmu lub jego braku, co wtedy naraziłoby mnie, co najmniej na krzesło elektryczne. Nie bałem się tego, ponieważ uważałem, że fakt, iż przez około dwadzieścia lat życia w chamskim i nietolerancyjnym świecie nie zamordowałem nikogo, ani nawet nie dałem nikomu w mordę jest wystarczającym gwarantem mojego pacyfizmu. I w tej chwili, gdy byłem w stanie niemal oddać życie... by nie oddawać życia, przekonywacz wytaszczył i odpalił, nie wiem, czy największe, ale na pewno potężne działo: powiedział mi, że jeśli jakimś cudem przyznana mi zostanie zastępcza służba, to oni już postarają się o to, abym otrzymywał tak mało pieniędzy, że umrę bez pomocy rodziców, a on, (ten facet) doskonale wie, jaka jest sytuacja finansowa moich rodziców.
Leżałem storpedowany pod krzesłem, przed oczami widziałem twarze ojca i matki. Już wiedziałem, że walka jest skończona. Wiedziałem, że nie mogę dopuścić do tego, aby rodzice przez trzy długie lata ze swoich bardzo skromnych środków utrzymywali dorosłego faceta. Po prostu nie wolno mi było do tego dopuścić. Być może to jest ta jedyna chwila, ten jedyny w życiu powód, aby zrezygnować z najbardziej nawet szlachetnych idei. Kto zna ten fakt z mojego życia, ten nigdy nie będzie miał prawa powiedzieć, że nie kocham swoich rodziców. I choć dziś świat bardzo się zmienił i na wiele rzeczy patrzy się obecnie zupełnie inaczej, wtedy myślałem właśnie tak.
Zabrałem podanie, które cały czas leżało przede mną i wróciłem do domu. Po drodze zastanawiałem się iloma i jakimi jeszcze argumentami dysponują ci ludzie, aby rozbić opór młodych ludzi ratujących się przed bezcelowym wyrwaniem z ich życia kilkuset dni.
Pozostał mi jeszcze miesiąc, aby oswoić się z myślą o wojsku.
Czas ten skracała mi codzienna praca na poczcie. Chwilami udawało mi się zapomnieć o czekającej mnie przygodzie. Ale tylko chwilami.
Kiedyś przypadkiem listy doprowadziły mnie do mieszkania pewnego oficera. Jak się potem okazało był to Szef Sztabu Wojewódzkiego Wojska Polskiego – człowiek, od którego mój przyszły los mógł zależeć. Człowiek, którego podpis, w tamtym momencie, mógł dowolnie kierować do służby zastępczej. Mógł, ale tylko pod warunkiem, że chciałby.
Również przez przypadek poznałem kiedyś pewnego oficera niebędącego już w czynnej służbie. Był on moim klientem. Przynosiłem mu listy, sporą emeryturkę. Tak jak wszyscy, również on narzekał na uciążliwości wynikające z braku doręczyciela pocztowego oraz okazywał radość, że problemy skończyły się, ponieważ pojawił się nowy listonosz, czyli ja. Uspokoiłem jego radość, mówiąc, że ta sytuacja potrwa niedługo, gdyż biorą mnie do wojska. Muszę powiedzieć, że cały czas liczyłem na coś w rodzaju pomocy opatrzności i każdemu mówiłem o fakcie powołania mnie za niespełna miesiąc do wojska. I rzeczywiście, przeczucie mnie nie zawiodło. Były oficer zwierzył mi się, że on wielu zna i wszystko może i że załatwi mi zastępczą służbę na poczcie. Sytuacja zaczęła się odmieniać. Zacząłem wierzyć w możliwość tej służby.
Poprosiłem naczelnika poczty, aby wystosował do WKU, w moim imieniu, prośbę o pozostawienie mnie na poczcie, abym tu zamiast biegać z karabinem po polach mógł służyć ludziom swoją pracą.
To, co się działo później było bardzo skomplikowane i polegało na szarpaniu się i bieganiu między różnymi osobami oraz instytucjami. Ciągle miałem nadzieję, że skoro tyle osób zaangażowanych jest wokół mojej skromnej osoby, to coś musi wyjść z tego. Nadzieję miałem bardzo długo, ale myślę, że sprawa została przegrana w momencie, gdy wziąłem do ręki podpisany wcześniej bilet do wojska. Ten fakt spowodował przypuszczalnie, że wszystkie późniejsze zmagania były z góry skazane na niepowodzenie. A może o moim końcowym niepowodzeniu zadecydował fakt, iż moje prośby, starania, u jak go nazwałem, pewnego oficera, który „wielu zna i wszystko może” nie zostały poparte odpowiednim w takich sytuacjach argumentem, tzn. butelką alkoholu. Może?
Ostatnią moją deską ratunku była interwencja u Szefa Sztabu, człowieka, którego kiedyś spotkałem na swojej pracowniczej drodze. Wydawało mi się proste i logiczne, że taki facet bez problemu odsunie od służby wojskowej jedną, skromną osobę, zwłaszcza, jeżeli ta jedna i skromna osoba przynosi temu facetowi do domu listy i pieniądze. Niestety, jemu wydawało się inaczej. Mój list do niego długo pozostawał bez odpowiedzi, a termin stawienia się w jednostce zbliżał się bardzo szybko. Wreszcie na dwa dni przed wyjazdem do Łodzi (ciągle miałem jeszcze nadzieję, że to tego wyjazdu nie dojdzie) podczas kolejnej wizyty w sztabie po raz kolejny powiedziano mi, że Szef pojechał na jakąś naradę czy poligon (oni wszyscy zawsze jeżdżą na poligony i narady) uznałem, że wojsko stało się moim przeznaczeniem i jedyne do mogłem wtedy zrobić, to zaakceptować ten fakt. Pomyślałem sobie, że to Bóg, na skutek mojej nieudolności, sam wziął moje sprawy w swoje ręce i że On na pewno wie, co robi.
Dziś mogę powiedzieć z pełną szczerością, że nie pomyliłem się tego dnia.
Zdecydowałem, że jednak pójdę do wojska. Postanowiłem również, że cokolwiek by się nie działo, to ja im, (komu?) się nie dam. To był wieczór 25 października 1989 roku.
ROZDZIAŁ 1:
Co jest co, czyli jak przez to wszystko przebrnąć?
Malutki słownik terminologii wojennej:
TREP – oficer, żołnierz zawodowy
GIWERA – karabin
ZETKA – Kompania Zabezpieczania, miejsce mojego przeznaczenia
WÓZ – lóżko żołnierskie, koja
UNITARKA – początkowy okres służby żołnierskiej ogólne wyszkolenie żołnierza
STARZY – żołnierze ze sporym stażem wojskowym, ponad rok
MŁODZI – nowi żołnierze, KOTY, KOCIARSTWO
SYF – wojsko
CYFRA – ilość dni pozostałych do końca DDC
CYWIL – cel i sens codziennego znoju żołnierskiego
MORO – powszedni strój żołnierza
PISARZ – żołnierz spędzający całe dnie na siedzeniu u dowódcy i pisaniu przeróżnych planów, rozkazów, itp.
ANCEL – areszt wojskowy
CIĄGNĄĆ SIĘ – podlizywać się trepom w celu poprawienia swojej sytuacji
BIALE SZALEŃŚTWO – twarożek z imitacją śmietany
BEE GEES – bigos
KASIA NA SZYBKO – kasza na sypko
BETON – fasolka po bretońsku
ŻUZEL – kaszanka
LASTRYKO – biały salceson
CZAJANA – mocna herbata
OKRESOWA – barszcz czerwony
FALA – określony pobór do wojska, np. jesień
GRABAT – komenda nieregulaminowa, równoznaczna z „padnij”
LEWIZNA – nielegalne przebywanie poza jednostką
DUSIĆ MULA – spać,
MUŁ MNIE DUSI, MUŁ NADE MNĄ WISI – spać mi się chce
PRZYCINKA – obcinanie kociarstwu ogonów, czyli pasowanie za pomocą pasów) na starych żołnierzy
AMBA – nadprzyrodzone zjawisko polegające na tym, że rzeczy będące dotąd twoją własnością przechodzą w inne ręce, zgodnie z reguła, iż w wojsku nic nie ginie, tylko zmienia właściciela dla zabezpieczenia przed dalszą kradzieżą. Oczywiście bez twojej wiedzy - AMBA FATIMA, BYŁO i NI MA.
ROZDZIAŁ 2:
Najtrudniejsze są pierwsze dni…
Jadę do wojska. Nie mam najlepszego nastroju. Mama rozpłakała się przy pożegnaniu, zresztą ja również miałem niezbyt wyraźną minę. Jakoś nieprzyjemnie było opuszczać swój rodzinny dom i jechać gdzieś daleko, gdzieś w nieznane, w miejsce, o którym słyszało się tyle złych opinii.
Pociąg wtoczył się na stację Łódź Kaliska. Dziś ogólnopolski dzień poboru więc wokoło kręci się mnóstwo wystraszonych młodzieńców.. Niewątpliwie to są poborowi. Podchodzę do jednego z nich, trochę bardziej od innych rozluźnionego. Trafiłem, zostaliśmy powołani do tej samej jednostki. Świetnie, mam już pierwszego kolegę.
Łódź jest bardzo dużym miastem i znalezienie jakiegoś miejsca wymaga sporej wprawy i zabiera dużo czasu. Nasze poszukiwania były długie, ale …niestety owocne. Tuż przed godziną szesnastą stanęliśmy obok bramy, na której widniał napis:
Centrum Szkolenia Oficerów Politycznych im. Ludwika Waryńskiego w Łodzi.
Wtedy była jeszcze możliwość odwrotu, mogliśmy nie przechodzić przez tamten próg. Ale cóż? Pomyślałem sobie jeszcze tylko: „Czy oni ze mnie też zrobią oficera politycznego?” i udaliśmy się w kierunku Biura Przepustek.
Poinformowaliśmy, o co nam chodzi i zaraz zaczął się jakiś straszny wir, zaczęliśmy chodzić jak półprzytomni, jak automaty wykonywać polecenia, wszyscy przestraszeni, bez własnej osobowości. Zaczął się jeden długi sen. Zły sen.
Jesteśmy już chyba w komplecie. Tak na oko, to będzie nas chyba kilkunastu, może dziesięciu. Siedzimy stłoczeni w dwóch pokojach, przestraszeni, po cichu rozmawiający, bojący się wyjść do łazienki. Jesteśmy na razie sami tzn. nie ma z nami innych żołnierzy, ale słychać gdzieś w oddali potworne krzyki. Wszyscy czujemy, ze na razie jesteśmy izolowani od reszty braci żołnierskiej, że wszystko się zmieni jutro. Skoro jesteśmy od nich izolowani, to pewno grozi nam z ich strony jakieś niebezpieczeństwo. Miny mamy nie tęgie.
Wchodzi do naszego pokoju kilku żołnierzy. Przyglądamy się im. Wyglądają całkiem podobnie do nas, ale jakoś tak cholernie groźnie. Chociaż nie. Jeden z nich ma wielkie czarne wąsy i mało włosów na głowie. Ten typ właśnie podchodzi do jednego z nas (Zenek) i pyta wskazując na guziki przy piżamie:
• Co to?
• Piżama
• Czemu nie ma guzika?
• A, bo mnie taką dali
Na to ten facet wydał z siebie potężny ryk:
• To weź, kurwa, dwa taborety i naruchaj, wolniej, kocie głupi!
Nic z tego nie rozumiemy, ale czujemy, że rzeczywiście nasze życie będzie zagrożone. Chłopcy wychodzą z naszego pokoju dodając już spokojniej, abyśmy byli łaskawi nie siadać na łóżkach. Nadal nic z tego nie rozumiemy. Czyżby pościel na łóżku mogła się zabrudzić?
Jeden z nas ma starszego brata, który był kiedyś w wojsku i wytłumaczył nam, że młodym żołnierzom, (czyli nam) nie wolno siadać na łóżkach, ani tym bardziej kłaść się.
Co? Będziemy spać na stojąco? O co chodzi w tym całym wojsku?
Kończy się już ten pierwszy krótki dzień. Jakiś kapral przydzielony, jako, powiedzmy, nasz opiekun, pokazał nam, w jaki sposób ścieli się łóżka, w którym miejscu ma być zagięty koc, ile centymetrów od góry ma leżeć poduszka oraz inne podobne bzdury.
Leżymy w łóżkach i ogarniamy myślami to wszystko, co dzisiaj przyszło nam przeżyć. Zabrali nasze cywilne rzeczy, ubrania, udało mi się tylko z narażeniem życia przemycić z domu szczoteczkę do zębów (moją ukochaną), maszynkę do golenia, długopis i zeszyt. Wszystko inne musiałem wyrzucić. Szkoda mi było zwłaszcza nowej kosmetyczki, którą dostałem przed wyjazdem od mamy.
Leżymy, więc w łóżkach i śmiejemy się w duszach na myśl o tym, jak każdy z nas otrzymał za dużą lub za krótką podkoszulkę, za ciasne lub zwisające moro, śmieszne, długie prawie do kolan, gacie koloru fioletowego, zwane przez to atramentkami albo GBS-ami (że niby Gacie Bojowo Sportowe), ciężkie, metalowe, spadające na oczy lub w ogóle nie wchodzące na głowę, hełmy i wiele innych różnych cudów. Śmiejemy się także z Zenka, który za nic w świecie nie chciał przyjąć hełmu tłumacząc się, że on tu jest przez pomyłkę, że został skierowany tu, jako traktorzysta. Zenek to był bardzo prosty facet ze wsi, trochę starszy od nas. Prowadził w cywilu jakiś własny, mały zakład mechaniczny. Cały czas robił z siebie wariata, śmiechu z nim było dużo. Później zdałem sobie sprawę, że to jego własny sposób na przetrwanie wojska.
Z tym traktorem to wcale nie była przesada. Okazało się później, że prawie każdy z nas został przydzielony, jako jakiś "fachowiec". Z racji naszego średniego wykształcenia (prawie wszyscy) mieliśmy np. organizować zajęcia kulturalno – oświatowe, prowadzić Kluby Żołnierskie, niektórzy przyjechali tu, jako kierowcy. Rzeczywistość okazała się jednak bardziej brutalna. Prawie wszyscy skończyliśmy jako wartownicy.
Przypominają mi się w tym momencie zwierzenia pewnego byłego żołnierza, poety. Mówił on w czasie rozmowy kwalifikacyjnej w WKU, że nie bardzo ma czas iść do wojska, ponieważ studiuje filozofię, a w wolnych chwilach pisuje wierszyki i boi się, że dwuletnie koszarowanie nie wyjdzie na dobre ani jego studiom, ani wierszykom. Oficer natychmiast wyprowadził go z błędu, informując, że oni zapewnią mu taką służbę, która będzie współgrała z jego zainteresowaniami, a nawet pozwoli je rozwijać. Pewnie dlatego chłopak spędził dwa lata w czołgu.
Szkoda, że wtedy nie znałem tej opowieści, na pewno nie wygłupiałbym się podczas mojej "rozmowy kwalifikacyjnej". mówiąc, że interesuję się literaturą, podróżami i innymi, zupełnie nieodpowiednimi dla ludowego żołnierza. rzeczami.
Rozmowa z tym gościem, jak wymyśliłem później, nie miała wcale na celu chęci dowiedzenia się czegoś o kandydacie na przyszłego obrońcę ojczyzny, (komisje dla przedpoborowych przekazały już wszystkie potrzebne informacje), ani tym bardziej pomocy mu w rozwiązaniu ewentualnych problemów, lecz miała za cel sondowanie przez tego wojskowego psychologa przyszłych wzorowych żołnierzy, co do ich politycznego stosunku, poglądów itp. Po prostu władza wojskowa chciała od razu wiedzieć, kto nie przysporzy im żadnych kłopotów i można go od razu olać, a nad kim trzeba będzie roztoczyć specjalną „opiekę”, czyli najlepiej przetrzepać mu dupę. Po prostu.
Kończył się pierwszy dzień. Ile ich jeszcze?
Następnego dnia obudzono nas bardzo wcześnie Trzeba się przyzwyczaić, że śniadanie w wojsku je się o godzinie 6.20. Przynamniej z początku. Stołówka była bardzo rozwrzeszczana. Wyglądamy tak jak masa baranów przygotowanych na rzeź. Plączemy się gdzieś z tyłu kolejki. Wszystkich bulwersują nasze długie, nieścięte jeszcze, włosy.
Ale niedługo. Kolejny punkt programu to fryzjer. Facet przypominał jakiegoś fetyszystę, który czerpał rozkosz ze ścinania nożycami naszych kłaków. Mało nie oszalał, gdy zobaczył długie do ramion włosy jednego z naszych kolegów.
Tak, teraz wszystko jest w porządku. Tworzymy jedną masę ludzką, bez imion, bez osobowości. Pozbawieni włosów wszyscy zmieniamy swoje twarze. Trudno jest nam poznać się nawzajem. Nie bardzo wiem, który z nich to Piotr Łącki, Tomek Makowiecki, Janusz Diks, Marek Penk, Zenek Gołębiewski, Karol Ukleja, Jurek Szymański, Wojciech Weichert. Trzeba się na nowo przyzwyczaić do twarzy. Wszak od wczoraj mogę tych ludzi nazywać swoimi nowymi kolegami albo towarzyszami niedoli.
Wszystkie te zabiegi wokół nas, golenie na zero, identyczne piżamy, takie same przybory toaletowe, do znoju przeprowadzana musztra, oddawanie honorów na ulicy, w sklepie, na schodach, w sraczu, dyscyplina, wspólne jedzenie i spanie na komendę, mają na celu, wiem to teraz, uczynienie ze zgrai obcych sobie, przeróżnych indywidualności, grupy uległych żołnierzy, gotowych do spełniania nie tyle ciężkich zadań bojowych, ale zmyślnych fanaberii trepów realizujących w dorosłym życiu swoje dziecinne marzenia o zabawach w Indian. Aby zabawa ta miała większą atrakcyjność i rozmach, potrzebny im jest ktoś, do kogo mogą krzyczeć, kogo mogą poniewierać, wykorzystywać itp. Taką rolę pełnią i do tego potrzebni im są - żołnierze.
Potem był lekarz. Musieliśmy przejść przez ogólne badania u wojskowego lekarza. Oczywiście fakt, iż znaleźliśmy się w armii dobitnie świadczy o tym, że wszyscy jesteśmy okazami zdrowia, ale widocznie nie można było obejść tego punktu zabawy, więc stawiliśmy się przed panem doktorem, prezentując mu swoje nagie torsy i muskuły. Badanie oczywiście w stu procentach potwierdziło naszą tężyznę fizyczną, choć trzeba dodać, że nie było ono nazbyt skrupulatne Wystarczy powiedzieć, że nasza ósemka zajęła panu doktorowi coś około dwudziestu minut.
Mijają dni. Przychodzi pierwszy ból. Święto Zmarłych, a my nie mamy prawa opuścić naszej jednostki nawet na chwilę. Ba, nie wolno nam nawet wyjść z budynku, w którym mieszkamy. Do kantyny może pójść tylko jeden z nas w imieniu reszty. Trzeba nawet uzyskać pozwolenie na zrobienie siusiu. I kogo tu obchodzi fakt, że ja mam ponad dwadzieścia lat?
Zdaję sobie sprawę, że straciłem ostatnią rzecz, którą w pełnym tego słowa znaczeniu należała do mnie. Straciłem swoją wolność. Nie boli strata włosów, nie boli strata cywilnych ubrań, ale bardzo boli strata samostanowienia o swoim losie. Zostaliśmy wtłoczeni w tryby wielkiej maszyny zwanej armią. Pozbawieni zostaliśmy wszystkiego, w tym również złudzeń, że ktokolwiek naszym losem przejmuje się. Ubrani w jednakowe mundurki, w jednakowych łóżkach i piżamach, z tymi samymi, nagimi, kobietami, na odwrocie okrągłych lusterek, rozpoczęliśmy odliczanie magicznej liczby, której codzienne zmniejszanie przybliżać będzie nas do dnia, kiedy ładnego jesiennego popołudnia odzyskamy nasze własności. Do tego momentu pozostało jednak tak wiele sennych dni, nieprzespanych nocy, tak wiele wylanego potu, że myślenie o tym przyprawia o płacz Trzeba się więc zastanowić nad sposobem spędzenia tych kilkuset dni. Nie warto tu płakać, rozpaczać, że żyjemy w wolnym kraju, że to nie my ustanowiliśmy takie prawo i nie my się na nie godzimy. To nic nie pomoże, a potrafi tylko zaszkodzić.
Wczoraj w nocy przeprowadzono nam ćwiczebny alarm. To nieprawdopodobne, jak w ciągu paru minut człowiek może zerwać się z łóżka, ubrać po ciemku (zaciemnienie), spakować najpotrzebniejsze rzeczy, zrolować prawidłowo koc (niemiłosiernie trudne – sprawdzają!), Pobrać z magazynu broń i pobiec na drugi koniec jednostki do punktów zbiorczych. Na tym polega siła wojska, że można chyba taki efekt osiągnąć. Fascynujące, jak szybko potrafiono zmusić nas do myślenia nowymi torami, do działania na innych zasadach. Chociaż, prawdę mówiąc nie wszyscy z nas poddali się temu destrukcyjnemu działaniu. Nie wszyscy wyzbyli się instynktów przywiezionych z domu.
Nasz kolega, Tomek, długo gramolił się ze swojego ciepłego łóżeczka po ogłoszeniu alarmu, kiedy w końcu udało mu się to, dokonał zleconego mu poprzednio wieczora zaciemnienia poprzez założenie na okno koca, a potem spokojnie poszedł do ubikacji załatwić swoją naturalną potrzebę.
Kiedy wyszedł rozpromieniony z łazienki cala kompania była już pusta i wyimaginowany wróg spokojnie mógł bombardować nasze budynki.
W tym momencie musze zadać sobie pytanie, w jakiej konwencji ma być napisane to sprawozdanie. Nie chcę przed nikim żalić się, więc nie będę opisywał tego bólu psychicznego wywołanego przez wojsko, tego strachu, który był obecny od rana do nocy, tego koszmarnego zmęczenia i niewyspania towarzyszącego nam przez kilka pierwszych miesięcy. Postaram się natomiast zwrócić uwagę na te zabawne strony służby wojskowej wszak film „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” też nie rościł sobie pretensji do pokazania prawdziwego obrazu wojny.
ROZDZIAŁ 3:
Jakoś już leci…
16 dzień
Odzyskujemy powoli łączność ze światem. Na razie objawia się to tylko w postaci sprzątania tak zwanych rejonów zewnętrznych, czyli chodników wokół koszar, ale dobre i to. Można np. napatrzeć się do woli na kobiety na ulicy, czego, nie ukrywam, wszystkim nam bardzo brakuje. Przy okazji takiego sprzątania pojawia się chwilami smutek na twarzy spowodowany chęcią beztroskiego oddalenia się najbliższym autobusem w nieznane, co oczywiście jest nie za bardzo realne, ale ten smutek jest niczym w porównaniu z tym, że można zobaczyć tyle kobiet na raz. I wszystkie wydają się takie piękne, takie urocze, takie sympatyczne, że człowiek od razu zaczyna się zastanawiać, dlaczego nie zauważał tego zjawiska w cywilu.
Są także listy. To inny sposób łączności ze światem. Bardzo istotny. Listy były dla nas czymś, co utrzymywało w nas sens istnienia. Kiedy ktoś otrzymał list, to od razu wierzył, że są osoby, które o nim myślą, które pragną jego powrotu. To było bardzo ważne dla nas. Nie chwaląc się, otrzymałem jeden z pierwszych listów (oczywiście od Moniki), a potem dostałem chyba najwięcej listów ze wszystkich, co wcale nie znaczy, że najwięcej osób o mnie pamiętało.
20 dzień
Mamy dwóch nowych kolegów. Jeden (Przemek Gębusia) tak długo żegnał się w domu z kolegami, że w końcu zapomniał przyjechać do jednostki. Drugi (Mirosław Reschke) został ściągnięty w trybie awaryjnym za kogoś, kto w ostatniej chwili zrezygnował z tego zaszczytnego obowiązku. Trochę im zazdrościmy, że będą krócej od nas, ale nam przynajmniej udało się już odrobinę zaaklimatyzować w tym sanatorium, a oni zaczynają od zera.

21 dzień
Jest zabawa w jednostce. Chłopcy wyprosili u kaprali pozwolenie uczestnictwa w tej radosnej imprezie. Na poprzednią zabawę nie puszczono nas, ponieważ nie mieliśmy jeszcze przy sobie wyjściowych mundurów, a w piżamach nie wygląda się na parkiecie zbyt elegancko. Nie jestem wprawdzie pewien czy w tych mundurach i wojskowych trampkach wyglądało się bardziej elegancko niż w piżamach, ale to nie mój problem. Ja nie chodziłem na te igraszki. Chyba nie te dziewczyny. Zresztą na te zabawy ostatecznie nie chodziło się tańczyć. Niektórzy z nas właśnie tam poznali różne dziewczyny, które potem adorowali przez całe wojsko, z krótkimi przerwami na przyjazdy swoich oficjalnych narzeczonych. Był nawet taki gość, który dawno już mógł sobie załatwić przedterminowe zwolnienie ze służby ze względu na żonę i dziecko, które pozostawił w domu (jedyny żywiciel rodziny), ale jemu wcale się do tego domu nie śpieszyło. Tutaj miał absolutna swobodę. Ponieważ miał bardzo słaby wzrok (nazywano go z tego powodu Krecikiem) nie mógł uczestniczyć w wartach, co w praktyce oznaczało zupełne bezrobocie. Spał więc całymi dniami i nocami robiąc sobie tylko krótkie przerwy na załapanie jakiejś nowej panienki. Kiedyś na kolejnej wiejskiej imprezie, gdzieś pod Łodzią, zbałamucił pewną bardzo modą i sympatyczną dziewczynkę, która niestety uwierzyła w jego zapewnienia o miłości i potem strasznie płakała, gdy dowiedziała się, że jej ukochany wyjechał na miesięczny poligon, a w rzeczywistości on wreszcie zdecydował się wyjść przed czasem do cywila. Naprawdę było mi szkoda tej dziewczyny.
22 dzień
Zwykły, roboczy (nie mylić z powszednim) dzień żołnierza nasze jednostki.
Wstajemy o godzinie 6.00. cholernie wcześnie, ale to i tak pół godziny więcej spania niż w innych jednostkach. Pięć minut na wzorowy porządek w łóżku, pięć na bardzo dokładne umycie się (łącznie z goleniem) i biegiem na stadion, aby poprawić tężyznę fizyczną. Sport o godz. 6.15 to jest to, o czym wszyscy marzą. Powrót po kilkunastu minutach na kompanię i wymarsz ze śpiewem na ustach na śniadanie. Po posiłku generalne sprzątanie rejonów wewnętrznych, czyli naszego domostwa. Wprawdzie wątpliwe jest, czy ktoś mógł zabrudzić kompanię w nocy, ale porządek musi być, więc sprzątamy.
O godzinie 8.00 odbywa się poranny apel. Święta rzecz w wojsku. Składa się ta ceremonia zazwyczaj z opieprzenia tych, co zawinili poprzedniego dnia, postraszenia tych, co zapewne przewinią dzisiaj, oraz odczytania przydziałów służbowych na dzisiejszy dzień. Po wypaleniu okolicznościowych papierosów, zaczyna się swoiste Biuro Pośrednictwa Pracy. Przychodzą z całej jednostki różni oficerowie i wpisują się na listę, zgodnie, z którą żołnierze zostają później przydzieleni do nich na zasadzie niewolnictwa. Od pracy nie ma praktycznie odstępstwa i trzeba się bardzo solidnie natrudzić, aby się od niej wymigać. Gdyby przypadkiem dla kogoś zabrakło pracy, zostanie natychmiast skierowany na rejon zewnętrzny (łazienki i korytarze w budynku, w którym przebywamy), a tam jeszcze nie zdarzyło się, aby zabrakło dla kogoś pracy.
Prace są różne, ale najczęściej brudne i ciężkie. O godzinie 13.30 odbywa się apel południowy, w swojej treści podobny do porannego. Po apelu kompania równiutko maszeruje na obiad. Po obiedzie krótki papierosek i zaraz przygotowanie do służb (najczęściej wart). Następuje cala seria różnych instruktaży i wreszcie o godzinie 16.00 zaczynają się służby.
Od tej pory na kompanii zaczyna rządzić fala, czyli starzy żołnierze. Kociarstwo zabiera się ochoczo do sprzątania, a starzy nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Śpią, piją, wariują, grają w piłkę, ale najczęściej dręczą młodych żołnierzy, do których mają wojskowe prawo wyłączności. Są przecież ich „dziadkami”.
25 dzień
Opisany przeze mnie wyżej roboczy dzień żołnierza dotyczy w zasadzie tylko tych, którzy odbyli już okres unitarny. Tacy jak my, mają na razie harmonogram inny. Opiera się on głównie na pracy, przyuczaniu do zawodu oraz intensywnych przygotowaniach do zbliżającej się przysięgi.
Mieszkamy w jednym budynku ze studentami, którzy odbywają kilkumiesięcznie przeszkolenie w wojsku. Zabawni faceci, wszyscy prawie trzydzieści lat, dziennikarze, prawnicy, sprawiają wrażenie jakby bawili się w Indian. Oficerowie boją się coś do nich głośniej powiedzieć, bo inteligencja może się na nich odegrać w cywilu. Któregoś dnia, kilkanaście dni przed zakończeniem służby, stwierdzili, że wojsko, w którym służą absolutnie nie przypomina prawdziwego wojska i zażyczyli sobie zorganizowania prawdziwego poligonu. Szaleńcy, prawdziwego poligonu to oni na pewno by nie przeżyli, ale tygodniowy biwak pod Łodzią, oczywiście zorganizowano im. W zasadzie było to lepiej zorganizowane niż biwak, gdyż tam na pewno nikt nie dostarcza ciepłego jedzenia, trzydaniowego na prawdziwych talerzach, nikt nie zapewnia telewizorów w namiotach itp. Chłopcy opowiedzą swoim dzieciom, że byli w wojsku na strasznym, wyczerpującym, dwumiesięcznym poligonie.
Oczywiście najgorzej na tej fanaberii wyszli nasi żołnierze, na barkach, których leżał obowiązek zabezpieczenia panom studentom wszelkich wygód. Trochę psioczę na tych ludzi, ale to dla tego, że bardzo wszyscy zazdrościliśmy im tej swobody, którą mieli w wojsku oraz tego, że już niedługo wyjdą do cywila. Poza tym większość z nich była „politycznie podejrzana”. Centrum Szkolenia Oficerów Politycznych była szkołą, do której nie dostawał się każdy chętny. Trzeba było dodatkowo spełniać wymogi ideologiczne.
Inną sprawą bardzo dzielącą zwykłych żołnierzy od bażantów (tak ich nazywano – nie wiem, dlaczego, ale nikt z nas nie wiedział, bo to podobno nazwa historyczna) było jedzenie. Jedzenie w wojsku jest bardzo ważną sprawą, wszyscy zawsze chodzą głodni, a tu okazuje się, że oni dostają więcej i lepiej. Oni szyneczkę, my psinę, oni coś tam, my żużel. Do tego jedli na innej stołówce, więc trudno się dziwić, że wiara nie darzyła ich sympatią, Ale cóż, takie jest życie. Czasem zamiast czarnej kawy dostawaliśmy trochę herbaty (z cukrem), której studenci nie dopili. Myślę, też, że powodem tej antypatii była odwieczna niechęć, którą zawsze darzyli się ludzie z niższych sfer z inteligencją i na odwrót. Ja mieszkałem z nimi, na co dzień i wiem, że wielu było bardzo sympatycznymi ludźmi i można było sporo się od nich dowiedzieć, pod warunkiem jednak, że nie będzie się rozmawiało wyłącznie o damskich pośladkach i wódce.
Byłem któregoś dnia w bibliotece i zobaczyłem tam przecudowny album o Bieszczadach. Powiedziałem pani, która tego pilnowała, że to jest mój wymarzony album i jeśli ona nie pozwoli mi go kupić, to ja na pewno go ukradnę. Wcale wtedy nie oszukiwałem, naprawdę ukradłbym ten album. Najwyżej wyrzuciliby mnie z wojska i nie mógłbym dokończyć moich wspomnień. Na szczęście dla tych, co czytają moje opowieści, był ze mną jeden z bażantów i powiedział mi, że nie muszę popełniać przestępstwa, aby zdobyć ten album, gdyż on ma przypadkiem w domu dwa identyczne albumy i z przyjemnością jeden mi podaruje. Dzięki temu człowiekowi na mojej półce stoi teraz śliczny album bieszczadzki. Jest to wystarczający powód, abym do końca życia mile wspominał bażantów.
Jeden podarował mi album, inny pomógł załatwić wyjazd do domu, z jeszcze innym prowadziłem długie rozmowy na temat życia w Bieszczadach. Słowem, mile wspominam tych ludzi. Cieszyłem się razem z nimi, gdy wychodzili do cywila. Nawiasem mówiąc ich wyjście przypominało w dziedzinie natężenia hałasu powrót żołnierzy amerykańskich z Korei.
Piętro niżej od nas mieszkali „konie”, czyli chłopcy w naszym mniej więcej wieku, którzy wybrali dla siebie przyszłość oficerów zawodowych. Była to Szkoła Chorążych Politycznych.
To, co działo się pod nami przechodziło nasze, małe jeszcze wtedy, pojęcie. Wydawało się nam, że tylko żołnierze służby zasadniczej mogą „ścigać się”, natomiast nie może się to zdarzyć wśród przyszłych oficerów. Nic bardziej mylnego. Dręczyli się oni tam okrutnie, uprzykrzali sobie życie niemiłosiernie. Ponadto atmosfera panowała u nich niesympatyczna. Zdarzały się na przykład kradzieże wśród chłopców z tego samego pokoju, co u nas byłoby nie do pomyślenia. Gdy widziało się zachowanie tych ludzi, nie trudno było zrozumieć, dlaczego oficerowie zawodowi są w większości skurwysynami.

26 dzień
Dostaliśmy swoje pierwsze wojskowe wynagrodzenie, czyli żołd. Było tego niedużo, raptem sześć tysięcy złotych. Jak na dzisiaj to rzeczywiście niespecjalnie, ale przecież czasy też były wtedy niespecjalne. Z drugiej strony w tamtym momencie nie było to wcale tak mało, jeśli zważyć, że i tak nie bardzo mieliśmy, na co je wydać. Nie wyjeżdżaliśmy przecież na przepustki, nie wolno nam było wychodzić na miasto, nawet wyjścia do kantyny mamy bardzo ograniczone.
Wydajemy, więc te grosze na listy do rodziny i znajomych oraz słodycze, których nie wiedzieć, dlaczego, strasznie nam brakuje. Brakuje nam do tego stopnia, że codziennie jeden z nas zostaje wydelegowany do kantyny (dwa piętra niżej) i zakupuje dla całego plutonu przeróżne słodycze. Chowamy to pod materace, aby wieczorem, po ogłoszeniu capstrzyku, każdy w swoim łóżku, przy dozie odpowiedniego spokoju, skonsumował swoje skarby. Wiem, niewłaściwe porównanie, ale było w tym coś z mistyki jedzenia chleba w obozach.
Była również pierwsza wódka. Nie wiem dokładnie, kto i jak przemycił ją na kompanię (musiał to być ktoś z zewnątrz), ale wiem że za zgodą kaprali piliśmy ją w nocy w swoich pokojach. Dużo tego nie było, tylko po jednym łyku pitym z plastikowych kubeczków do płukania zębów, ale to również miało w sobie coś mistycznego.
Są również listy. Nie wolno mi w tym opowiadaniu nie docenić roli listów, które otrzymywaliśmy. Były one czymś, na co czekało się dzień i noc. Podtrzymywały nas na duchu, stanowiły pewien pomost, kontakt, z realnym światem, zawierały w sobie coś, o czym się marzyło, do czego tęskniło, co było sensem naszych codziennych zmagań z samymi sobą i przeciwnościami losu. Nie mogę powiedzieć, od kogo dostałem pierwszy list, ponieważ przyszły dwa jednocześnie: od rodziców i od Moniki. Nie czekałem na te listy długo. Myślę, że trwało to nie dłużej jak tydzień. Nie mogłem narzekać również później. W całym wojsku otrzymałem, co najmniej kilkadziesiąt listów. Najwięcej oczywiście od mamy i od Moniki, ale sporo było też od Krzyśka Jabłońskiego, Marka Zienkiewicza, Arka Kowaliny, trochę do Michała, od Dominiki, kolegów i koleżanek z technikum i innych.
27 dzień
Trwają intensywne przygotowania do naszej przysięgi. Nauczyli już nas całej niezbędnej teorii wojskowej, mocno wciskają do głowy różne doktryny polityczne, choć z tym wyraźnie zaczęli pasować, bo zmiany w polityczne w Polsce zaczęły dotykać również wojska, lecz niestety bardzo opornie.
Z każdym dniem nasilają się zajęcia mające na celu nauczenie nas poprawnego chodzenia, czyli musztra. Nie było tego dużo, gdyż całą tą zabawą kierowali nasi dowódcy drużyn, czyli kaprale, a ci mieli dokładnie gdzieś, jak my reprezentujemy się podczas przysięgi. My ze swej strony również robiliśmy wszystko, aby te wspólne zabawy na świeżym powietrzu były przyjemne i dostarczały wielu wrażeń. Celował w tym zwłaszcza Zenek.
Oto typowa scenka podczas „spacerów”:
Pada komenda: W prawo, zwrot!
Wszyscy odwracają się w prawo, tylko Zenek nie zrozumiał sensu komendy i stoi odwrócony w lewo. No cóż, pomyłka, zdarza się każdemu. Zaczynamy od nowa. Wszyscy w prawo….., a Zenek w lewo!
Tego już dzielny kapral tolerować nie może. Zenek otrzymuje indywidualne przeszkolenie. Po kilku nieudanych próbach dochodzimy wszyscy do wniosku, że Zenek nie potrafi rozróżniać kierunków. A może nie chce potrafić? Szkolimy go dalej. Teraz nie powinno być większych problemów, wystarczy mu tylko pokazać, która ręka jest prawa, a która lewa i już!
- Zenek powtarzaj! To jest moja prawa ręka.
- To jest prawa ręka moja.
- Źle! Masz powiedzieć: To jest moja prawa ręka!
- To jest ręka moja prawa
- Nie, nie! Jeszcze raz: To jest moja prawa ręka
- To jest ręka prawa…..Moja.
I tak dalej przez kilka następnych minut aż do chwili, kiedy w końcu można było już pojąć, o co w tym wszystkim chodzi. Po kilku kolejnych minutach, w czasie, których, my mieliśmy odpoczynek, a Zenek uparcie dyskutował z kapralami na temat kierunków, starania tych drugich zaczęły przynosić nieznaczne efekty i zaczęliśmy musztrę od nowa. Pada komenda w lewo zwrot, wszyscy odwracają się w lewo, tylko biedny Zenek nauczony przez kaprali skrętu w prawo, odwrócił się w prawo.
Muszę tu jednak powiedzieć, że takie igraszki z kapralami były możliwe tylko w naszej jednostce. W każdej innej „normalnej” jednostce wojskowej kaprale, choć są podobnie jak inni, żołnierzami służby zasadniczej, są ludźmi zupełnie nieprzystępnymi dla młodych żołnierzy, często są głównym powodem ich stresów. Po prostu wykorzystują swoją wyższą pozycję w hierarchii woskowej, by gnębić fizycznie i psychicznie swoich młodszych (służbą a nie wiekiem) kolegów. Zdarza się bardzo często, że takie zachowanie wymuszają na nich oficerowie, ale najczęściej jest to ich zupełna samowola. I choć w przyszłości wiele jeszcze się wydarzy, także nieprzyjemnego, to muszę otwarcie powiedzieć, że nasi kaprale byli na ogół porządnymi ludźmi. Na pewno należeli do tej kategorii osób Andrzej Michalewicz i Andrzej Izdebski zwany z powodu swej kategorii wagowej „Misiem”

Byli oni naszymi przełożonymi podczas unitarki. Najlepszą rzeczą, jaką mogli oni dla nas zrobić, to nie wykazywać się nadgorliwością w wykonywaniu poleceń przełożonych. I tak właśnie było. Traktowali wojsko jak zło konieczne, przez które należy przejść bez specjalnego rozgłosu i dlatego nasze zajęcia i nauki z nimi miały tak lekki i towarzyski charakter. Michalewicz miał ciekawy stosunek do nas. Podczas unitarki obowiązywała formuła zwracania się do przełożonych „obywatelu kapralu”. Po pewnym czasie, kiedy stosunki między nami zaczęły przybierać coraz bardziej koleżeński charakter, zwracaliśmy mu uwagę, że to niepoważne, aby on, tak samo zwykły żołnierz jak my wymagał zwracania się do siebie per „obywatelu kapralu”. On karcił nas natychmiast tłumacząc, że kiedy wspólnie zaczniemy chodzić na wartę to wtedy będziemy mogli zwracać się do niego per „ty”. Musieliśmy uszanować jego wolę. Była to chyba jedyna fanaberia naszych kaprali.
28 dzień
Za dwa dni przysięga, ale najpierw władza urządziła nam strzelanie. Takie prawdziwe. Zima za oknem, śniegu pół metra, a oni wywieźli nas za miasto na minipoligon i zaczęła się zabawa. Podarowali każdemu pięć ślicznych, śmiercionośnych naboi i kazali celować do ustawionych dalej sylwetek człowieka. Od razu wiedziałem, że ta zabawa nie jest dla mnie. Położyłem się na ziemi i zacząłem odczyniać ten cały bardzo poważny rytuał związany z bezpieczeństwem strzelania. Trwało to niestety zbyt długo jak na warunki pogodowe, które panowały tamtego dnia. Poczułem jak ręce zesztywniały mi zupełnie, a (uwaga wszystkie panie, zamykamy oczy) pewne, niezbędne do utrzymania gatunku, oraz odrobinę do przyjemności, części ciała, przymarzły mi do ziemi. Poza tym te tarcze były tak daleko, że w ogóle nie potrafiłem dokładnie ich dojrzeć. Zresztą niewiele mnie to wszystko obchodziło, gdyż już dawno ustaliłem jak będą wyglądać moje strzały. W końcu pacyfizm zobowiązywał tylko do jednej reakcji: wszystkie pięć naboi przeleciało w bezpiecznej odległości obok głowy wyimaginowanego przeciwnika. Podobnie stało się z kolejną serią naboi.
Po strzelaniu nikt nie powiedział mi ani słowa, tylko jakoś tak się złożyło, że już do końca służby dwa razy mniej od innych wyjeżdżałem do domu, mniej otrzymywałem pochwał i nagród. No i co z tego, w końcu nie przyszedłem do wojska po zasługi, w przeciwieństwie, chyba do niektórych moich kolegów (leśników), którzy już po kilku dniach jeździli do domu po trofea myśliwskie dla panów oficerów. Ja nie potrafiłem tak wyrabiać sobie pozycji w wojsku, w związku z czym, kto inny otrzymywał awanse, kto inny przeróżne fuchy wojskowe, kiedy inni dostawali pochwały, ja nic, kiedy innym dawano nagrody pieniężne, ja otrzymywałem zaszczytną pochwałę. I tak ciągle.
30 dzień
Ja obywatel PRL, stając na straży niepodległości….
Cholera zapomniałem, co było dalej. Pamiętam tylko, że było tam coś o socjalistycznym państwie, o sojuszniczych armiach, o wzorowych żołnierzach, o dobrych kolegach.
Na pewno jednak ten tekst nie wyglądał następująco:
„Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, w trójcy Świętej Jedynemu, być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczypospolitej Polskiej, chorągwi wojskowych nie odstąpić, stać na straży konstytucji i honoru żołnierza polskiego, prawu i Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej być uległym, rozkazy dowódców i przełożonych wykonywać, tajemnic wojskowych strzec, za sprawę Ojczyzny mej walczyć aż do utraty tchu w piersiach i w ogóle tak postępować, abym mógł żyć i umierać jak prawy żołnierz polski. Tak mi dopomóż Bóg i Święta Syna Jego Męka. Amen….”
Nie te czasy, nie to wojsko, nie ci żołnierze…..
Stałem się dziś pełnoprawnym członkiem Wojska Polskiego. Będę musiał dotrzymywać słów przysięgi. Nie wiem jak tego dokonam.
Oczywiście wszyscy z nas mieli w nosie tę uroczystość ( nikt z nas nie zastanawiał się nad ideami i wartościami przysięgi, ojczyzny, honoru itp.) Tak naprawdę liczyła się tylko możliwość zobaczenia się, często po raz pierwszy od wielu tygodni, z rodziną i znajomymi oraz wspólny z nimi wyjazd do domu. Pierwsza przepustka, to dopiero będzie! 72 godziny wolności!
Nie chciałem zapraszać na tę uroczystość żadnych znajomych ani rodziców. Uważałem po pierwsze, że to tylko farsa, a poza tym nie chciałem, aby ktoś tłukł się przez kilka godzin do Łodzi, skoro zaraz miałem jechać po przysiędze do domu. Rodzice jednak przyjechali. Ojciec mówił, że takiego wojska jeszcze w życiu nie widział. Zgadzam się z jego opinią. Pół godziny przed imprezą spadł obfity śnieg i całe żmudne przygotowania (zwłaszcza naszych kolegów z jednostki, która gościnnie pozwoliła nam przysięgać z ich żołnierzami) poszły na marne. Zrobiło się tak ślisko, że podczas przemarszu krokiem defiladowym przed główną trybuną jedyną niewiadomą było to, czy komuś uda się utrzymać na nogach. Nikt nie zawracał sobie głowy równym krokiem, rytmem marszu czy innymi bzdurami.

32 dzień
Jestem w domu. Po przeszło miesiącu znów mogę porozmawiać z normalnymi ludźmi, położyć się w zwyczajnym łóżku, zasnąć w spokoju i także spokojnie obudzić się rano, bez czyjegoś krzyku, ponaglania i rozkazów. Ale szczęście zwykle nie trwa długo. Czas ważności przepustki dobiega końca i trzeba wracać do jednostki. I tu dopiero trzeba wykazać się silnym charakterem, aby nie „rozkleić się”. Bardzo trudno jest pogodzić się z faktem, że znów jedzie się do znienawidzonego miejsca.

34 dzień
Przysięga na razie niczego nie zmieniła w naszym życiu. Nadal mamy jakieś dziwne zajęcia teoretyczne, odpadła na szczęście musztra. Stanowczo za zimno było na tak długie spacery.
Miałem dziś przyjemność, jako pierwszy z naszej grupy, zaliczyć pierwszą w wojsku oficjalną służbę: dyżurnego kompanii. Było śmiesznie. Do późnych godzin nocnych nasi kaprale zabawiali się ze swoimi kumplami w pokoju, a ja musiałem sterczeć w oknie i nieustannie pilnować czy oficer nie wybiera się na inspekcję. W nocy, gdy kaprale udali się na spoczynek moim zadaniem było siedzenie przy telefonie i błyskawiczna reakcja na jakikolwiek dźwięk wydobywający się z tego skomplikowanego urządzenia. Telefony były dwa. Ten z tarczą był niegroźny. Mógł najwyżej skorzystać z niego chcący zrobić nam kawał starszy służbą i siłą dowcipu kolega. Gorszy był ten drugi, bez tarczy. Rozmawiać za jego pomocą mógł tylko oficer dyżurny, a to nigdy nie wróżyło niczego dobrego. Po usłyszeniu sygnału należało niezwłocznie podnieść słuchawkę (przekroczenie limitu trzech pyknięć telefonu traktowane było jak nieregulaminowe pełnienie służby i do nikogo nie docierały argumenty, że ten sam regulamin nakazuje nocne patrole kontrolne po kompanii, które siłą rzeczy uniemożliwiają natychmiastowe odebranie telefonu. Po prostu twoim obowiązkiem jest przeczuć, kiedy twój przełożony zadzwoni do ciebie i wyrecytowanie formułki:
melduje się dyżurny drugiej kompanii szkoły podchorążych rezerwy szeregowy……..
Całą noc modliłem się, aby żaden telefon nie zadzwonił.

37 dzień
Panika w jednostce. KTOŚ ma przyjechać Straszne dni dla nas nastały. Wszystkie chwile spędzamy na tzw. rejonach zewnętrznych. Generalne sprzątanie. Trawa musi być trawą i absolutnie niczym więcej, ziemia na klombach ma być tylko ziemią, a nie piaskiem, który znalazł się tam na skutek posypywania oblodzonych chodników. To cholernie trudna sprawa oddzielić piasek od ziemi.
Późnym popołudniem, kiedy na dworze jest już prawie ciemno, przychodzi do nas dowódca plutonu, trochę wredny facet, aby sprawdzić, czy wszystko gotowe do przyjęcia jutrzejszego GOŚCIA. Nakazał nam pozbierać z trawników wszystkie liście, które spadły jesienią z drzew w sadzie. Piekielnie trudne zadanie. Kończymy pracę już przy sztucznych światłach. Mirek Reschke to niewielki wzrostem człowieczek, starał się jak umiał, aby powybierać z wielkiego, gęstego krzewu liście. Nie udało mu się wybrać wszystkich. Nasz dowódca wlazł w te cholerne krzaki, sprawdził, a potem pyta, dlaczego tam zostało kilka liści. Mirek tłumaczy mu, że jest ciemno, a poza tym, tam nie można dostać się. Usłyszał w odpowiedzi: •
- Jak ci zaraz przypierdolę między oczy, to ci się od razu rozjaśni. Nie wiem jak ty to zrobisz, ale to ma być zrobione!
Mirek szybko znalazł jakiś sposób na te liście, ale podejrzewam, że musiał czuć się nieswojo słysząc taką mowę. W końcu z zawodu, w cywilu, jest pedagogiem.

40 dzień
Drugie strzelanie.
Jest jeszcze zimniej niż poprzednio, ale teraz już wiemy, że należy na siebie założyć wszystkie rzeczy, które posiadamy na stanie. Tak też czynimy. Ruszać się wprawdzie w tym nie można, ale jest przynajmniej trochę cieplej. Znowu leżymy na ziemi, znowu przygotowujemy się do oddania strzału, cholernie poważna sprawa, w końcu trzymamy w ręku śmiercionośne narzędzia. Nagle słyszę obok siebie jakieś krzyki. Na sąsiednim stanowisku poderwał się do góry Zenek. Spoglądam na niego i widzę jak hełm, który otrzymał zupełnie za duży, nieustannie spada mu na oczy, uniemożliwiając oddanie strzału. Wreszcie chłopak nie wytrzymał, odsunął karabin na bok, odrzucił denerwujący kawał metalu za siebie, w krzaki, i histerycznie zaczął krzyczeć, że nie będzie strzelał, bo on nie przyjechał tu strzelać tylko jeździć na traktorze. I że w ogóle wszystko to jemu absolutnie nie podoba się.
Wszystkich wokół zamurowało. Najbardziej chyba trepów. W normalnej sytuacji, (czyli w normalnej jednostce) za takie wykroczenie groziłaby bardzo surowa kara. Potraktowano by to, co najmniej, jako spowodowanie zagrożenia życia innych, a za taki wybryk karze się przynajmniej aresztem. Ponieważ nasza jednostka, jak ciągle powtarzam, nie była zupełnie normalna, Zenek nie otrzymał żadnej kary, a wręcz przeciwnie, ta sytuacja spowodowała, że żaden oficer nie chciał powierzyć Zenkowi służby wymagającej posługiwania się bronią. Do końca służby nikt nie zmusił już Zenka, aby biegał z bronią. Wprawdzie później jeszcze raz jeden chciano powierzyć Zenkowi zaszczytną funkcję wartownika, ale skończyło się to całkowitym niepowodzeniem.
Strzelanie trwało jednak dalej. Miałem do rozstrzygnięcia jeden problem: nasze dowództwo wyznaczyło limit punktowy, osiągnięcie, którego pozwalało na wesoły powrót do jednostki. Ci, którym sztuka nie powiodłaby się, mieli mieć ten powrót specjalnie uprzyjemniony. Ponieważ jestem dość próżny, postanowiłem sprawdzić, na czym mają polegać owe przyjemności. Powtórzyłem swój strzelecki wyczyn z poprzedniego strzelania, czyli pięć strzałów w niebo, i pobiegłem po nagrodę.
Następne półgodziny były jednymi z najcięższych, jakie spędziłem w wojsku. Padła komenda: Maski, włóż! (nie byłem jedynym uszczęśliwianym). Taka maska przeciwgazowa służyć może do wielu rzeczy, ale na pewno nie do oddychania. Po kilku chwilach człowiek dusi się w niej niesamowicie, nie można prawidłowo oddychać, szybki okularowe natychmiast pokrywają się parą i nie widać już nic. Założyłem więc maskę na twarz, zatopiłem się w gęstym śniegu i zacząłem się czołgać. Po chwili nie słyszałem już żadnych komend, nie znałem kierunku, w którym poruszałem się, dążyłem tylko uparcie do przodu, mając nadzieję, że jakoś trafię do wyznaczonego mi celu przygody. Miałem coraz mniej sił, dusiłem się strasznie, przebrnąłem kolejne parę metrów i…… zostałem w śniegu.
Nie miałem nawet siły, aby się podnieść. Po kilku następnych minutach, kiedy zupełnie już zamarzłem, miałem wszystkiego dość, postanowiłem wstać i nie czołgać się dalej nawet, gdyby ktoś chciał mnie zastrzelić. Wstałem, zdjąłem maskę, rozejrzałem się, wokoło….. Nie było żywej duszy.
Na kompanię wróciłem zmarznięty i całkowicie przemoczony, nie mogłem przebrać się w suche rzeczy, ponieważ wszystko, co posiadałem, miałem założone na sobie. Do wieczora było jeszcze daleko, a przecież nikt nie pozwoli ci się rozebrać na godzinę i wysuszyć łachy. Ciężkie jest życie żołnierza. Takie przemoczenie i nawet choroba nie przyszła. A chciałby wtedy człowiek trochę odpocząć w łóżku.
45 dzień
Oswoiliśmy się z sytuacją, która nas otacza, zupełnie. Wiemy, kto i co może nam zrobić, kto jest denerwujący, kogo trzeba się bać, a kogo można zlekceważyć. Bardzo wiele rzeczy wkurza nas niemiłosiernie, ale obiecałem, że będę pisał głównie o tym, co zabawne. Więc dalej!
Poranna toaleta. Nasza grupa, zwana w terminologii wojskowej plutonem, zbiera się na komendę półnaga na korytarzu i żwawym krokiem udaje się do łazienki. Przypominam, godzina 6.10. Tam dostaje do dyspozycji całe pięć minut. Musi mu to wystarczyć do wyszorowania mydłem „Junak” pysków i łap, przeczyszczenia czymś, co nazywa się, nie wiedzieć czemu, pastą do zębów, swoich kłów, oraz wyskrobać swoje twarze ze zbędnego owłosienia maszynką, do której zawsze brakowało żyletek, ponieważ otrzymywaliśmy tylko dwie na miesiąc.
Z przyborami toaletowymi była bardzo ciekawa historia. Żołnierz przychodzący do wojska jest całkowicie samowystarczalny. Przynajmniej z pozoru. Dostaje do dyspozycji szczoteczkę do zębów, „pastę do zębów”, prymitywną maszynkę do golenia, szare mydło, specjalne mydełko do golenia, z którego robiło się potrzebną do skrobania pianę (przed wojskiem nawet nie wiedziałem, że coś takiego w ogóle istnieje), oraz lusterko z roznegliżowaną (innych nie mogli znikąd zdobyć) panienką na odwrocie (wszyscy tą samą). Podczas dalszych miesięcy służby, nikt już nie kontrolował żołnierzy, jakiej marki pasty do zębów używają, czym się golą i czy w ogóle się myją, ale w okresie unitarnym posiadanie rzeczy przywiezionych z domu było zabronione. Uparłem się jednak okrutnie i przemyciłem do pokoju własną ukochaną szczoteczkę do zębów i maszynkę do golenia. Leżało to w mojej szafce spokojnie, aż do chwili, gdy na kompanii wybuchła kolejna panika, czyli trepi spodziewali się kontroli KOGOŚ ważnego. Zaczęło się sprawdzanie porządku w szafkach, poprzedzone oczywiście drobiazgowym sprzątaniem naszych apartamentów.
Szafka żołnierska to odrębne zagadnienie. Służy ona dwóm osobom i podzielona jest na dwie symetryczne części. Generalną zasadą warunkującą wzorowy porządek w niej panujący jest tzw. lustrzane odbicie. Przybory toaletowe w niej leżące, ułożone są w sposób ściśle określony i stąd „lustrzane odbicie”. W mojej szafce odbicie to było fałszywe. Szpeciły je oczywiście nieszczęsne: szczoteczka do zębów i maszynka do golenia. Dowódca naszego plutonu, gdy zobaczył, co tam w szafce piszczy, nakazał wymienienie przyborów. Zawściekłem się jednak straszliwie i przez całą służbę myłem zęby swoją ulubioną szczoteczką.
Po ablucji porannej – wymarsz na śniadanie. Oczywiście ze śpiewem na ustach. Bażantów nikt oczywiście nie zmuszał do spożywania śniadania o godzinie szóstej rano, więc jak wszyscy normalni ludzie spali o tej porze. Budził ich zazwyczaj nasz śpiew podczas powrotu ze śniadania. W podzięce leciały na nas z okien różne przedmioty, nie tylko codziennego użytku.
Potem przerwa na papierosa. Kaprale drażnili się z nami nakazując, aby palili wszyscy, albo nikt. Były to jednak tylko zabawy, więc nie nauczyłem się w wojsku palić papierosów, co podobno jest regułą. W ten sposób zostałem, więc po raz kolejny i nie ostatni – wyjątkiem.
Palimy, więc dalej. Najbardziej zadowolony z tego jest Zenek, który pochłania prawie dwie paczki dziennie. Znowu urządza kabaret z kapralami: mamy jakąś poważną robotę do wykonania, więc nie będzie nawet żadnych przerw na papierosa. Zenek nie wytrzyma, więc kaprale proponują mu, aby teraz wypalił to, co ma spalić później. Zenek pali więc trzy papierosy jednocześnie.
Innym razem nasi przełożeni urządzili palenie na tempa: tempo raz, zaciągamy się, tempo dwa, wypuszczamy i tak dalej na zmianę. Wszyscy palą: tempo raz, tempo dwa, tempo raz, tempo dwa, tempo raz…. i nie ma komendy tempo dwa. Tylko Zenek wytrzymał tę próbę ognia.
Zajęcia szkolne. Słuchamy jakiś bzdurnych wykładów, za każdą niesubordynację (zdaniem kaprali) pada komenda: Granat! I należy niezwłocznie paść na podłogę. Takie zabawy dorosłych ludzi. Któregoś dnia miałem jakieś okropne boleści brzucha i zostałem zwolniony z zajęć dydaktycznych. Siedziałem, więc w pokoju i widziałem, jak co chwilę przybiegał ktoś z naszych do pokoju wysłany przez kaprala po hełm, ponieważ w takim ciężkim żelaznym hełmie podobno lepiej skupiają się myśli.
Wieczorne mycie było znacznie bardziej zabawne niż poranne. Gwoździem programu była kąpiel czasami w ciepłej wodzie. W dwóch prysznicach musiało się wykąpać, w ciągu dziesięciu minut, kilkunastu chłopa. Co tam się wtedy działo!
Któregoś wieczora wyskoczyłem, jako jeden z pierwszych spod prysznica i szybko wycieram się. Gdy zakończyłem suszenie, zadowolony, że udało mi się tym razem zdążyć, kapral oznajmił mi, że zostało jeszcze dwanaście sekund czasu przeznaczonego na kąpiel, więc muszę wejść pod prysznic ponownie. Wszedłem i oczywiście nie zdążyłem potem na czas wytrzeć się.
Muszę w tym miejscu wyjaśnić pewną sprawę. Te wszystkie zabawy z kapralami były oczywiście głupie, dziecinne i często denerwujące, ale od początku do końca zamykały się w kategoriach śmiechu. To waśnie przez ten śmiech dni płynęły nam szybciej, zapominaliśmy o stresach i już wiedzieliśmy, że w tej jednostce nie spotka nas nic specjalnie wrednego, czego do tej pory obawialiśmy się najbardziej. Więc zabawa ciągnęła się dalej:
- Panie kapralu, czy mogę pójść do kantyny (piętro niżej) kupić sobie oranżadę?.

47 dzień
Coraz więcej mówimy o prawdopodobnym skróceniu służby wojskowej do 18 miesięcy. Aż boję się myśleć, jak byłoby pięknie, gdyby okazało się to prawdą. Bardzo podniosła nam głowy do góry ta wiadomość, lecz niestety nie wszystkim.
Za kilka dni zostaniemy przeniesieni na Kompanię Zabezpieczenia i wtedy pewnie zacznie się dla nas prawdziwe wojsko. Wiemy, że bardzo czekają tam na nas i dlatego wszyscy mamy nietęgie miny. Ale żeby targnąć się na swoje życie?
To był chyba najdramatyczniejszy dzień w wojsku. Wszedłem wieczorem do łazienki, bo wydawało mi się, że mój zmiennik za długo już tam siedzi. Zobaczyłem go klęczącego w kałuży własnej krwi. Podciął sobie żyły.
Wydaje mi się, że przestraszył się zbliżającej się przeprowadzki na Kompanię Zabezpieczenia. Miał bardzo słaby charakter, nie wytrzymał nawet trudów tak spokojnej jednostki, jak nasza. Czego by jednak nie mówić, to jest to przykre, że został zmuszony do tak szaleńczego czynu. Nie zrobił sobie wielkiej krzywdy fizycznej, najwyżej blizny do końca życia, ale pozostały rany psychiki. Odwiedzaliśmy go w szpitalu, potem wrócił do nas, aby zabrać swoje rzeczy i pojechał do domu. Został zwolniony ze służby wojskowej. Uwarunkowano to tym, że nie jest zdrowym psychicznie ktoś, kto nie potrafi przystosować się do tak łagodnych warunków, jak nasze. Po roku ktoś opowiadał, że rozmawiał z Karolem, miał podobno takie „papiery”, że nigdzie nie mógł znaleźć pracy i że szykują się, aby ponownie zabrać go do armii. Więcej o nim nie słyszałem.
50 dzień
Zmiany polityczne w naszym kraju doprowadziły do tego, że nawet tak polityczna organizacja, jaką była wtedy armia, także musiała zdecydować się na zmiany. Zmieniono przede wszystkim szyld, jak to się robi podczas wszelkich zmian.
Należałem obecnie do Centrum Szkolenia Oficerów Wychowawczych.
Zaczęło się szaleństwo ze zdejmowaniem podejrzanych haseł, plakatów, portretów. Udzielałem się zwłaszcza ja, zawsze chętny do zdjęcia jakiegoś zakazanego obecnie hasła, czy wyniesienia do piwnicy popiersia byłego bojownika.
Osobiście wynosiłem ze świetlicy popiersie Ludwika Waryńskiego, jakby nie było, dotychczasowego patrona naszej jednostki.
Zakończył się również najdłuższy serial w TVP – Dziennik Telewizyjny. Został, jak wszystkim wiadomo, zastąpiony „Wiadomościami” i natychmiast przestał być głównym punktem programu szkolenia żołnierskiego.
Dziennik, od prastarych słowiańskich czasów, był w wojsku obowiązkowym punktem programu. Wymiganie się od tej przyjemności było naprawdę trudną sztuką. Nawet starym żołnierzom. Co wieczór, o godzinie 19.28, padała ze świetlicy komenda podoficera:
- Zachodzi kompania na dziennik
Któregoś razu jeden z bażantów żartobliwie zapytał: „A nie można by tak raz normalnie pójść, zamiast tego zachodzenia?
Dziennik, to była jedyna w tamtym czasie styczność młodych żołnierzy, czyli nas, z telewizorem. No, przesadziłem. Czasem trzeba było jeszcze zetrzeć z niego kurz.
Kociarstwu nie przysługuje oglądanie telewizji.
Nie było to bynajmniej radosne oglądanie. Po pierwsze: mało, kogo interesowała polityka, po drugie: przepisy porządkowe niemożebnie zniechęcały nas do oglądania. Wprawdzie siedzieliśmy, ale za to w pozycji: BACZNOŚĆ. Plecy mocno przyciśnięte do oparcia krzesła, nogi silnie złączone, ręce wyciągnięte do kolan. Kobietom to pewnie taka pozycja nie przysparzałaby większych kłopotów, ale każdy zdrowy facet wie jak ciężko wytrzymać w takie pozycji choćby kilka minut.
Kiedy zaczynała się prognoza pogody przechodziliśmy do pozycji: SPOCZNIJ. Wszyscy rytmicznie trzy klepali się po udach i… wolno było nam przyjąć normalną postawę.
Miałem pecha, bo przeważnie w czasie wiadomości sportowych wyrzucali nas ze świetlicy. Myślę, że warto zastanowić się nad psychologicznym aspektem przymusu tego intrygującego programu telewizyjnego. Wydawać by się mogło, że takie zmuszanie do małpiego patrzenia w telewizor ma na celu wyrobienie w żołnierzach zainteresowania politycznym życiem kraju, kreowanym oczywiście przez komunistów. Tymczasem, moim zdaniem, celem było absolutnie zniechęcenie chłopców do uprawiania jakiejkolwiek polityki, a sposobami do osiągnięcia tego celu był właśnie nakaz oglądania oraz karkołomna pozycja. Wiadomo przecież, jaką niechęć budzi w wolnym człowieku jakikolwiek nakaz.
52 dzień
Wróciłem dziś z drugiej przepustki. Dostałem ją troszeczkę dzięki znajomościom z pewnym bażantem, ale to nic, inni w tej dziedzinie starają się znacznie bardziej i osiągają bardziej zadowalające wyniki.
Za trzy dni zostaniemy przeniesieni na Kompanię Zabezpieczenia. Będziemy prawie wszyscy wartownikami. Prawie wszyscy, bo Wojciech „Gonzo” Weichert będzie kierowcą w sąsiadującej z nami szkole języków obcych (dla trepów oczywiście, a nie dla żołnierzy), a Zenek trafi na Kompanię Zabezpieczenia, ale jako kierowca, czyli tzw. smar.
W złych nastrojach opuszczamy dotychczasową siedzibę. Było nam tu dobrze, o ile w wojsku w ogóle może być dobrze, znaliśmy swoją sytuację, swoje prawa, które nam tu przysługiwały. Wielu z nas bardzo zbliżyło się do niektórych bażantów. Nie wiem, czy tam będę mógł tak dużo grać w piłkę nożną jak tu grałem. W piłkę grałem dobrze, więc spodobało się to Andrzejowi Michalewiczowi, który też bardzo lubił grać i dzięki temu często zamiast sprzątania udawało mi się pograć w piłkę. Teraz to się skończy.
(nie skończyło się, tylko zostało to odłożone na później, rozegrałem z Andrzejem jeszcze wiele wspaniałych spotkań piłkarskich).
Rozdział 4:
Nieduże vademecum stosunków i zależności…
Żołnierze przebywający na kompanii, (czyli stanowiący jedną większą całość (są jeszcze bataliony, pułki, armie) dzielą się zasadniczo na młodych i starych. Młodzi, to ci, którzy dopiero przyszli do wojska, oraz ci, którzy mają za sobą już pół roku. Starzy natomiast przebywają tu już ponad rok lub ponad 18 miesięcy i przygotowują się właśnie piciem alkoholu, robieniem chust, kompletowaniem ekwipunku żołnierskiego, do wyjścia do cywila.
Każda grupa stanowi jedną falę. Każda fala posiada z kolei swój określony kolor zależny od tego, w jakiej porze roku przybyła do wojska.
Jesień: czerwono – żółty
wiosna: zielono – żółty
lato: niebiesko – żółty
zima: biało – niebieski.
Od tej poty każdy żołnierz będzie do końca służby pielęgnował, kultywował, chronił swoje święte barwy, niezależnie od tego, że jako młody żołnierz będzie zmuszony głosić wszem i wobec, że najpiękniejsze na świecie to są jednak barwy przeciwnej fali, za co później dostanie mu się od swoich „dziadków” noszących podobne jak on kolory.
Bo zasada jest taka, że młodzi żołnierze przychodzący do wojska np. jesienią są uzależnieni od tych, którzy przyszli do wojska także jesienią, ale cały rok wcześniej. Mówi się wtedy, że starzy są ich „dziadkami”. Oczywiście młody żołnierz musi słuchać się również innych poborów, zgodnie z zasadą, że młody żołnierz musi słuchać się każdego. Oficjalnie jednak „ścigać” mogą go tylko „dziadkowie”.
Do każdego członka naszej armii przywiązana jest cyfra DDC, czyli liczba określająca liczbę „dni do cywila”.
Jest to jedna z najświętszych rzeczy, jakie posiada żołnierz. Codziennie po zjedzeniu obiadu następuje celebrowanie zmniejszenia cyfry. U każdego wygląda to trochę inaczej. Rezerwa, czyli ci, którzy są najbliżej cywila, odrywają codziennie kolejne numerki na specjalnie ozdobionym centymetrze krawieckim, począwszy od 150. W tym czasie traktowani są prawie jak cywile, a więc nie posiadają już prawa ścigać młodych, nie pracują na kompanii, piją. Reszta z zazdrością patrzy na tamtych, myśląc sobie, kiedy oni doczekają takiej pięknej chwili. Młodzi natomiast odejmują swoje cyferki tylko w myślach, ponieważ oczywiście nie przysługuje im jeszcze głośne informowanie o stanie swojej cyfry. Poza tym wszyscy wychodzą z założenia, że tak wielka liczb mogłaby po prostu kogoś zabić.

Bo młody żołnierz musi być zapięty do ostatnich możliwych guzików, musi być ściśnięty pasem do granic wytrzymałości, musi po prostu lśnić i być wzorem polskiego wojaka. Przynajmniej ktoś tym wzorem będzie. Opinacze na butach posiadają cztery dziurki i wykorzystano to, aby szybko i sprawnie określić, kto, do której fali należy. Świeżo upieczeni obrońcy ojczyzny po wtopieniu się w społeczeństwo kompanijne szybko stają się niewolnikami swoich dziadków oraz sługami innych starych. Nie posiadają absolutnie żadnych praw, a mają mnóstwo obowiązków do spełnienia. Nie wolno im, np. oglądać telewizji, palić oficjalnie papierosów, siedzieć, ani tym bardziej leżeć na swoich łóżkach (po pewnym czasie nabywają prawo do tzw. leżenia z uziemieniem, czyli takiego sposobu ulokowania się na łóżku, aby przez cały czas przynajmniej jedna noga dotykała ziemi), nosić wąsów, ani zbyt długich włosów, spacerować po kompanii (jedynym dozwolonym ruchem młodego na kompanii jest bieg), nie wolno pisać listów w ciągu dnia, nie przysługuje mu używanie absolutnie żadnych rzeczy cywilnych, a więc koszulek, skarpetek, pasty, mydła, szelek itp.
Nie wolno mu poza tym robić szeregu nieformalnych rzeczy, które robią starzy: spać na warcie, schodzić z posterunku, uciekać z porannej zaprawy fizycznej, ukrywać się przed pracą i wielu innych. Musi natomiast pracować ciężko i wytrwale za siebie i często za kilku starych, musi nieustannie wysłuchiwać wyzwisk i obelg, musi usługiwać swoim starym, robić herbatę, przynosić różne rzeczy, prasować spodnie, zabawiać ich wymyślonymi przez nich głupotami, często poniżającymi. Młody musi bez zastanowienia znać codzienną cyfrę swoich starych, pod groźbą surowej kary.
DDC – wszystkie płoty, ruiny, ściany upstrzone są tymi nieszczęsnymi DDC. To takie wojskowe grafitti.
Tu, w wojsku, wartości człowieka nie mierzy się rozumem, charakterem, czy tym bardziej czymś tak niepospolitym jak intelekt, lecz ilością dni do cywila.
Nad Tatrami halny wieje, moja cyfra wciąż maleje.
Kolejna różnica pomiędzy młodymi a starymi żołnierzami uwidacznia się w sposobie noszenia mundurów. Generalna zasada jest taka, że im więcej służby, tym bardziej niechlujny strój i mniej zapiętych guzików.
Rozdział 5:
W paszczy lwa…
56 dzień

Jesteśmy już na Kompanii Zabezpieczenia. Zostaniemy zapewne niebawem zjedzeni, wnioskując z histerycznych krzyków, jakie tam zapanowały po naszym przybyciu.
Wszyscy wokoło powtarzają nam, że kible są bardzo zabrudzone, bo od wielu tygodni nie bardzo było komu sprzątać, ale teraz jest już po kłopocie. Trafiliśmy na ciężki okres w życiu kompanii: mały remont sal żołnierskich. Przybyliśmy tu kilka dni za wcześnie, więc zdajemy sobie sprawę, że wszelkie prace spadną na nasze skromne barki, ale to będzie chyba dopiero po świętach Bożego Narodzenia. Przyjdzie mi chyba spędzić te święta w jednostce.
Umówiłem się wcześniej z Kowaliną i Michałem, że pojedziemy w Bieszczady na Sylwestra. Muszę zrobić więc wszystko, aby załatwić sobie przepustkę na ten wyjazd.
Na szczęście zapadła decyzja o wyjeździe wszystkich młodych żołnierzy na Święta i Nowy rok, pozostała jedynie kwestia rozstrzygnięcia, kto, kiedy, wyjedzie. Poparłem swoją decyzję historią o rzekomym ślubie w Sylwestra oraz „niespodziewanym” telegramie od ojca wzywającego mnie pilnie do domu, więc otrzymałem Przepustkę Jednorazową na wyjazd z Łodzi. Uff.
57 dzień
Pierwsza noc na kompanii była bardzo ciężka i… krótka. Co chwilę przychodzili do pokoju, w którym nas zakwaterowano, (wszystkich razem!) różni ludzie ciekawscy, aby zobaczyć, jak wyglądają świeży niewolnicy. Na razie nie przytrafiły się nam żadne specjalnie przykre rzeczy, choć pracy wykonaliśmy już sporo i doprowadziliśmy kible do wzorowego porządku.
Przygotowaliśmy się intensywnie do rozpoczęcia służby wartowniczej. Uczymy się na pamięć regulaminów dotyczących tej służby. Wszyscy straszą nas odpowiedzialnością i niebezpieczeństwem tej zabawy.
58 dzień
Jutro wigilia Bożego Narodzenia.
Kompania opustoszała, większość wyjechała spędzać święta w domu. Obowiązuje tak zwane „zawieszenie fali”, czyli okres, kiedy młodym wolno oglądać telewizję, leżeć na łóżkach i marzyć o domu. Nikt się ciebie specjalnie nie czepia, trzeba tylko posprzątać swoje rejony (miejsce przydzielone do sprzątania). Słowem – sanatorium.
Idę dzisiaj na wartę. Od rana przechodziłem moc instruktaży, egzaminów, testów i zaczęło się moje główne zajęcie w wojsku polskim. Najpierw regulaminowy instruktaż wewnętrzny, a o godzinie 16.00 pierwsza w mojej karierze żołnierza odprawa służb i wart.
Przybywa oficer dyżurny i zaczyna się sprawdzanie gotowości warty do pełnienia tego trudnego obowiązku, który jest, zgodnie z którymś regulaminem „wykonywaniem zadania bojowego w warunkach pokoju” .

Zatem, gdyby kogoś to interesowało, to byłem na wojnie i to jakieś 78 razy.
Oficer oczywiście wie, że dziś kilku wartowników debiutuje, więc odprawa jest bardzo długa i skrupulatna. Każdy z uczestników zabawy musi prawidłowo wyrecytować prawa i obowiązki wartownika:
Wartownik na posterunku ma prawo i obowiązek: czujnie strzec i zdecydowanie bronić powierzonego mu mienia. komendy w przypadku zatrzymania napastnika:
Stój, kto idzie! Stój, bo będę strzelał! Stój! Pif. Paf! Zabity, a przede wszystkim prawo użycia broni:
Żołnierz pełniący służbę wartowniczą (patrolową) ma prawo i obowiązek zastosowania wszelkich możliwych środków przymusu, do użycia broni włącznie w następujących sytuacjach: – w obronie własnej i w obronie innych żołnierzy warty (patrolu); dla odparcia bezpośredniego zamachu zagrażającego ich życiu. – w obronie życia innej osoby. – w celu odparcia bezpośredniego zamachu na: – ochraniane obiekty, urządzenia lub inne mienie. – ważne obiekty państwowe i urządzenia użyteczności publicznej. – dla udaremnienia ucieczki: – oddanych mu pod straż niebezpiecznych przestępców. – zatrzymanego przez wartownika (patrol lub innego upoważnionego żołnierza) tylko wówczas gdy z uprzedniego zachowania i postępowania wynika, że jest on sprawcą niebezpiecznego czynu przestępczego (takiego jak podpalenie, zabójstwo, sabotaż itp.).
Po kilkudziesięciu minutach otrzymujemy pozwolenie odmaszerowania na wartownię.
Wartownia, to praktycznie nasz drugi dom. Wystarczy jak powiem, że w ciągu całego wojska, spędziłem w tym małym, zabarykadowanym pomieszczeniu, grubo ponad tysiąc godzin, czyli prawie półtora miesiąca bez przerwy.
Jest to budynek, w którym przebywać mogą jedynie wartownicy, gdzie trzymana jest ich broń i zapasowe komplety amunicji. Tam spożywają oni posiłki, śpią, rozmawiają, także gnębią młodych.
W czasie świąt, jak już mówiłem fala jest zawieszana, więc na razie nie poznaliśmy jeszcze tej najgorszej z możliwych form gnębienia młodych.
Przychodzi czas mojego pierwszego wyjścia na posterunek. Mam pilnować budynku sztabu, który w nocy jest oczywiście pusty, jeśli nie liczyć kilku pracowników centrali telefonicznej, oraz żołnierza, który jest oddelegowany na stałe, a który wkrótce stanie się moją pierwszą zmorą w wojsku.
Później okazało się, że w tym budynku, jak i całej naszej jednostce, nie ma niczego szczególnego do pilnowania. Ale wtedy nie wiedziałem jeszcze tego. Nie wiedziałem zresztą jeszcze wielu innych rzeczy, np. tej, że najlepszym sposobem spędzenia czasu podczas warty w sztabie jest spanie. Patrolowałem, więc jak nawiedzony wszystkie ciemne i puste korytarze w budynku, mając ciągle nadzieję, że nikt niepowołany nie przyjdzie do mnie, bo nie byłem wtedy pewny swojej reakcji.
59 dzień
Wigilia Bożego Narodzenia.
Po południu zakończyłem swoją pierwsza wartę i szybko zaczęły się przygotowania do kolacji wigilijnej. Zmiany postępujące w wojsku, a przede wszystkim tak zwana „humanizacja” spowodowały między innymi to, że tamta wieczerza była wydarzeniem wyjątkowym, i historycznym zarazem, dla naszej jednostki. Po raz pierwszy w dziejach tej łódzkiej szkoły oficerskiej, a myślę, że także wielu innych jednostek wojskowych, zorganizowano prawdziwą Wieczerzę Wigilijną dla żołnierzy. Prawdziwą, bo z kapelanem wojskowym, opłatkiem, potrawami wigilijnymi, kolędami i prawdziwą serdeczną atmosferą świąteczną.
Jeżeli wigilia w wojsku może przypominać prawdziwe święta, to tamta wigilia była niewątpliwie namiastką domu.
Namiastką wprawdzie, ale za to dużą, na warunki wojska. Niejeden z nas uronił tamtego wieczora łzę. I choć spędziłem w wojsku jeszcze wiele poważnych świąt, żadne nie przypominało tamtej pierwszej wojskowej wigilii.
69 dzień
Okres świąteczno – noworoczny odszedł w zapomnienie. Powróciłem z domniemanego ślubu, powrócili z przepustek inni żołnierze, skończyło się zawieszenie fali, zaczęły nas obowiązywać znów twarde jej reguły. Nikt nie baczył na to, że obchodzę dziś swoje dwudzieste drugie urodziny.
Malowanie sal zostało zakończone, więc młodzież musi posprzątać swoim starym mieszkania. Ciężka to była praca. Chyba tylko ci, co byli w wojsku, znają takie metody sprzątania jak: mycie okien za pomocą tej nieszczęsnej pasty do zębów – smaruje się dokładnie szyby pastą – po chwili, gdy pasta zaschnie, ściera się ją strzępkami gazet – praca jest męcząca, ale efekt tani i co zaskakujące, bardzo dobry; szyby błyszczą się jak po żadnym Ajaxie czy MrMuscle), albo czyszczenie parkietu za pomocą specjalnych wiórków żelaznych (coś jakby ręczne cyklinowanie), czy mycie podłogi wodą z domieszką naszej wspaniałej pasty do zębów, co daje podłodze przyjemny zapach, ale jest piekielnie trudne do starcia).

Jest nas tylko kilkunastu, więc porządkowanie kompanii zajęło nam kilka następnych dni. Swojego pokoju oczywiście nie udało się nam wcale uporządkować, ale to nic, przecież noce są długie. Ciągle ktoś na nas krzyczy, gdzieś woła, czegoś od nas wymaga. Czasami niektórzy starzy wręcz kłócą się o nas, czasami wypożyczają sobie. Czuję się momentami jak Kunta Kinte, bohater filmu o słynnym afrykańskim niewolniku.
Do tego wszystkiego dochodzą przecież jeszcze trepi, którzy przez pół dnia wykorzystują nas niemiłosiernie do swoich mniej lub bardziej, prywatnych spraw. Wszystkie cięższe prace wykonują za nich żołnierze. Nosimy więc stoły, krzesła, ciężkie szafy, całe ciężarówki. Pomagamy im w prywatnych sprawach, bo wielu z nich mieszka w blokach koło jednostki. W domowych przeprowadzkach, zwalaniu węgla lub ziemniaków, myciu samochodów, zajmujemy się czyszczeniem ich pomieszczeń służbowych, wieszamy za nich firanki w oknach i czyścimy zasrane kible. I często nawet nie słyszymy za to słowa podziękowania, po prostu to zupełnie normalne, że żołnierz to szmata, którą się pomiata, a którą można ewentualnie wykorzystać do sprzątania swoich brudów.
Żołnierze zawodowi posiadali zawsze mnóstwo ulg i zniżek w naszym społeczeństwie. Począwszy od kolei, poprzez półdarmowe wczasy, a skończywszy na wydzielonych sklepach w czasach, gdy w normalnych nie można było niczego zdobyć. Żołnierz taki zawsze dobrze zarabiał a pracę przeważnie miał zupełnie przyjemną. Rano, po przyjściu do pracy składają zapotrzebowanie na kilku żołnierzy, którzy potem do godziny czternastej wykonują za nich cięższe zadania. I tak wygląda dzień przeciętnego żołnierza zawodowego. A młody żołnierz po takim wyzysku w ciągu całego dnia w nagrodę jest jeszcze podczas drugiej jego części gnębiony przez starych.
71 dzień
Dziś kolejna warta. Przeżyłem wraz z kolegami już dwie, ale ta dzisiejsza będzie wyjątkowa, ponieważ będzie pierwszą, na której obowiązywać będzie fala. Wiemy, że będzie ciężko. Znaczy spodziewamy się.
Dowódcą warty, czyli osobą, której słuchać musimy bezwzględnie i to zarówno na polu fali jak i regulaminów wojskowych, jest kapral Krzysztof Maciejewski. Nikt inny, jak tylko ten straszny, wąsaty, facet, który odwiedził nas pierwszego dnia służby. Straszny typ. Wyglądał dziesięć lat starzej od nas i budził w nas taka grozę, że chodziliśmy jak szare myszki, nie pozwalając zwrócić na siebie najmniejszej uwagi. Ci, którzy go znali z przeszłości mówili, że jest nieobliczalny, kiedy się wścieknie. Jego zastępcą był kapral Marek Rusek, który niewiele ustępował „Tacie” umiejętnościami. Ta para przez długi czas prowadziła warty, na które miałem wątpliwą przyjemność chodzić. Nie ukrywam, że bałem się okrutnie tych godzin spędzonych z nimi.

Nie mogli nam zarzucić, co zrozumiałe, żadnej niesubordynacji, wszystkie polecenia wykonywaliśmy szybko i bez szemrania. Ale za to tych poleceń było bez liku. Wartownia jest bardzo małym pomieszczeniem, ale sprzątać je można bez przerwy. Kibel, okna, podłogi i to w bardzo wymyślny sposób.
Na przykład podłogę myje się przy pomocy przygotowanej, z mydełka do golenia, pianki. Drobi się mydełko nożem, następnie zalewa wodą, a na koniec specjalnym patyczkiem, który znajdował się na wartowni przez całą moją służbę, mieszało się, aż do uzyskania sztywnej pianki. Potem nie pozostało już nic innego, jak wyrzucić kremowy przysmak na podłogę, rozsmarować go butami po podłodze, a potem przy pomocy szmaty zebrać z podłogi. Cholernie czysto robi się po takiej robocie. Znikają wszystkie rysy od butów na wykładzinie. Ale niestety, tylko na chwilę. W ciągu jednej warty zdarzało się zrobić kilka takich zabiegów kosmetycznych.
Innym ciekawym zajęciem podczas warty, było czyszczenie marmurków w kiblach, przy pomocy cegły. Na tę pracę trzeba było przeważnie sobie zasłużyć jakimś przewinieniem. Delikwent otrzymywał służbowe polecenie wyszukania dla siebie, podczas patrolowania posterunku, odpowiedniej cegły, którą potem wytrwale ścierał w toalecie podczas czasu przeznaczonego na odpoczynek. Byliśmy bardzo przywiązani do swoich cegiełek, każdy używał swojej własnej, a tracił ten wątpliwy „przywilej” spędzania wolnego czasu, dopiero wtedy, gdy cegiełka mogła zmieścić się swobodnie do normalnego pudełka zapałek.

Czas spędzany na warcie dzielił się na trzy zmiany: zmianę patrolującą, czyli pobyt na posterunku, zmianę odpoczywającą, czyli przeznaczoną na sen, oraz zmianę czuwającą, czyli taką, podczas której żołnierz nie może spać, lecz czuwa, aby w każdym momencie móc wkroczyć do akcji.
Zmiana odpoczywająca przysługiwała nam tylko w nocy, w dzień musieliśmy oczywiście sprzątać i jednocześnie zastępować starszych kolegów ze zmiany czuwającej.
Najczęściej zdarzało się tak, że spaliśmy w ciągu doby tylko półtorej godziny (każda zmiana trwa dwie godziny, ale zwykle odpoczywająca trwa pół godziny mniej gdyż trzeba odpowiednio wcześniej wstać, aby ubrać się i przygotować do wyjścia na posterunek). Zmiana czuwająca upływała nam przeważnie na zabawach z cegłą lub innej formie sprzątania. Nic więc dziwnego, że najprzyjemniej było zawsze wychodzić na posterunek. Tam nikt nie miał do ciebie żadnych uwag i pretensji. To były dwie godziny przeznaczone wyłącznie dla siebie. Moim ulubionym zajęciem było wpatrywanie się godzinami w okna normalnych ludzi.
Oczywiście swoboda przebywania na posterunku była okupiona innymi rzeczami. Czy ktoś z czytających to, może sobie wyobrazić, co znaczy wyjść w środku nocy na posterunek, kiedy nie przespało się dwudziestu czy trzydziestu kolejnych nocy? Czy wiecie jak chce się płakać, gdy zostawią cię samego w środku nocy, kiedy pomyśli się, że trzeba spędzić tu dwie godziny bez snu, kiedy sen napiera na ciebie niewyobrażalnie? Czy wiecie jak chłodno bywa zimą o godzinie 4.30? Czy wiecie, że czasami można zasnąć podczas marszu i obudzić się dopiero po bolesnym upadku?
88 dzień
Czas płynie niesamowicie szybko. To już prawie trzy miesiące.
Zaliczyłem już kilka wart na wszystkich posterunkach, służbę w areszcie garnizonowym, na Biurze Przepustek, w kuchni. Byłem również dyżurnym kompanii.
Dzisiaj wieczorem nasi starzy mieli szampański nastrój i przez cały czas nie dawali nam spokoju. Jeden z nich wyprowadził całą naszą dziesiątkę z pokoju na korytarz, co w nomenklaturze wojskowej nazywa się: „Aza z młodymi wyszła na spacer”.
Potem spędzili nas do jednego pokoju i zaczęły się zabawy. Baliśmy się, że teraz będziemy przechodzić ciężkie chwile, ale okazało się, że nasi starzy to ludzie ze sporym poczuciem humoru, a poza tym pozbawieni chęci znęcania się nad nami. Cały czas rzucali grypsy dotyczące ich cyfry DDC w rodzaju: Ile mam włosów na głowie? 261!
Ile jest łóżek w tym pokoju? 261!
Ile jest….? 261! I tak wkoło.
Nawiasem mówiąc, ta ich liczba była wtedy astronomicznie wysoka, jeśli jednak założy się, że oni przebywali już w wojsku prawie piętnaście miesięcy, to była to liczba mała.
Nic złego nie stało się nam, wyszliśmy z pokoju zmęczeni, ale żywi. Zrozumiałem wtedy jedną rzecz: nie należy tak poważnie obawiać się tego wszystkiego. Już za trzy miesiące wyjdzie do cywila wiosenna fala, a wraz z nią kapral Maciejewski, Rusek, Kaźmierczak, Skrabek i inni. Zostanie wtedy na kompanii tylko jesienna fala, czyli nasi dziadkowie, a ci, jak zdążyłem właśnie odkryć, nie są ludźmi, których należy się obawiać. Oczywiście były wyjątki, ale o tym później.
Większość naszych dziadków przybyła do Łodzi z liniowej jednostki w Elblągu, gdzie istniała bardzo ostra fala i gdzie na pewno nie było im łatwo. Istnieje wśród żołnierzy teoria, że ci, którzy przeszli wiele, nie będą odgrywać się za to na „swoich” młodych. Zrobią to natomiast ci, którzy tak naprawdę nie doświadczyli nieprzyjemności w wojsku. Przyszłość przyznała mi rację. Rzecz jasna taki mój sposób myślenia nie zwalniał od codziennej pracy, ale to już inna sprawa, przecież ktoś musi dbać o czystość obejścia.
93 dzień
Rozchorowałem się troszeczkę ostatnio. Poszedłem do lekarza i zupełnie niespodziewanie dostałem trzydniowe zwolnienie lekarskie. Była to trochę nieprzemyślana decyzja, bo później okazało się, że wojsko to nie szkoła i tutaj zwolnienie lekarskie nie zwalnia od ciężkiej pracy. A wręcz przeciwnie: jeżeli nie pójdzie się na służbę, to potem ma się na kompanii zbyt wiele czasu, a to nie jest najlepsze rozwiązanie dla młodego żołnierza. Narobiłem sobie wielu wrogów w tym czasie, gdyż ja uważałem, że choroba uniemożliwia mi pracę. Innego zdania byli moi dziadkowie i właśnie zaczęły się moje problemy. Oliwy do ognia dolał fakt, że tuż po zwolnieniu pojechałem do domu na obiecaną wcześniej przepustkę. Niejeden stary miał mi to za złe do końca służby.
97 dzień
Miałem służbę w areszcie garnizonowym.
Służba polega na pilnowaniu osadzonych w areszcie żołnierzy, którzy przeskrobali coś w swoich macierzystych jednostkach. Niewdzięczna jest to służba, przynajmniej dla mnie, bo niby dlaczego ja mam trzymać bat nad głową chłopaka, który olewa wojsko tak przykładnie, jak powinni robić to wszyscy. Wielu z nas uważa, że jest tam całkiem przyjemnie, bo lenić się można przykładnie, jedzenie lepsze od tego w naszej jednostce, a i na miasto można czasem wyskoczyć. Ale nie jeździłem tam zbyt chętnie i w przyszłości unikałem jej, jak mogłem.
101 dzień
Zaczęła się druga setka dni pobytu w wojsku. Mam już za sobą pierwszy zgrzyt i zderzenie osobowości z falą. Przyszedł do naszego pokoju nasz „dziadek”, który sprawuje funkcję pomocnika szefa kompanii, czyli mówiąc prościej „gaciowego”, bo jednym z jego głównych zajęć jest wydawanie żołnierzom bielizny.
Facet, który od początku nie podobał mi się. Nic w tej armii nie robi, jeśli nie liczyć wydawania pościeli, oraz zmiany bielizny, a zgrywa się na wielkiego żołnierza. Zawsze uważaliśmy, że tylko ci z nas, którzy chodzą na warty, są prawdziwymi żołnierzami.
Przyszedł więc ten typ do naszego pokoju trochę pijany i zaczął chwalić się nam swoimi wyczynami w wojsku. Wreszcie zażądał od nas odliczania jego końcówki, czyli wykonania tylu pompek, ile wynosi końcówka jego aktualnej cyfry. Zdenerwowałem się na tego buca i stanowczo odmówiłem wypełnienia jego rozkazu. Doszło do poważnej wymiany zdań, podczas której ja kategorycznie odmówiłem wykonania tego głupiego polecenia. Wyszło na moje, ale za to on zapewnił mi specjalną opiekę nade mną do końca swej służby w wojsku.
Muszę przyznać, że trochę naprzykrzał mi się, biorąc nawet specjalnie parę razy służbę dyżurnego kompanii, tylko po to, aby móc dobrać się do mnie regulaminowo, ponieważ falowo mu się nie dawałem.
109 dzień
Jest już niemal pewne, że wyjdziemy z wojska w kwietniu przyszłego roku. Wprawdzie pozostał do odsłużenia jeszcze ponad rok, ale przecież dzięki skróceniu, będzie to sześć miesięcy krócej. Fajna sprawa. Uczciliśmy to jak należy, czyli tajną, nocną, imprezą alkoholową.
119 dzień
Wróciłem z domu, a za takie wyróżnienie dostaje się po powrocie zwykle wartę na posterunku pierwszym, czyli na bramie wjazdowej. Dostaje się to pewnie po to, aby odreagować. Warta ta jest mało przyjemna i najmniej lubiana, przez co otrzymują ją przeważnie młodzi żołnierze. Jej przykrości wynikają głównie z faktu, że obowiązuje w niej strój wyjściowy, czyli mundur, koszula, krawat. Nie jest wygodnie paradować w takim krępującym stroju w dodatku na nieustającym widoku oficera dyżurnego. Oznacza to teoretycznie niemożność schowania się przed oficerem, choćby po to, aby na chwilę odpocząć.
Praktyczną stronę zagadnienia miałem poznać dopiero później. Wadą i to znaczną tej służby, był też obowiązek ciągłego otwierania bramy, sprawdzania papierów uprawniających do wjazdu lub wyjazdu z jednostki, itp. Nie było więc to wdzięczne zadanie.
120 dzień
Zaczęła się między nami walka o stołki. Nikt już nie pamiętał przestróg starszych kolegów o tym, aby niezależnie od okoliczności trzymać się zawsze razem.
Otworzyła się szansa przejęcia po odchodzącym, za miesiąc do cywila, żołnierzu Walczaku, funkcji pisarza. Pisarz to jedna z najbardziej pożądanych fuch w wojsku. Osoba, która obejmie takie stanowisko ma duże szanse, aby do końca służby być zwolnionym ze wszelkich służb, prac i obowiązków. Jeżeli do tego, jego osoba spodoba się dowódcy, to pisarz ma zapewnioną posadę do końca pobytu w wojsku. Jest po prostu nie do ruszenia. Wykonuje on całą papierkową robotę za dowódcę, tzn. wypisuje rozkazy dzienne, ma decydujący głos (dowódca się tym nie interesuje) przy ustalaniu codziennych służb, nawet proponowaniu wyjazdów na przepustki. Nie ukrywam, że miałem cichą nadzieję zostać pisarzem, wszak wydawało mi się, że o przydzieleniu tej funkcji powinno decydować kryterium ładnego pisma, a w tej dziedzinie czułem się mocny. Niestety, nikt nie zaproponował mi takiej funkcji, pisarzem został Marek Penk, który od początku przejawiał skłonności nawiązywania częstszych niż było potrzebne, kontaktów z dowódcą. Dziś myślę, że dobrze się stało, iż nie otrzymałem tej funkcji. Nie potrafiłbym przesiadywać w gabinecie dowódcy cały dzień, wdzięczyć się do niego i załatwiać sobie nieustannie przepustki. Poza tym na pisarzu ciążyła spora odpowiedzialność za ludzi, których się wysyłało na służby. Marek nie umiał, albo nie chciał, robić tego sprawiedliwie, z biegiem czasu został w końcu człowiekiem dowódcy, a nie swoich kolegów. Nie miał na przykład czasu wypełnić nam jakiegoś dokumentu, (co było jego obowiązkiem), ponieważ drzemał akurat, nie licząc się z tym, że myśmy dopiero wrócili z ciężkiej warty. Szybko zapomniał jak ciężko spędził te kilkanaście wart, które przyszło mu zaliczyć. Ludzie powoli zaczęli się od niego odwracać, nie widząc w nim kolegi. Zamknął się w swoim świecie gabinetu dowódcy, gdzie żył, pił kawę i przyjmował klientów, zwłaszcza tych, którym się marzyło przejęcie po nim funkcji pisarza. Dopiero na kilka dni przed wyjściem do cywila, kiedy znaleziono mu zastępcę, kiedy nikt koło niego już się nie kręcił, zaczął odczuwać potrzebę kontaktu z innymi ludźmi i wtedy przypomniał sobie, że przed rokiem miał kilku kolegów, którzy tak jak on zaczynali walkę z wojskiem. Polało się trochę łez i w końcu byliśmy zmuszeni przebaczyć Markowi jego wcześniejszy stosunek do nas. Uznaliśmy, że jesteśmy dobrymi kolegami.
123 dzień
Wróciłem z kolejnej przepustki i spotkała mnie przykra niespodzianka: zostałem wraz z kolegą przeniesiony do nowego pokoju. Dowództwo zarządziło nowy podział na plutony, a co się z tym wiąże nowy podział na pokoje. Miało być po sześć osób w pokojach, a nas było ośmiu. Dwóch musiało odpaść. Nie warto się zastanawiać, dlaczego akurat ja. Na pewno wiele osób mogło mieć w tej materii sporo do powiedzenia. Zostaliśmy, więc przydzieleni do pokoju samych starych żołnierzy, między innymi największego wariata na kompanii noszącego nazwisko Skrabek. Człowiek ten znany był w jednostce z zupełnie szalonych pomysłów i bardzo obawialiśmy się mieszkania z nim w pokoju. Przyszłość pokazała, że na mieszkaniu we wspólnym pokoju ze swoimi starymi wyszliśmy lepiej niż nasi koledzy z osobnego pokoju. Ale o tym będzie trochę później.
126 dzień
Zacząłem świrować. Postanowiłem zadbać o swoje zdrowie, kosztem służb i wart. Wszyscy wokoło robią niezliczone uniki, aby jak najmniej namęczyć się w wojsku, a ja mam tyrać jak głupi osioł? Nie.
Kiedy jeszcze przechodziliśmy „unitarkę”, opowiadał nam jeden ze starych żołnierzy, jak podczas ćwiczeń z bażantami otrzymał cios w głowę granatem ćwiczebnym. Zamroczyło go to, stracił przytomność, ale po kilku dniach leczenia wszystko wróciło do normy i szybko zapomniał o swoim wypadku. Dopiero ktoś ze znajomych zasugerował mu, żeby zaczął się starać o przedterminowe zwolnienie z wojska ze względu na niedawny uraz. Od tej pory zaczął biegać po różnych lekarzach, udając bóle głowy, zawroty, mdłości, szmery w mózgu, itp. Skończyło się to wszystko przedwczesnym wyjściem do cywila i sporym odszkodowaniem pieniężnym. Właśnie ta historia posłużyła mi, jako bodziec do starania się, jeśli nie do zwolnienia z wojska, to przynajmniej do chwilowego urlopu.
Moje perypetie dotyczyły bólu nogi i były od początku do końca autentyczne. Przyplątało się do mnie jakieś cholerstwo, które powodowało, że co pewien czas łapał mnie w okolicy biodra silny ból nerwowy, którego nie sposób było opanować. Zdarzało mi się nawet na środku ulicy zatrzymać nieprzytomnie z powodu tego bólu. Zaczęły się moje wędrówki od lekarza do lekarza, w poszukiwaniu diagnozy. Byłem najpierw u słynnego naszego lekarza Marka Skałbani, potem u innych. Byłem w Poradni Leczenia Bólu, u neurologa, u chirurga, byłem u ortopedy. Wszystko na nic. Nikt nie umiał postawić sensownej diagnozy, ani tym bardziej zlikwidować mojej dolegliwości. Na koniec zaaplikowano mi urlop w Izbie Chorych. To było już coś. Na Izbę Chorych trafiało się niezwykle rzadko, a już młode wojsko nie trafiało tam wcale. Miałem przed sobą kilka dni spania i leżenia, na zmianę. Cudowne. Jedzenie przynoszą ci do łóżka i to, kto? Dwudziestoletnia pielęgniarka, do której codziennie wzdychało pół naszej jednostki, (dlaczego tylko pół?). Największe szczęście w wojsku, przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.


135 dzień
Jestem już od czterech dni w wojskowym szpitalu. Oczywiście w mojej macierzystej jednostce. Z początku było zabawnie, dzień i noc w łóżku, z przerwami na posiłek.
Na Izbie również obowiązywała, jakby inaczej, fala, tylko, że tutaj jednym moim zadaniem było pozmywanie naczyń po dwóch kolegach, którzy ze mną leżeli. Jeden z nich to mój dziadek, z którym przyszło mi żyć w jednym pokoju, o nim jeszcze będzie. Drugi natomiast za miesiąc wychodzi do cywila i od kilku tygodni leży w łóżku z nogą w gipsie. Przeszedł bardzo poważne złamanie nogi, na pewno nie zdąży się wykurować do końca służby, ale nikt nie wpadł na pomysł, aby zwolnić go do cywila.
Historia złamania nogi była dość zabawna. Przyszedł kiedyś w odwiedziny na wartownię, podczas mojej warty i kiedy po godzinie wstawał z krzesła uderzył lekko nogą (kolanem) w stół. Nikt tego faktu nie zauważył, dlatego wszyscy wybuchnęli śmiechem, kiedy za chwilę zaczął się drzeć w niebogłosy, że złamał nogę, że ból okropny itp. Wydawało się nam niemożliwe, aby mogło zdarzyć się coś poważnego, gdy nie było upadku, silnego uderzenia czy przynajmniej odgłosu łamania się kości. Tymczasem on ze łzami w oczach zaczął tłumaczyć, że naprawdę złamał nogę.
- „Chłopaki, no, uwierzcie”.
Dopiero teraz wszystkim zrzedły miny. Trzeba było go przede wszystkim usunąć z wartowni, ponieważ nie miał prawa tam przebywać. Kurcząc się z bólu wynieśliśmy go i porzuciliśmy pod drzwiami. Tak było.
Przebywałem, więc w takim towarzystwie w szpitaliku i powoli przestawało mi się to podobać. Lenistwo było dobre, ale samotność, biel ścian i fartuchów, nuda, powoli mnie wykańczała. Zacząłem zupełnie świrować, pisać jakieś „hłaskowskie” opowiadania:
Tu, gdzie teraz przebywam, są dwa pokoje. A w każdym z nich dwa okna. Na pozór zwykłe okna: kawałek szyby oprawionej pomalowanym na biało drewnem. Te okna tworzą dla mnie świat, łączą mnie z miejscem, w którym przyszło mi żyć. Siedzę w pierwszym oknie. Szary świat. Słońce nawet nie próbuje przebić się przez warstwice ciężkich, ciemnych chmur. Na kałużach pojawiają się zrazu malutkie, potem coraz większe, koła. Pada deszcz. Gdzieś za rogiem przemyka jakaś postać w mundurze, dalej snuje się smętna postać wartownika. Na pewno ciąży mu przewieszony przez ramię karabin. Jest zupełnie bezpieczny. Gdyby działo się coś, to powie, że ojczyzna mu kazała. Magiczne słowo: Ojczyzna. Z miłości do niej porzucamy bliskie nam strony, bliskie osoby i biegniemy spełniać dziedzictwo przodków. Ten wysoki płot też wygląda smutno. Z każdą minutą wydaje się jeszcze wyższy i jeszcze bardziej smutny. Jak wszystko wokoło. Ostatecznie można przyjąć, że to też jest piękno. Porzucam swoje pierwsze okno w przekonaniu, że tu na pewno nie znajdę nic, co uspokoiłoby moją rozkołataną duszę.
Tu gdzie teraz siedzę jest inaczej. To okno na inny świat. Świat wolnych ludzi. Kto wie, może przez to bardziej nieszczęśliwych? Tu jest jeszcze bardziej smutno. Jakiś brudny kot nawet nie ucieka przed burym psem. Jest kulawy. Pewnie chłopczyk z sąsiedztwa przetrącił mu łapę kamieniem. Ten kwiatek, co ma dwa bladozielone listki, też wygląda podle za tą przybrudzoną firanką. Świat wolnych ludzi. Jakiś człowiek przemierza wyboje ulicy. Trzyma w ręku palmę. Uruchamiam mechanizm pamięci: dziś jest niedziela. (to pewne – obiad był o godzinę wcześniej. Mielony z kapustą). Niedługo święta Wielkiej Nocy, a więc dziś Niedziela Palmowa. Muszę uspokoić serce po dokonaniu takiego odkrycia. Czuję się jak Kolumb, co znalazł drogę do Indii. Przychodzi nostalgia: jak dawno nie byłem w kościele? Chyba znalazłbym coś na swoje usprawiedliwienie. Znowu myślę o tym jak przemijam, jak gubię dzień za dniem. Zupełnie tracę poczucie rzeczywistości i realności świata., w którym egzystuję. Któregoś dnia obudzę się rano i nie będę już wiedział, jaki jest dzień. A co będzie, gdy nie spotkam wtedy żadnego człowieka lub nie będę miał drobnych na gazetę? Wtedy powiem sobie, że mam znowu szesnaście lat i zacznę wszystko od początku. A tymczasem położę się spać. Może przyśni mi się jakieś okno, przez które zobaczę kolorowy świat. Świat moich marzeń…
Brałem regularnie całe serie zastrzyków. Były to bardzo silne zastrzyki, chyba jakieś sterydy, których branie odradzał mi pielęgniarz, odsiadujący tam służbę wojskową. W końcu podczas któregoś kolejnego zastrzyku, temu właśnie pielęgniarzowi wypadły z ręki przeznaczone dla mnie zapasy medykamentów i wtedy postanowiłem wyrwać się z tej Izby Chorych.
Okazało się, że czasami łatwiej jest trafić do szpitala niż się z niego wydostać. Musiałem usilnie przekonywać lekarza, że czuję się już dobrze, a dalsze przebywanie w szpitalu może źle wpłynąć na moją psychikę. Musiałem jeszcze poczekać kilka dni, aż wreszcie powróciłem na kompanię. Świat wydał mi się wtedy tak piękny, jak z bajki, nawet sprzątanie kibla stało się przyjemnością, byle można było się wreszcie do kogoś odezwać. Dostałem jeszcze tydzień zwolnienia ze służb i wart i tak skończyło się moje świrowanie. Ból nogi towarzyszył mi jeszcze przez wiele dni, aż w końcu tak samo, jak nagle pojawił się, tak samo nagle odszedł w nieznane.
145 dzień
Zenek ma spore kłopoty. Jak już wspominałem wcześniej, został przydzielony do grupy kierowców na naszej kompanii. Poszedł tam sam i to go właśnie zgubiło. Jeden młody żołnierz w grupie starych, to nie jest dobry układ. „Smary” tworzyli coś jakby minikompanię. Tam obowiązywała ich odrębna fala, z którą my nie mieliśmy nic wspólnego. Dlatego, kiedy u nas wszystkie prace zwykle były podzielone na kilku, to Zenek był zdany tylko na siebie. Wszystkie prace porządkowe wykonywał oczywiście sam, a były to prace wymyślnie perfidne. Widziałem go kiedyś zbierającego szmatą z korytarza wiadro piasku przyniesione z podwórza, zalane kilkoma wiadrami gorącej wody. Męczył się z tym okrutnie. Do tego dochodziło jeszcze chamskie odnoszenie się do niego w pokoju, brak snu, celowe brudzenie jego pościeli, a nawet kradzieże. Zenek nie mógł dłużej tego wytrzymać i starał się o przeniesienie do innej jednostki.
146 dzień
Okazuje się, że przebywanie w jednym pokoju ze starymi żołnierzami nie jest takie złe, a nawet prowadzi do pewnych korzyści. Otóż, kiedy ktoś potrzebował młodego do sprzątania, pędził szybko do ostatniego pokoju, gdzie przebywali nasi koledzy i zawsze znajdował tam kogoś „chętnego” do ciężkiej pracy. Rzadko wpadali na pomysł, aby zapukać do sali obok, gdzie my byliśmy. Kiedy czasem to czynili, nasi współlokatorzy nie zgadzali się na nasze wypożyczenie tłumacząc, że jesteśmy potrzebni im. To był już spory luksus. W zamian musiałem na zmianę z Tomkiem Makowieckim, od czasu do czasu, posprzątać trochę w pokoju.
Innym dobrodziejstwem wynikającym z mieszkania w jednym pokoju ze starymi, było zezwolenie nam na leżenie w ciągu dnia na łóżkach. To było już niesamowite ustępstwo, nieosiągalne na razie dla naszych pozostałych kolegów. Oni odpoczywali nadal w ten sam sposób, jak my kiedyś, czyli na podłodze. Wyobraźcie sobie, proszę, taką sytuację, wchodzi ktoś do pokoju, pokój pusty. Rozgląda się po kątach i nagle dostrzega, że pod łóżkami leży ośmiu dorosłych ludzi i śpi. No, powiedzmy drzemie. Prawda, że niesamowite?
Człowiek – człowiekowi zabronił położyć się lub usiąść na łóżku. Wielkim więc dobrodziejstwem było dla nas przebywanie na co dzień ze Skrabkiem, Janem Śliwą, Czaplą czy Jarosem.

Skrabek okazał się zupełnie bezpiecznym człowiekiem, tzn. przy zdecydowanym odrzuceniu jego wygłupów, można było się od niego odczepić, a nawet powiedzieć mu kilka ostrych słów. Być może wynikało to z faktu zbliżającego się jego wyjścia do cywila. Może.
Janek Śliwa był z kolei porządnym człowiekiem. Jednym z najlepszych, których spotkałem podczas swojego pobytu w wojsku. Spaliśmy w jednym łóżku, to znaczy ja spałem na piętrze, a on na parterze. Dzięki niemu uniknąłem wielu nieprzyjemności, kiedy tylko mógł starał się, abym jak najmniej był wykorzystywany. Robił to z czystej sympatii dla mnie. Często pomagał mi w wielu sprawach. Pewnego dnia zaginął mi gdzieś pas od mora. Myślałem, że ktoś ukradł mi go w nocy, co było zupełnie możliwe. Nadszedł czas wyjścia na apel poranny, a ja jestem bez pasa. Założyłem, więc pas skórzany, taki jakiego używa się do mundurów wyjściowych i poszedłem na apel. Okazało się, o czym wcześniej nie miałem pojęcia, bo niby skąd, że taki strój przysługuje tylko rezerwistom, a nie takim kotom jak ja. Prawie pobiłem się z Jarkiem Cichoszem (tym, który kiedyś miał ochotę, abym pompował jego końcówkę) o ten pas. Janek Śliwa skombinował mi gdzieś drugi pas zupełnie bezinteresownie. Potem okazało się, że mojego pasa nikt nie ukradł, lecz leżał on sobie w pokoju na oknie, gdzie zostawiłem go poprzedniego wieczora, przy myciu okna.
O Czapli i Jarosie napiszę jeszcze osobny tekst. Ostatnim domownikiem był Grzesiek Ciechanowicz. To właśnie ten, o którym wspominałem wcześniej, jako o tym, któremu nie bardzo się śpieszy do cywila, do żony i dziecka. Krecik przesypiał całe dnie i był absolutnie niegroźnym „dziadkiem”. To byli właśnie ludzie, z którymi przyszło mi mieszkać w jednym pokoju.
150 dzień
Urwał nam się z warty następny kolega. Mirek Reschke został odpowiedzialnym za halę gimnastyczną. Znowu umknął mi moment kampanii przedwyborczej na to stanowisko. Prawdopodobnie zadziałały te same mechanizmy, co w przypadku wyboru pisarza, choć Mirek z pewnością nie wchodził nikomu w tyłek, aby zdobyć tę funkcję. Po prostu wykorzystał tę szansę, aby wyrwać się ze świata wart i służb. Zresztą, był on na pewno odpowiednią osobą na to stanowisko.
W przeciwieństwie do sprawowania funkcji pisarza, tutaj zazdrościłem już bardzo. To byłoby zajęcie absolutnie dla mnie, cały prawie czas na hali sportowej, własny kantorek, czasami partyjka tenisa ziemnego z komendantem jednostki. To jest ciekawe życie, nie to, co ślęczenie na warcie.
Całe szczęście, że jest już wiosna, że noce są cieplejsze. Nie trzeba już kombinować jak ogrzać się, Nasi starzy wpadli zimą na pomysł, aby wchodzić w czasie warty do kotłowni przez niedomknięte okno. Pomysł był przedni, zwłaszcza, że nie było żadnego ryzyka, ponieważ pod kotłownią zawsze czuwał młody żołnierz, który w porę ostrzegał przed patrolem oficera dyżurnego. Sprawa się rypła jednak, kiedy którejś nocy nie było młodego żołnierza i obaj spali w kotłowni. Złapał ich oficer, a okno zostało zamknięte i oplombowane.
Udało mi się kiedyś odważyć z kumplem na spanie w tym ciepłym miejscu. Najpierw przez godzinę ja pilnowałem, a potem on pilnował mnie, ale nie mogłem zasnąć, gdyż cały czas obawiałem się, że on nie będzie mnie umiejętnie pilnował. Potem trzeba było szukać sobie nowego schroniska.
152 dzień
Przydzielono mi dziś służbę na Biurze Przepustek.
Dość ciekawe zajęcie polegające głównie na odbieraniu telefonów oraz biegowym wykonywaniu poleceń oficera dyżurnego. Dodatkowym, nieformalnym, obowiązkiem dyżurnego Biura Przepustek było błyskawiczne informowanie ukrywających się wartowników przed zbliżającym się patrolem oficera. Było to bardzo odpowiedzialne zadanie, od którego zależało powodzenie całej warty, a także większości służb na kompanii. Nie zawiadomienie przez dyżurnego odpowiednio szybko o wyjściu na patrol oficera, mogło spowodować późniejsze sankcje dla wartowników, dowódcy warty i wielu osób mających w tej chwili służbę na kompanii.
Lubiłem te służbę, bo pozwalała na chwilowy, chociażby, kontakt z cywilami, często kobietami, dziewczynami przychodzącymi na odwiedziny do żołnierzy. Poza tym, ograniczała kontakt ze starymi do minimum, co zwłaszcza w początkowym okresie, było bardzo dla mnie korzystne. Wadą tej służby był dość krótki czas spania, chociaż minimalnie dłuższy, niż na warcie. Później, kiedy byłem już starym żołnierzem i przesypiałem na warcie całe dnie, nie lubiłem już dyżuru na Biurze Przepustek, bo tam trzeba było wykonywać polecenia przełożonych, a nie można było porządnie się wyspać.
153 dzień
Byłem dziś na meczu piłkarskim. Na stadionie Widzewa odbywał się mecz Polska – Jugosławia i udaliśmy się tam całą brygadą. Mecz był kiepski, ale stanowił zapowiedź wielu późniejszych, wspólnych wypraw wojennych żołnierzy naszej kompanii.
155 dzień
Coś się dziś kończy, coś się zaczyna. Polska staje się normalnym krajem i nie ma w niej miejsca na takie ostoje komunizmu, jak nasza jednostka. Dziś centrum Szkolenia Oficerów Politycznych /Wychowawczych im. Ludwika Waryńskiego przestało istnieć.
Była wzruszająca uroczystość z możnymi miasta Łodzi, z telewizją, przemówieniami i naszą kompanią, jako wątpliwej, jakości, dekoracją tej uroczystości. W końcu sztandar powędrował do jakiegoś muzeum i skończył się jakiś etap istnienia.
Wiedzieliśmy dużo wcześniej o rozwiązaniu naszej jednostki. Wiązaliśmy z tym faktem wiele nadziei. Istniała poważna szansa, aby w kwietniu 1990 roku wyjść do cywila. Często w podobnych sytuacjach, kiedy jednostki wojskowe były likwidowane, żołnierze wychodzili przedwcześnie do cywila. Ale tym razem, niestety, tak nie było.
Ostatecznie znalazł się chętny do przygarnięcia nas i zostaliśmy II Kompanią Ochrony Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi.
Lubię takie zmiany, kiedy człowiek nie rusza się z miejsca, nie zmienia otoczenia, ani swojej sytuacji, a nagle funkcjonuje w nowej rzeczywistości.
160 dzień
Zrobiło się trochę luźniej w jednostce. Odeszli do cywila chłopcy z wiosennej fali. Nie ma już Maciejewskiego, Ruska, Skrabka, Śliwy i innych.
Bardzo boleśnie odczuliśmy chwilę, kiedy oni przekraczali bramę naszej jednostki. To było coś, o czym się marzyło, czego się pragnęło. Ich radość była jednocześnie naszym smutkiem. Każdy zadawał sobie pytanie, czy doczeka tej chwili, kiedy ktoś inny będzie zazdrościł nam wyjścia do cywila.
Wyjście było skromne (dwadzieścia parę osób), ale zupełnie klasyczne, a więc ze śpiewami, chustami, rzucaniem monet dla trepów i całą resztą, o której opowiem w chwili naszego udziału w tym obrzędzie. Nasi dziadkowie zapowiedzieli nam już od razu, że przejmują pełnię władzy na kompanii i teraz dopiero za nas się wezmą.
162 dzień
Skończyły się chyba kłopoty Zenka. Z chwilą rozwiązania CSOW zabrakło miejsca dla kierowców i musiano ich przekwalifikować na wartowników. Zenkowi również chciano wcisnąć karabin do ręki i to był właśnie ten jeszcze jeden raz, o którym wspominałem wcześniej.
Brakowało bardzo osób mogących pójść na wartę. Łapano się różnych możliwości, spróbowano także z Zenkiem. Aby warta doszła do skutku potrzebne jest odbycie szeregu różnych procesów, mających na celu wcześniejsze wyeliminowanie osób nieprzygotowanych należycie do tej służby. A więc odprawa wart zawsze poprzedzona jest instruktażem udzielanym przez kogoś z kadry naszej kompanii. Dzięki takiemu instruktażowi można w porę zmienić żołnierza nieodpowiadającego wymaganiom służby z bronią. Na przykład Zenka.
Instruktaż przeprowadzał sierżant „Styk”. Każdy kandydat na wartownika musi wyrecytować bez zająknięcia Prawo Użycia Broni, a następnie zademonstrować praktyczną umiejętność zatrzymania niepowołanej osoby. Zenek regulaminowego prawa nie był w stanie powtórzyć nawet w niewielkim stopniu, natomiast świetnie poradził sobie z egzaminem praktycznym. Ruszył zdecydowanie na rzekomego napastnika z podniesionym karabinem, odbezpieczył broń i krzyknął:
- Stój, bo bede szczelał!
Stało się jasne, że żaden dowódca nie weźmie na siebie odpowiedzialności puszczenia Zenka na wartę. To był właśnie ten jedyny raz, kiedy chciano Zenkowi wcisnąć karabin do ręki. Następny raz stało się to podczas oddawania broni, w związku z odejściem do cywila. Zaczęto szukać dla niego jakiegoś zajęcia w jednostce. Stanęło na tym, że będzie osobistym kierowcą dowódcy jednostki. Niezła fucha. Oznacza ona całkowity rozbrat z bronią, służbami, częste wyjazdy do domu, ale w zamian za to wymaga ciągłej obecności przy samochodzie, gotowości na wszelkie wezwania, także w nocy.
Nie doszło jednak do przejęcia przez Zenka samochodu dowódcy. Zmiana CSOW na WAM pociągnęła za sobą zmianę dowódców. Nowy dowódca nie chciał Zenka i znowu trzeba było szukać dla niego zajęcia. W końcu ktoś (on sam?) załatwił mu funkcję kierowcy i jednocześnie kucharza, w areszcie garnizonowym. To była dobra rzecz. Bardzo spokojna służba do samego końca. Od tej chwili widziałem Zenka jeszcze tylko kilka razy.
165 dzień
Kolejna warta w budynku sztabu. Przypominam sobie jak trzy miesiące temu po raz pierwszy pilnowałem sztabu. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że podstawowym obowiązkiem wartownika na tym posterunku jest: „czujnie spać i nie dać się złapać”.
Teraz realizowałem to prawo w pełni. Spanie było dość bezpieczne, ponieważ istniał cały system zabezpieczeń, mających na celu ostrzeżenie przed zbliżającym się oficerem. Tuż po wyjściu oficera, ktoś z wartowni szybko dzwonił po wszystkich posterunkach telefonem wojskowym. Telefon ten był bardzo słabo słyszalny i dlatego nie stanowił odpowiedniego zabezpieczenia. Na szczęście istniały jeszcze drzwi wejściowe, które niemiłosiernie skrzypiały, gdy ktoś starał się je otworzyć. Dodatkowo dowódca warty, idący na patrol z oficerem trzaskał tymi drzwiami podczas wychodzenia najgłośniej jak tylko mógł, wszystko po to, aby zbudzić śpiącego na górnym piętrze wartownika. System był dobry, ale do pełnego skutku potrzebna była jeszcze jedna rzecz: poczucie strachu.
My, nasi starzy, pełniliśmy warty ze świadomością, że trzeba się nieustannie pilnować przed oficerami, bo przyłapanie nie będzie miłe. Dlatego wykształciliśmy sobie taki rodzaj snu, że budziliśmy się na najmniejszy szmer z zewnątrz. Nikt, nigdy nie był w stanie poznać, że przed chwilą pogrążeni byliśmy w śnie. Natomiast ci, co przyszli później do wojska, bardzo często byli przyłapywali przez oficerów, ponieważ spali tak mocno, że można było wyjąć im karabin z ręki podczas snu.
Przypominam sobie jak jeden z nich, spał kiedyś na górze, obudziło go trzaśnięcie drzwi przez kogoś towarzyszącego oficerowi. Zatrzymał cały patrol zgodnie z regulaminem, ale oficer zarzucił mu, że spał. Tamten oczywiście głośno wypierał się, ale fakty niestety przemawiały przeciwko niemu: na jego twarzy widniały odciśnięte wzory wykładziny podłogowej, a orzełek na jego hełmie, nie wiedzieć dlaczego, widniał z tyłu głowy.
Sam pamiętam, jak spałem kiedyś na korytarzu i obudziło mnie trzaśnięcie drzwiami. Zerwałem się błyskawicznie, podniosłem z podłogi karabin, chcę iść do wejścia i…. nie mogę. Zdrętwiała mi noga. Absolutnie nie mogę ruszyć się z miejsca. Jestem zupełnie bezsilny wobec takiego stanu rzeczy. W końcu jest mi wszystko jedno, niech mnie łapie oficer, nie mogę się ruszyć, czekam. Na szczęście zobaczyłem na dole tylko kolegę z sąsiedniego posterunku, który przyszedł do mnie ogrzać się.
Innym sposobem spędzania czasu podczas warty w budynku sztabu było czytanie książek lub pisanie listów, w późniejszych czasach umilały nam czas także radia i walkmany.

167 dzień
Zrobiło się już zupełnie ciepło więc wybraliśmy się z kolegami do parku. Taka mała odskocznia od nieustannych wart, potów, karabinów, wartowni itp. Przyjemnie było, spacery wśród zieleni, flirtowanie z dziewczętami to bardzo podniecające zajęcie dla skoszarowanych żołnierzy. Miło było.
172 dzień
Święta Wielkiej nocy.
Drugie święta spędzane w wojsku. Przykra sprawa. Godzina szósta rano, ludzie idą na Mszę Świętą, a ja stoję jak sierota pod płotem. Płakać się chce. Te święta, niestety, w niczym nie przypominały atmosfery niedawnego Bożego Narodzenia. Jedynym namacalnym dowodem na ich obecność były wolne od zajęć, (ale nie od służb i wart) dni oraz szynka i baleron w menu. I pomyśleć, że CSOP była jednostką o komunistycznej ideologii.
Jedyne, co mogłem zrobić, to powstrzymać się w Wielki Piątek od jedzenia mięsa.
W Poniedziałek Wielkanocny wybraliśmy się z Piotrem Łąckim ponownie do Parku Miejskiego. Zapomnieliśmy tylko o Śmigusie Dyngusie. Na głównej ulicy w Łodzi, Piotrkowskiej, mieści się siedziba Straży Pożarnej. Siedział tam sobie spokojnie strażak, trzymał w ręku wąż strażacki i polewał wodą wszystkich przechodniów. Swoim zasięgiem obejmował całą szerokość ulicy. Na szczęście do nas tylko uśmiechnął się.
W tramwaju zaatakowała pasażerów młodzieżowa grupa polewaczy. Długo zastanawiali się, czy uraczyć kąpielą także nas. Na szczęście, przy pomocy słownej perswazji, odwiodłem ich od tego zgubnego dla nas zamiaru. Długo z nimi dyskutowałem używając argumentów, że w ich imieniu bronie ojczyzny, walczę z wrogiem itp. Udało się, przekonałem ich, odstąpili.
Do tego stopnia uwierzyliśmy, że nic nam nie grozi, że gdy wracaliśmy tramwajem do jednostki, nie zauważyliśmy czającej się na przystanku, IMGP, czyli Innej Młodzieżowej Grupy Polewaczy. Młodzi sympatycy strażaków byli szybsi i kosztowało mnie to przemoczony mundur. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że za godzinę musiałem pójść na wartę i to jak na złość w mundurze. Tylko tyle wspomnień zostało mi ze świąt wielkanocnych w Wojskowej Akademii Medycznej.
173 dzień
Smutno mi w tym wojsku. Dni przemijają, a człowiek nijak nie staje się lepszym. .
..i tylko czasem, gdy wzrok podniesiesz ku górze, niebo wyda ci się tak znane, księżyc będzie znajomy, a gwiazdy tak bliskie. Wyobrażasz sobie wtedy, że ziemia jest jak dawniej piękna, że światem rządzi miłość. lecz to wszystko, to złudzenie. Opuszczasz wzrok i twoje oczy widzą jedynie płonącą pacyfę.
O, Panie! Spraw bym miał tyle sił, by któregoś dnia, gdy znowu stanę się wolnym człowiekiem, żył tak, by nie stracić żadnego dnia, by nie zmarnować żadnej godziny, aby ostatniego dnia nie płonąc ze wstydu za lata przeżyte bez celu…
175 dzień
„Dino”, czyli Janusz Diks został strażakiem.
Ubyła więc nam kolejna zdrowa dusza gotowa biegać z karabinem na wartę. Ciekawa sprawa, również na tę funkcję liczyłem, ale tradycyjnie się przeliczyłem.
Nie miałem szczęścia w tym wojsku. Dino przestał więc chodzić na warty, ale na szczęście sytuacja na tym froncie stawała się coraz znośniejsza. Odeszły w przeszłość czasy, gdy w nocy zamiast spać, czyściliśmy cegłą kible. Już nikt nas nie gnębił w nocy. Obowiązywała jedynie starszyzna fali tzn. na wartowni stały tylko zgodnie z regulaminem cztery łóżka, a chętnych do spania było zawsze więcej. Spali więc starzy, a młodzi musieli szukać innych miejsc nadających się do kimania. Na szczęście mieliśmy już doświadczenie w tej dziedzinie. Spaliśmy więc na podłogach, stołach, krzesłach, płaszczach, kożuchach i gdzie się tylko dało ułożyć. Zupełnie jak na wojnie. Zmęczenie było tak wielkie, że w ogóle nie istniał problem miejsc do spania, byleby tylko było wolno.
Do młodych należała również w całości zmiana czuwająca. Rozwiązaliśmy ten problem w ten sposób, że dzieliliśmy dwie godziny na tyle części, ilu nas było i każdy odsypiał tyle, ile mu się należało. Jeszcze później opracowaliśmy metodę polegającą na wykorzystywaniu w roli budzika wartownika stojącego na bramie. Był nim prawie zawsze ktoś z nas, więc nie było problemu w nawiązaniu współpracy. Wszyscy na wartowni szli spać, a w odpowiednim czasie wartownik z głównego posterunku wychodził na ulicę, okrążał jednostkę, podchodził do okna wartowni i cichym stukaniem karabinu budził zmienników. Oczywiście zdarzało się, że system zawodził, bo np. wartownikowi też zachciało się spać i zapomniał „zadzwonić”. Generalnie metoda była dobra, tylko ludzie zawodzili. Gwarancja jej wynosiła jednak prawie 100 % gdyż można było być pewnym, że stojący na dworze koledzy zrobią wszystko, aby wyciągnąć z wartowni swoich zmienników. W najgorszym razie obudzą oficera.
Kiedy zdarzało się „spóźnienie” dla niepoznaki przestawiało się wskazówki zegara na wartowni o kilka minut do tyłu i udawało, że nic się nie zdarzyło. Co bardziej bezczelni poganiali jeszcze tych, co spali do żywszego zbierania się. Pewnego razu „czuwający” wartownicy zaspali na wartowni dwie godziny, czyli jedna całą zmianę. Okazało się, że na posterunku nikt nie protestował, bo wszyscy też spali, każdy w swoim miejscu. Tak było.
180 dzień
Pora na kilka słów o naszych dowódcach.
Najważniejszą osobą na kompanii jest formalnie dowódca tejże kompanii, ale często bywa tak, że pierwsze skrzypce w tej orkiestrze grywa szef. Podobnie było u nas. Naszym szefem był chorąży Zdzisław Mazur, zwany powszechnie Sucharkiem, z powodu posiadania zniszczonych przez papierosy i alkohol płuc. Formalnie odpowiedzialny był za sprawy zaopatrzeniowe tzn. za mundury żołnierzy, ich sprzęt, żołd itp., ale w praktyce sprawował główną władzę wśród żołnierzy. Z jego zdaniem często musiał liczyć się nawet dowódca. W końcu u trepów istniało również coś na wzór fali żołnierskiej.
Nie było może jaskrawych przegięć, jak u nas, ale przecież każdy z nas widział, że jeśli trzeba było wysłać gdzieś jakiegoś zawodowego oficera, to posyłano młodego, czyli plutonowego lub sierżanta. A służby w święta? Tu także przy ustalaniu służby działała fala i w Boże Narodzenie w jednostce „pracowali” sami sierżanci i podporucznicy. Oczywiście nikt z chłopaków nie litował się nad nimi.
Dla nas trep nie różnił się od trepa. A tak dokładnie to plutonowy był jeszcze większym trepem, bo zamiast grzecznie wrócić do domu, po odbyciu służby, decyduje się zostać w wojsku. Cóż za ideologia!
Ale wracajmy do naszego Sucharka. Nie lubiłem go specjalnie (żadnego z nich nie lubiłem), bo przede wszystkim nie podobał mi się jego stosunek do młodych żołnierzy. Stało się dla nas szybko jasnym, że szef preferuje stare wojsko. Ich wybryki potrafił tolerować, podczas gdy młodych wysyłał zawsze do najcięższej pracy. Starych często puszczał do domu, a młodych równie często karał. Przymykał oczy na ściganie młodych przez starych i dodatkowo karał za skarżenie się. Nie pozostało nam nic innego, jak tylko doczekać wieku, że będziemy odpowiednimi partnerami dla szefa. Później, rzeczywiście, stosunek szefa do nas diametralnie się zmienił, jakby chciał zostawić po sobie, w naszej pamięci, jak najlepsze wrażenie. Udało mu się nabrać na ten numer prawie wszystkich moich kolegów; mnie jednak nie przekupił. Nie mogłem mu zapomnieć jego stosunku do mnie i moich kolegów w przeszłości.
Kapitan Wojciech Smusz był zupełnie inną postacią. Prawie bym go polubił, gdyby nie to, że jednak był oficerem. Smusz był oficerem, który pojawił się w naszej jednostce jakby dla odpoczynku, mając za sobą staż w prawdziwej liniowej jednostce, gdzie zetknął się z poligonami, manewrami i innymi atrybutami prawdziwego wojska. Ja i moi towarzysze broni mieliśmy okazję poznać go najwcześniej. Dwa tygodnie przed przysięgą został wyznaczony naszym opiekunem. Dał się poznać, jako człowiek bardzo konkretny. W ciągu kilku dni zdołał załatwić nam wiele spraw, na które czekaliśmy od miesiąca. On, w przeciwieństwie do szefa, starał się traktować wszystkich żołnierzy równo, bez względu na ilość DDC. Można powiedzieć nawet, że jego działania były nacechowane troską i opieką nad młodymi żołnierzami, dlatego właśnie trochę go nawet lubiłem. Młodzi żołnierze z początku trzymali się pod skrzydłami dowódcy kompanii, a potem, gdy stali wyżej w hierarchii falowej, stopniowo kierowali się w stronę szefa, który, jak już mówiłem, był bardzo liberalny dla starego wojska. Ja od początku nie skłaniałem się w żadną stronę. Obaj byli dla mnie wyłącznie trepami.
Był też porucznik Maciej Skłodowski, który był chamski i wulgarny i którego wszyscy panicznie się baliśmy, a szczególnie Mirek Reschke („jak ci zaraz przypierdolę między oczy, to. ci się rozjaśni…”)
Na szczególną uwagę zasługuje jednak facet, którego znałem bardzo krótko, z powodu mojego pobytu w Unieściu: przełożony naszych dowódców – major Kić.
Nie urzędował on – na szczęście – w naszej jednostce, a jedynie pojawiał się w niej przy okazji kontroli (częstych). To był bardzo wredny i mściwy człowiek. Kiedy był pijany (często), stawał się postrachem wszystkich żołnierzy. Dobrze, jeżeli wizyta u niego kończyła się na chamskich wyzwiskach. Pałał taką nienawiścią do żołnierzy i chęcią przyłapania ich na jakimś wykroczeniu, że potrafił pojawić się w naszej kompanii nawet w Sylwestra o godzinie 23.55. Poświęcił własną zabawę, aby tylko skontrolować stan kompanii. Żeby było śmieszniej, chłopakom, którzy tego dnia odpowiadali za kompanię, udało się ukryć fakt nieobecności kilku osób na kompanii.
Kiedy dzwonił do nas ze swojej siedziby, trzeba było stanąć niemal na baczność przed telefonem i recytować okolicznościową formułkę. Koledzy z centrali telefonicznej czasami dorywali się do naszej linii i przedstawiali się, jako „major Kić”. Te zabawy były bardzo głupie i zazwyczaj kończyły się w ten sam sposób: dzwonił prawdziwy major Kić i słyszał w słuchawce spokojny głos dyżurnego kompanii:
- „Dzwoń sobie gdzie indziej palancie”.
Afery były straszne, ale nasi dowódcy, a zwłaszcza szef kompanii, szanowali starych żołnierzy i łagodzili takie sprawy stwierdzeniem w rodzaju:,
- Kto odbierał telefon, panie majorze? Zaprucki? A, tak, ten to jest pierdolnięty, więc mógł tak powiedzieć.”
I było po sprawie. Do czasu następnej.
181 dzień
Bardzo poprawiły się nam dziś humory. W tych dniach odbyły się w całym kraju pobory wiosenne do armii. Wcielono kolejne rzesze młodych ludzi do wojennej machiny. Oznaczało to, że przestaliśmy być najmłodszymi żołnierzami w Armii Polskiej. Miło jest uświadomić sobie, że przeszło się już tyle i że są ludzie, którzy mają przed sobą dłuższą wędrówkę i dłuższe odliczanie niż my. W praktyce niczego to nie zmieniło w naszej codziennej sytuacji, gdyż w naszej jednostce na razie młode wojsko nie pojawiło się. Całe sprzątanie i większość prac nadal leżała na naszych barkach, jako najmłodszych stażem w jednostce.
182 dzień
Pojawił się w jednostce pies. Właściwie suka. Przyszła bezdomna i od razu tak bardzo zaprzyjaźniła się z nami, że nazywaliśmy ją suczką wartowniczką. Całymi dniami i nocami przebywała z wartownikami na posterunkach i szczekała na wszystkich obcych, czyli na trepów. Potrafiła nawet obszczekać komendanta jednostki. Chłopcy przynosili jej z kuchni żarcie, więc przez kilkanaście dni udawało się nam utrzymać ją przy życiu. Niestety, zbyt zajadle atakowała trepów, zwłaszcza komendanta i ten ostatni wydał jakiemuś sierżantowi rozkaz usunięcia psa z jednostki. Ten, jak na sierżanta przystało, wybrał najmniejszą linię oporu i zastrzelił nieszczęsną sukę. Ot, los bezdomnego psa.
184 dzień
Zeszmaciłem się dziś. Miałem wolnym dzień, więc postanowiłem pójść do Kościoła. Niestety, zamiast modlitwy było pijaństwo. Odurzyła mnie i paru kolegów atmosfera Wolnego Miasta Łodzi i poszliśmy na piwo. Potem wypadki potoczyły się lawinowo. Odbywaliśmy wędrówkę szlakiem łódzkich restauracji. Było wino, piwo, wódka, szampan i ciężka głowa.
W jednej knajpie spotkaliśmy Mariusza Sicińskiego „Sienka”. Kupowaliśmy w nocy w jakiejś paskudnej łódzkiej melinie wino, a pani „ekspedientka” rzekła nam, że „wojsku to raczej nie wypada pić” W odpowiedzi popłynęła żałosna, na pół szczera, na pół zmyślona, opowieść Sienka:
- Proszę pani, a cóż nam więcej zostało? Kiedy zabrano nas siłą do MON-u mieliśmy domy, kochające dziewczyny i kilka osób, które nazywały siebie naszymi przyjaciółmi. A dziś? Dziś nie ma już nic, oprócz odrobiny żalu. Żalu chyba do tylko do siebie. Więc dlaczego pani mówi nam, że nie powinniśmy pić. Może ludzie nie powinni, ale my jesteśmy tylko żołnierzami.”
Bardzo utkwił mi w głowie ten monolog i myślę, że nie był to jedynie pijacki bełkot. A ja? Cóż miałem tylko ból serca, prawie tak silny, jak ból głowy.

185 dzień
Wkurza mnie nieustannie jeden gość z centrali telefonicznej. To taki facet, który cale wojsko spędził łącząc rozmowy telefoniczne. Kiedy tylko miałem jakąś służbę z telefonem, on nieustannie włączał się na moją linię i pytał ile zostało staremu DDC? Ja odpowiadałem mu, że dokładnie się nie orientuję, ale słyszałem, że chyba coś około 500! Wciekał się niesamowicie. Odkładałem słuchawkę i przynajmniej przez dziesięć minut nie odbierałem telefonu, bo wiedziałem, ze to on dzwoni. Nie mógł sobie ze mną poradzić, więc któregoś dnia przyszedł na kompanię do swoich kolegów z fali i poskarżył się na mnie. Wezwał mnie Andrzej Michalewicz, postawił przed nim i mówi tak:
- Słuchaj, ty powinieneś się go słuchać, bo to przecież twój dziadek”.
Zrobiłem dobrze udawane zdziwienie i mówię:
- Zobacz – Andrzej – a rodzice ciągle mnie oszukiwali mówiąc, że dziadek zmarł w 71 na raka.
Po kilku dniach sfrustrowany telepajęczarz podjął ostateczną próbę. Złapał mnie w jadalni i zaczął straszyć. Powiedziałem mu, że nie będę z nim dyskutował, bo jest ode mnie dwa lata młodszy i w dodatku mniej inteligentny. Miałem go z głowy. Z czasem zaczął mi nawet mówić cześć.
187 dzień
Znacznie gorzej szło mi niestety z Andrzejem Śmietaną.
To był facet, który psuł najwięcej krwi w wojsku. Wszystkim wokoło opowiadał, że mieszka w Gdańsku, choć naprawdę mieszkał w pewnej wiosce oddalonej od mojego miasta o prawie 100 kilometrów. Była to zresztą tendencja bardzo ogólna. Prawie każdy objawiał jakiś kompleks niższości, z powodu tego, że mieszka na wsi i dlatego zawsze przypisywał się do jakiegoś większego miasta. Pomimo, że spora część ludzi pochodziła z okolic Gdańska, to wszyscy bardzo dziwili się, że ja mieszkam w samym mieście.
Wracając do Śmietany, to był jeden z niewielu naszych dziadków, którzy za wszelką cenę chcieli odpokutować na nas swoje doznanie uprzednio krzywdy. Większość naszych starych to byli ludzie inteligentni i wystarczyło im, że ktoś „młodszy” przejął po nich obowiązek sprzątania. Nic więcej ich nie interesowało. Inaczej Śmietana. Podpadłem mu kiedyś. Postawiłem się ostro. Chociaż nie, to nie było ostro. Po prostu starałem się z nim dyskutować na temat sensu takiego znęcania się, ale cóż, trafiałem tylko na zakuty łeb, który odpowiadał mi, że nadal nie przysługuje mi dyskusja z dziadkiem. Oszołom. Załatwiał sobie u pisarza służbę na Biurze Przepustek, zamiast warty, i nieustannie ściągał mnie do siebie do sprzątania. Znałem każdy centymetr kwadratowy tej części koszar. Ale mimo to, nie dałem mu poznać po sobie uległości. Wszystkie prace wykonywałem z głupim uśmiechem na twarzy, przynajmniej wtedy, gdy mnie widział i ciągle starałem się przeprowadzić na jego osobie wywód psychologiczny. Tłumaczyłem mu, że to, co robi, jest bez sensu i szkodzi właściwie tylko jemu, gdyż mnie to wszystko nie rusza. Dowodziłem mu, że przecież wróci do cywila, a tam nikogo nie będą obchodziły jego umiejętności ścigania młodych i w ogóle, że przecież i tak nikt go nie kocha. Efekt tych wszystkich rozmów był przeważnie taki, że dostawałem kolejne zadania do wykonania w tym nieszczęsnym Biurze Przepustek. Był tak głupi i chamski w swoim myśleniu, że potrafił nawet rozrzucić po sali sprzątnięte już przeze mnie śmieci. Jednym słowem: buc.
Później starałem się unikać tej pracy jak tylko mogłem, a niektórzy porządni oficerowie znając nasze przywiązanie do siebie wysyłali do sprzątania Biura kogoś innego. Jeszcze później, po naszej sławetnej rewolucji, rozwiązaliśmy ten problem jeszcze inaczej: on pastwił się nade mną regulaminowo, wykorzystując swoją zależność służbową wobec mnie, więc postanowiłem zastosować podobną metodę. Przeczytałem regulamin Służby Wartowniczej i znalazłem paragraf mówiący o tym, że żołnierz, który ma pełnić służbę wartowniczą musi mieć zagwarantowaną odpowiednią ilość odpoczynku. A ponieważ ludzi do pełnienia warty zawsze brakowało, to mój argument o tym, że sprzątanie musi się zakończyć o określonej godzinie, zwykle było skutecznej. Kilka razy zostawiłem Andrzeja Śmietanę z niezakończonym sprzątaniem i mimo jego głośnych protestów, wracałem na kompanię, aby dobrze się wyspać przed wartą i w końcu przeszła mu ochota na znęcanie się.
Całkowicie problem rozwiązał się po przejęciu przeze mnie kawiarenki. To Śmietana przychodził do mnie w łaski na kawę. A ja wtedy odwdzięczałem mu się głośnym
- Ze śmietanką Andrzej, ze śmietanką?
190 dzień
Jednym z wielu obowiązków wartownika pełniącego służbę na posterunku jest czujne strzeżenie powierzonego mu mienia bez możliwości opuszczenia tegoż posterunku. Na którejś z kolejnych wart w budynku sztabu nasz kumpel Przemek Gębusia miał poważny dylemat: jego organizm gwałtownie zaczął domagać się spełnienia jego fizjologicznej potrzeby. Czasu do końca warty było jeszcze sporo, więc Przemek postanowił skorzystać ze służbowego, oczywiście pustego o tej porze dnia, kibelka oficera. Gdy do niego wchodził, nie mógł przeczuwać niebezpieczeństwa. Było ciemno i cicho jak na godzinę druga w nocy przystało. Jednak pod koniec wypróżniania swoich wnętrzności, w otwartych drzwiach ubikacji stanął…. oficer dyżurny. Gębusia został przyłapany na gorącym, albo raczej na śmierdzącym uczynku. Nie zdążył nawet podciągnąć spodni. Na szczęście oficer był tego dnia pogodnie nastawiony i puścił płazem Przemkowi to przewinienie. Może przekonało go do takiej decyzji twierdzenie naszego kolegi, że pomimo wykonywania tak absorbującej czynności jak sranie, nadal zachowywał absolutną czujność.
200 dzień
Młode wojsko, – jakim niewątpliwie stale byliśmy – przez pierwsze miesiące służby pozbawione jest wszelkich możliwych praw od wieków już zagwarantowanych cywilizowanym ludziom. A więc odpoczynek po pracy, spanie, oglądanie telewizji, spacery po mieście i cała, szeroko zrozumiana, wolność osobista przeznaczona jest wyłącznie dla starych żołnierzy. Dopiero po upływie około pół roku dziadkowie zezwalają swoim młodym na pewne przywileje, z których dotychczas korzystali tylko oni. Jest to szczególny dzień w obyczajowości kompanijnej. Wieczorem, w niezmąconym spokoju, podczas służby „niewnikającego”, (czyli takiego, który przekupiony piwem, i zestawem dwóch, trzech videokaset, z dołączonym do tego odtwarzaczem, nie będzie podejmował żadnych prób opuszczenia pokoju oficera dyżurnego, za wyjątkiem wyjścia do toalety, a i to dopiero po jasnej i oczywistej deklaracji) oficera dyżurnego, zbiera się cała zainteresowana brać, aby odbyć ceremoniał obcinki. Powodzenie zabawy leży z jednej strony w dowcipnym sformułowaniu pisemnego podania do starych w stylu:
Ja kot szarobury Z kitą zadartą do góry, na wysokość pałacu kultury,
szybki jak motor Forda, miły jak buldoga morda,
proszę o wyrażenie zgody na moje życie falowe.
a także od ilości zakupionego uprzednio alkoholu. Potem zostaje już tylko wymierzenie razów wojskowymi pasami po tyłku kandydata na starego żołnierza. A wszystko po to, aby „przetrącić wstrętnemu kociarstwu wzdęte kity”.
Nie mogę opisać dokładniej tej ceremonii, ponieważ na skutek mojej niesubordynacji, kilku starych (Śmietana?) nie zezwoliło na moją obcinkę. W ich mniemaniu miałem do końca życia pozostać „stalowym kotem”. Straszne, prawda?
Jako „nieobcięty” nie miałem prawa w przyszłości ścigać swoich młodych. Od tej pory moi koledzy mogli nosić buty z opinaczami zapiętymi na drugą dziurkę, ja musiałem cały czas chodzić ściśnięty do bólu. Nie przejmowałem się tym. Kiedy przyszedłem do wojska, postanowiłem sobie, że nie będę brał udziału w tych wszystkich zewnętrznych formach. Buty maksymalnie dociśnięte nosiłem jeszcze bardzo długo, nawet wtedy, gdy nie było już nikogo, kto mógłby to skontrolować. Dopiero parę tygodni przed wyjściem do cywila popuściłem opinacze, gdyż stwierdziłem, że tak jest, po prostu, estetyczniej.
209 dzień
Dotarła do nas wiadomość o tragicznym wypadku, jaki miał miejsce w Zgierzu. Jeden z tamtejszych chłopców tak bardzo czuł się prześladowany przez starszych kolegów, że podczas służby wartowniczej ustawił pod ścianą kilku swoich najbardziej znienawidzonych kolegów i w chwilę potem zastrzelił ich.
To był ogromny szok. Już następnego dnia we wszystkich jednostkach – także w naszej – przeprowadzono specjalne akcje profilaktyczne. Wszyscy trepi zrobili się dla nas tacy mili, tacy ojcowscy, że niektórzy chcieli się od razu dać adoptować. Niestety, ta obłuda trwała tylko kilka dni. Potem wszyscy zapomnieli. W naszej braci wartowniczej sytuacja była trochę inna. Skłamałbym gdybym powiedział, że panowała wśród nas chrześcijańska miłość (Gramann – Śmietana). Jednak istniało pewnego rodzaju powiązanie, które wywiązało się od momentu wyjścia do cywila najstarszego rocznika, a opierało się na dziesiątkach godzin spędzonych wspólnie na posterunkach. My przebywaliśmy ze sobą tak często i tak długo, że siłą rzeczy musieliśmy zacząć traktować się jak kumple, a nie jak żołnierze zależni od siebie w hierarchii młodzi – starzy. Myślę, że mogę zaryzykować twierdzenie, iż istniała między nami zależność jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Wspólne rozmowy na warcie, wspólne mecze piłkarskie, wspólne picie wódki i wspólne wiejskie zabawy musiały nas zintegrować.
210 dzień
Piotrek Łącki wyzwolił się z jarzma warty i otrzymał cieplutką posadę zastępcy pomocnika szefa.
Przyuczał się do fachu gaciowego, aby w chwili odejścia do cywila Jarka Cichonia przejąć jego obowiązki. Trzeba jednak koniecznie powiedzieć, że Piotrkowi nie uderzyła do głowy woda sodowa i do końca służby zawsze i o każdej porze służył nam swoją pomocą. Dobry był z niego chłop (mam nadzieję, że nadal jest).
Kiedy pojawił się w wojsku, miał za sobą maturę w Technikum Leśnym, kilka pielgrzymek do Częstochowy. Nie palił i nie pił. Pod koniec wojska zaczął świrować. Pokazywał wszystkim, jaki z niego chojrak. Brał się za wódkę, za papierosy. Szło mu to bardzo niezręcznie. Tłumaczyłem mu wtedy, żeby się nie wygłupiał, bo to nie przystoi do jego wizerunku. I że porządnym chłopem jest bez tych wygłupów. Mam nadzieję, że przyhamował w cywilu te ciągoty.
212 dzień
Szef zrobił rewizję na kompanii. Zdenerwował go nieporządek w czyimś pokoju i postanowił przewrócić do góry nogami wszystkie. Zrobił to niemal dosłownie. W naszym pokoju panował względny porządek, ale za to w szafkach był istny horror. Kiedy po otwarciu mojej i Tomka Makowieckiego wypadły dwie, przyniesione ze śniadania, bulki z boczkiem, szef wpadł w szał. Prawie wszyscy żołnierze na kompanii (łącznie oczywiście z nami) otrzymali ZOMZ, czyli zakaz opuszczania miejsca zakwaterowania. Taki rodzaj internowania. Do odwołania. W praktyce kara dotyczyła tylko młodych żołnierzy, bo starzy i tak wychodzili na miasto bez przepustek, w cywilnych ubraniach.
215 dzień
Wyposażono nas w nowe mora, czyli codzienne ubranie żołnierza. Mają bardzo śmieszne, monstrualnie szerokie spodnie i co budzi u nas zgrozę, szlufki na pasy. Szlufki te, ktoś zaprojektował tak nienaturalnie wysoko, że po założeniu pasa wyglądało się superkomicznie. Co gorsza, nasi starzy otrzymali kolejną możliwość zewnętrznego odróżniania się od kociarstwa. My mieliśmy nakaz noszenia pasów w szlufkach, a oni nie. Trepi początkowo próbowali zmuszać wszystkich do przestrzegania tego nowego przepisu, ale ponieważ sami nie kwapili się do wkładania pasów w szlufki, innych też po pewnym czasie przestali zmuszać.
217 dzień
Mam już za sobą czterdzieści wart. Pokaźna ilość. Już chyba wiem wszystko. Gdzie się chować i – co najważniejsze – jak? Wiem już jak spędzać służby, żeby czas szybciej mijał. Ulubionym moim zajęciem było obserwowanie ludzi w swoich domach, przechodniów na ulicy, słowem przypatrywanie się normalnemu światu.
220 dzień
Kolejna panika. W naszej jednostce spodziewają się wizyty jakiegoś gościa z innego kraju. Atasze czy jakoś tak go nazywali.
Ustalono ponad wszelką wątpliwość, że chcąc odwiedzić dowódcę, będzie szedł tym a tym, konkretnym, chodnikiem. A chodnik ten, jak na złość, porośnięty był trawą i innym parszywym zielskiem. No i zaczęło się. Wraz z kilkoma innymi kolesiami, na kolanach wyrywaliśmy przez prawie cały dzień te niczemu winne roślinki. Uprzyjemniałem sobie i innym czas rozmową z nadzorującym nas osobiście trepem w stylu:
- Panie majorze, a co będzie jak ten gość pójdzie innym chodnikiem? Nasi dowódcy siłą wciągną go na ten właściwy?
- Ty, Gramann, nie mędrkuj, tylko się módl, żeby temu facetowi nie zachciało się spacerów.
Attache przyjechał. Spędził u nas całe 7 minut. Nawet nie zdążył wyjść z samochodu.
222 dzień
Są!!! Jest!!! Przybyli!!! Koty. Nasze!!! Co za ulga. Od razu środek ciężkości zainteresowania przesunął się z nas na tych biednych, zastraszonych chłopców z okolic Łodzi. Nowe, silne dłonie do pracy. Przepełniała nas wielka radość. Oni mają zero na starcie, my już prawie osiem miesięcy na liczniku. Życie jest brutalne i nie znosi sentymentów. Zwłaszcza życie wojskowe.
225 dzień
Zaczęły się piłkarskie mistrzostwa świata. Odbywają się one, co cztery lata i są prawdziwym świętem dla kibiców. Ja jestem kibicem, więc miałem niewątpliwie pecha, że trafiłem na nie właśnie w wojsku. Wykluczałem możliwość nieobejrzenia transmisji telewizyjnych, należało, więc pogłówkować, co zrobić, aby je obejrzeć.
W czasie pobytu na kompanii udało mi się wkręcać do świetlicy, choć oficjalnie nie wolno nam było oglądać telewizji. Bałem się tylko, że w tym czasie stare wojsko będzie chciało oglądać jakieś głupie filmy video. Na szczęście wśród kaprali było tak wielu kibiców, że nie było z tym problemów.
Podobnie było na wartowni, tam również był telewizor i tam także przez miesiąc królowała piłka nożna. Problem polegał na tym, że co jakiś czas wypadało pójść na posterunek. Ułożyłem, więc sobie w oparciu o terminarz meczów plan godzinny wart i poszedłem do pisarza (Marek Penk). Przez miesiąc odbywałem warty na najtrudniejszych posterunkach tylko po to, aby godziny transmisji meczów pokrywały się z godzinami mojego odpoczynku, między pełnieniem warty. Kilka razy jednak nic nie dało się już nic zrobić i musiałem w czasie meczu wychodzić na posterunek. Zawsze miałem jednak szczęście i udawało mi się zerkać przez okno w malutki telewizorek oficera dyżurnego. Czułem się jak dziewczynka z zapałkami, stojąca na ulicy i tęsknie zerkająca przez szybę okna do lepszego świata.
Jeden z oficerów był chyba też wielkim fanem futbolu, bo gdy zobaczył mnie zerkającego ukradkiem w okno, zaproponował przesunięcie telewizora bliżej okna, co zresztą uczynił, za chwilę spytał jeszcze czy dobrze słyszę i pogłośnił telewizor. Tak, więc udało mi się, jako tako obejrzeć piłkarskie mistrzostwa we Włoszech.
234 dzień
Znaleźliśmy sobie kolejne dobre miejsce do spania na warcie. Na terenie naszej jednostki prowadzona była od wielu miesięcy budowa nowej stołówki i w nocy pozostawał na terenie tej budowy jeden chłopaczek, który robił tam za stróża. Nazywaliśmy go BIBOL. Bibol spędzał noce w takim specjalnym barakowozie, jakich pełno na budowach. Taki wóz Drzymały. Właśnie tam schodzili się w nocy wartownicy ze wszystkich posterunków. Miejsce było należycie zabezpieczone, gdyż posiadało łączność telefoniczną z Biurem Przepustek i w chwilę po wyjściu z dyżurki oficera w barakowozie dzwonił telefon alarmowy. Dobre to było miejsce. Najlepsze jak do tej pory, ale gorsze od tego, które znaleźliśmy sobie później, czyli łóżka we własnym pokoju.
235 dzień
Dostaliśmy dziś żołd. Wybrałem się z tej okazji z Tomkiem Makowieckim do miasta na spacer. Złamaliśmy wojskowe regulaminy jedząc na ulicy lody, spacerowaliśmy, podrywaliśmy zapatrzone w piękno naszych mundurów (bo niby w co innego?) panienki. Tomek był w bardzo dobrym humorze, ponieważ przez kilkoma dniami, po kilku wcześniejszych dniach, dowiedział się od swojej dziewczyny, że jednak nie będzie ojcem. Przede wszystkim zajmowaliśmy sobie czas kupowaniem kaset magnetofonowych. Wpadliśmy w taki szał, że koniec końców wydaliśmy na kasety cały otrzymany rano żołd. Tomek miał bogatszych rodziców, więc jego sytuacja nie była taka trudna, ale ja miałem ciężki miesiąc do przeżycia.
Śmieszna sprawa z tym żołdem. Było akurat jakieś święto w poniedziałek, więc szef wypłacił nam pieniądze jeszcze w piątek. Odbyło się jedno wielkie pijaństwo kompanijne i stało się tak, że miesiąc się jeszcze nie zaczął, a żołnierze nie mieli już pieniędzy. Nasza sytuacja na kompanii zaczynała ulegać zmianie. Zaczynaliśmy dojrzewać do wielkiej rewolucji.
ROZDZIAŁ 6: Wielka rewolucja…
240 dzień
Doszliśmy do wniosku z chłopakami z naszej fali, że osiem miesięcy robienia za niewolników zupełnie wystarczy i pora się stanowczo przeciwstawić naszym starym, którzy nadal wykorzystywali nas do wszystkich prac na kompanii. Jawnie lekceważyli to, że jesteśmy już w wojsku ponad osiem miesięcy i że nasza DDC ma już od dawna dwójkę z przodu, i nie kwapili z przekazywaniem prac młodszym od nas żołnierzom. Postanowiliśmy zbuntować się takiemu stanowi rzeczy.
Naszą rewolucję trudno jednak było wcielić w życie. Każdy z nas bał się jednak zrobić pierwszy krok i oczywiście to ja musiałem zrobić ten pierwszy krok. Rozwiązanie przyszło jak zwykle spontanicznie. Przyszedł do mojego pokoju po mnie i Tomka Makowieckiego jeden z dziadków, abyśmy mu pozamiatali pokój. W odpowiedzi usłyszał najpierw z moich ust, potem mojego kolegi serdeczne „spierdalaj”. Facet stanął jak osłupiały i z niedowierzaniem jeszcze parę razy zapytał czy nie przyjdziemy mu posprzątać pokoju. Odpowiedź za każdym razem nie była dla niego satysfakcjonująca. Podobnie postąpili w tym samym czasie koledzy z innych pokojów i w ten sposób zaczęła się właśnie Wielka Rewolucja.
Przez cały wieczór przychodzili do naszych pokoi starzy, a myśmy przyjmowali ich leżąc beztrosko na łóżkach i mając ich wszystkich głęboko w dupach. Straszyli nas i odgrażali się, ale okazało się, że byli już całkowicie bezsilni. Należało jeszcze tylko uporządkować sprawę regulaminowego ścigania. Tutaj także ja dałem przykład, oczywiście w walce z Andrzejem Śmietaną. Wieść o naszej rewolucji wyzwoliła w nim jeszcze większą nienawiść do mnie i chęć zatrzymania mnie przy sprzątaniu Biura Przepustek bodaj całą noc. Ale o godzinie 21.20 grzecznie meldowałem mu, że kończę pracę, ponieważ jutro musze iść na wartę i regulamin nakazuje mi należycie się wyspać. On straszył mnie oficerem, ale ja z kolei proponowałem mu, aby spytał oficera dyżurnego, kogo jutro wyśle na wartę, jeżeli ja odmówię pójścia z powodu nieprzespanej nocy. Wściekał się okropnie, ale był bezsilny. Kiedy wkurzał mnie najbardziej, to zostawiałem mu wszystkie śmieci pod krzesłem i szedłem na kompanię.
Jeszcze później dopracowaliśmy nasz plan w ten sposób, że tuż po skończonej służbie lub warcie wychodziliśmy szybciutko na przepustki, sami wpisując się do książki wyjścia, aby nikt nie mógł nas zatrzymać i wracaliśmy na kompanię o ostatecznej regulaminowej porze, czyli 20.59. Po przebraniu szliśmy oczywiście „za karę” do sprzątania, ale ku rozczarowaniu dziadków, kończyło się ono zawsze przed 21.30, czyli przed capstrzykiem. W praktyce oznaczało to tylko pozamiatanie Biura Przepustek i innych pomieszczeń. Wywalczyliśmy sobie silną pozycję.
255 dzień
Radek Siatkowski.
Bardzo ciekawa postać. Jeden z paczki szczecińskiej. Trudny do zdefiniowania. Złodziej czy dobry kumpel? Mafioso czy wesoły chłopaczek? Gangster czy facet, który wszystkim pomaga? Nie wiem. Radek był w wojsku pół roku więcej niż ja i świetnie sobie w nim radził. Można powiedzieć, że urządził się przyzwoicie. Pierwsze jego dni w wojsku wykorzystał na poszukiwanie odpowiedniego dla siebie samochodu, z którego mógłby korzystać o każdej porze dnia i nocy. Jego wybór padł na wyrób japoński. Ukradł jakąś toyotę i podobno do końca wojska tzn. do czasu aresztowania, policja nie mogła odnaleźć tego skradzionego samochodu, a Radek parkował go na jednym z podwórek, niedaleko jednostki. Codziennym jego zajęciem było jednak okradanie samochodów. W jego pokoju wojskowym mieścił się prawdziwy magazyn paserski. Było tam wszystko: od nowoczesnych magnetofonów samochodowych, przez kasety, aż po zapasowe koła samochodowe. Szok. Wszystko to trzymał pod swoim łóżkiem. Siatkowski był więc klasycznym złodziejem, do tego złodziejem samochodów. Mimo to był niesamowicie lojalny wobec innych żołnierzy. W mieście był złodziejem, ale na kompanii było oczywiste, że on nikomu niczego nie ukradnie. Wręcz przeciwnie, kiedy miał humor, rozdawał wszystkim różne podarki, częstował wódką i był najlepszym kumplem. Miał niesamowicie rozwinięty zmysł handlowca. Podobno leżał kiedyś w łóżku z jakąś panienką i zauważył stojące obok łóżka jakieś worki z podpaskami. Od razu padło pytanie: „Ile za to chcesz?” i „Kurcze, za ile to się da opchnąć”. Radek był przy tym szalenie miłym chłopczykiem. Takim, który w zasadzie nikomu krzywdy nie zrobi. Skończył jednak marnie. Zaczął coraz więcej pić i przestał się z czasem kontrolować. Któregoś dnia skradł z jakiegoś samochodu pistolet gazowy i wieczorem po pijanemu zaczął odstawiać Bonanzę. Krzywdy nikomu nie zrobił, ale oficer dyżurny musiał jakoś zareagować na strzały na kompanii. Przyjechała Żandarmeria Wojskowa i w kajdankach wyprowadziła Radka z jednostki. Nie wiem jak to się stało, ale to nie był jeszcze koniec jego kariery w WAM-ie. Stało się tak, że żandarmeria nie mogła chyba znaleźć wyjątkowo mocnych argumentów, żeby go wsadzić, mimo znalezienia podczas rewizji w jego pokoju tylu ciekawych akcesoriów samochodowych. Radek wrócił na kompanię i mimo takiej przeszłości (dochodzenie prokuratorskie, strzelanie na kompanii) zaczął chodzić z nami na służby. Było w tym okresie tak mało ludzi do służb i wart, że szukano wszystkich nadających się, jako tako. Siatkowski też poszedł, tylko, że bez broni. Nie trwało to jednak długo. Kiedy ja przebywałem w Unieściu, na kolejnej samowolce ukradł kolejny samochód, ale tym razem miał pecha. Policja była już przygotowana na jego zagranie i zaczął się filmowy pościg. Dwóch towarzyszących Siatkowskiemu kolegom udało się jakoś zbiec, ale on zabawiał się w uciekającego Mistrza Kierownicy. Podobno pół Łodzi ściskało za Radka kciuki w tym pościgu. Niestety, ci, którzy w tym dniu postawili swoje pieniądze na policję, mogli udać się do kasy. Radek Siatkowski został złapany i prawdopodobnie do dziś przebywa w więzieniu, gdzie został natychmiast po tamtym zdarzeniu skierowany.
ROZDZIAŁ 7: Mały biznesik w wojsku…
257 dzień
Od zarania dziejów istniała na terenie naszej kompanii, żołnierska kawiarenka. Nazywanie jej kawiarenką, było daleko posuniętą przesadą, gdyż żadnej kawy nigdy tam nie było, a sprzedawało się tam wyłącznie papierosy i oranżadę.
Zmieniali się kolejni właściciele, ale nie zmieniała swojego stylu i wyglądu kawiarenka. Stało się jasne, ze lokal potrzebuje dopływu kapitału, niekoniecznie obcego i wprawnej ręki handlowca. Radek Siatkowski posiadał niewątpliwie obie te cechy i było jasne, że klucze od kawiarenki musi otrzymać on.
Zaczęły się złote dni dla lokalu. Radek – jak przystało na rasowego biznesmena – władanie lokalem zaczął od gruntownego remontu. Należało zmienić wystrój, aby się źle nie kojarzyło. Niewiadomo skąd (później było już wiadomo) skombinował pełne wyposażenie klasycznego lokalu, a więc bar, ladę, półki na towary. Zorganizował również farby i cała kawiarenka zyskała gustowny wystrój. Wspaniałomyślnie przeznaczył nawet część swoich łupów na wyposażenie knajpy w sprzęt muzyczny. Od tej pory pobyt w lokalu umilała wszystkim muzyka płynąca z eleganckiego magnetofonu samochodowego. Radek stworzył nowy obraz kawiarenki, ale ze względu na swoją działalność „społeczną” nie miał wystarczającej ilości czasu, aby przekształcić ją w lokal kategorii „S”. Serwował wprawdzie drinki z luksusowych wódek, a nawet sprzedawał robione przez siebie serniki na zimno, ale jednocześnie podpadał coraz częściej u dowódców i było jasne, że długo miejsca w tym lokalu nie zagrzeje. Miara się przebrała, gdy palacze donieśli na niego do dowódcy, że sprzedaje w kawiarence papierosy po zawyżonych cenach, a była to rzecz nie do zaakceptowania przez władze. Można było zarabiać na czym się chciało, byle nie na fajkach.
To był jego gwóźdź do trumny. Stanowisko kawiarenkarza było do wzięcia.
Nie pamiętam jak to się stało, że zdecydowaliśmy się na przejęcie kawiarenki. Była to decyzja – jak zwykle – spontaniczna. Ja, Tomek Makowiecki i Przemek Gębusia zdecydowaliśmy się wejść w gastronomię.
Na początek musieliśmy zacząć od kolejnego remontu, gdyż Siatkowski, gdy dowiedział się, że traci dobre miejsce dla przechowywania swoich łupów (w jego pokoju pod łóżkiem nie było już miejsca) wpadł w szał i zaczął demolować salę, twierdząc, że on to zbudował, więc on może zniszczyć. Przy okazji remontu zrobiliśmy kolejną zmianę ustawienia mebli. Radek Siatkowski, kiedy ochłonął, okazał się bardzo nam przydatny, gdyż zgodził się na pewien czas pozostawić w kawiarence magnetofon, a nawet wskazał nam miejsce w magazynie szkolnym, gdzie znajdują się eleganckie stoliczki i krzesełka barowe. Udało się nam je zdobyć, zrobiliśmy śliczne dekoracje, postawiliśmy kwiatki, później jeszcze zdobyliśmy telewizor i lokal był gotowy do przyjęcia gości.
Brakowało tylko towaru. Ponieważ do najbliższego żołdu pozostawało kilka dni pożyczyliśmy chyba 80 000 złotych od jednego kaprala i za te niewielkie pieniądze nakupiliśmy różnego dobra. A to oranżady, a to ciastek, a to groszków, a to innych rzeczy. Wszystko sprzedało się błyskawicznie, oczywiście z niewielkim zyskiem i dlatego następnego dnia dysponowaliśmy już pierwszymi zarobionymi pieniędzmi. Sytuacja powtórzyła się przez kilka dni i po tygodniu – w dniu żołdu – mogliśmy już oddać kapralowi pożyczone pieniądze.
Całe trzy żołdy zainwestowaliśmy oczywiście w towar kawiarenkowy. Sprzedawanie ruszyło pełną parą. Najbliższe urlopy wykorzystywaliśmy na przywiezienie z domu różnych akcesoriów potrzebnych do należytego funkcjonowania lokalu gastronomicznego, a to termosu, a to grzałki, a to innych rzeczy. Od tej pory podawaliśmy już kawę. Nawet ze śmietanką. Codziennie biegaliśmy do pobliskich sklepów po oranżadę i inne napoje, kupowaliśmy ciasta i inne słodkie produkty. Szybko zaczęliśmy się orientować, gdzie można kupić coś taniej, a gdzie nie warto wchodzić, bo drogo. Handel ruszył pełną parą. Zaczęliśmy sobie nawet organizować kolacje w kawiarence. Smażyliśmy na przykład jajecznicę, albo przygotowywaliśmy smakowite desery. Byliśmy bardzo dobrze ustawieni.
Po porannym apelu, kiedy zaczynały się przydziały do pracy, nasza trojka maszerowała do swojej kawiarenki, gdyż tam zawsze mieliśmy coś do zrobienia. Albo szliśmy na zakupy. Praktycznie przestaliśmy zupełnie chodzić do pracy. Zmienił się także stosunek wielu dziadków do nas. Teraz oni zabiegali o nasze względy. Przychodzili do naszego pokoju, ale teraz już nie kazali nam sprzątać, tylko prosili o otworzenie kawiarenki i zrobienie kawy. Życie mieliśmy wyborne. Lepsze niż w cywilu. Także podczas wart udawało się nam wyrwać do kawiarenki. Tolerowali nas również dowódcy, gdy wiedzieli, że żadnych akcesów nie ma, a zawsze mogli liczyć na darmową kawę. Kawiarenka rozwijała się. W kasie leżało coraz więcej pieniędzy. Z początku staraliśmy się zapisywać ile każdy udziałowiec wydaje, ale w końcu mieliśmy już tyle kasy, że każdy mógł wydawać i przejadać ile chce.
Prędzej czy później musieliśmy jednak wpaść na pomysł ze sprzedażą alkoholu. Wpadliśmy na niego raczej prędzej.
Kupiliśmy małą partię piwa i postanowiliśmy przesondować rynek. Eksperyment wypadł nadzwyczajnie. Kompania była spragniona piwa i wcale nie odstraszała ich zawyżona o 20% cena. Pamiętam, że zarabialiśmy na każdej butelce 1000 złotych, co wcale nie było mało. Od tej pory zaczęły się nasze codzienne wyprawy autobusami po piwo. Przypominam, że to był rok 1990 i nie istniały jeszcze żadne Biedronki czy Żabki. Nawet w Łodzi nie można było kupić piwa na każdym rogu. Czasem trzeba było wieczorem, w zielonych wojskowych dresach, przeskakując przez płoty, przemierzać wiele ulic, by znaleźć sklep z piwem, ale 20% marża była wystarczają zachęta.
Sprzedaż alkoholu w jednostce była oczywiście nielegalna, ale nie przejmowaliśmy się tym za bardzo. Fama o naszej „knajpie, gdzie serwują alkohol” doszła do wszystkich zakątków jednostki. Przyszli kiedyś do nas tacy dwaj rezerwiści, tzn. tacy starzy faceci około 40 – stki, którzy zostali na starość powołani na miesiąc do wojska, chyba tylko po to, aby oderwać ich od swoich żon. Na pierwszy rzut oka widać było, że obaj goście traktują alkohol, jako środek niezbędny do przeżycia. Jeden z nich – pewnie młodszy – przybiegł do kawiarenki prędzej, zamówił piwo i usiadł przy stoliku. Drugi zmarnowany podszedł do baru i głosem umierającego poprosił o oranżadę. Otworzyłem mu, ten posmakował, skrzywił się, nie smakował mu ten napój. Tymczasem tamten pierwszy spytał swojego kolegę, dlaczego nie kupił piwa. Wszyscy w kawiarence usłyszeli krzyk: „To jest piwo?!” Błyskawicznie zamówił dwa. Widziałem jak drżał z podniecenia. Bez przerwy na oddech, wypił pierwsze piwo i spokojnie usiadł z drugą butelką przy stoliku.

Było jasne, że prędzej czy później wieść o piwie musi dojść do oficerów. Przyszedł kiedyś taki do nas i poprosił o piwo. My mu oczywiście nawijamy, że nie ma.
- Piwo? W wojsku? To przecież niesłychane!
Ale on wcale nie chciał nas słuchać, tylko powiedział:
- Dawajcie cholera szybko piwo, albo zrobię wam tu zaraz alarm na kompanii.
Oczywiście dostał co chciał, wypił i poszedł.

Z biegiem czasu ta kawiarenka zaczęła przynosić bardzo duże dochody. Byliśmy jednak zbyt leniwi, aby zrobić na tym dobry interes. Nie chciało nam się nieustannie jeździć po piwo, a przecież to główny środek dochodu. Poza tym zbyt dużo pieniędzy przepuszczaliśmy. Pijaństwa odchodziły niemal codziennie. Mnóstwo pieniędzy przepływało nam przez palce w postaci darmowych drinków. Celował w tym zwłaszcza Przemek Gębusia, który w naszej spółce trudnił się głównie wydawaniem pieniędzy.
Jak bardzo można było zarobić na tym lokalu świadczy fakt, że po naszym wyjeździe do Unieścia, Piotrek Łącki i Janusz Diks, którzy przejęli lokal, za pieniądze zarobione na sprzedaży pokupowali sobie różne drogie ciuchy, kurtki, spodnie, a także jakieś drogie magnetofony i inne sprzęty ówcześnie dostępne. No, ale oni nie byli tacy leniwi i przede wszystkim nie przepijali tyle.
Nam wystarczało jednak to, że nasza kawiarenka, a więc i my, byliśmy w centrum kompanii. Tu koncentrowało się życie towarzyskie, tu wymieniało się plotki. Było wspaniale. Naszą zabawę w biznesmenów przerwał wyjazd do Unieścia. Cóż, ojczyzna nas wzywała na nowy front walki.
260 dzień
Na kompanii panował głód. Jedzenie było bardzo marne, a przede wszystkim, było go mało. Gdy wiara miała jeszcze w kieszeni jakiś grosz, to szła do kantyn i kupowała coś na ząb. Gorzej było wtedy, gdy nie było pieniędzy. Wtedy trzeba było szukać innych możliwości napchania żołądka. Któregoś dnia podczas warty, na której byłem także ja, kilku chłopaków postanowiło… upolować na graniczących z jednostką działkach….. kurę.
W czasie swojej zmiany, pod osłoną nocy, wyprawili się do świata cywilnego i upolowali biedne stworzenie. Wyglądali jak prawdziwi komandosi polujący na wroga. Na szczęście była to cicha robota. Kura nie stawiała większego oporu i nie musieli używać broni palnej.
Obiad został zdobyty po ciężkiej walce, ale należało go jeszcze odpowiednio przyrządzić, aby stał się jadalnym rosołem. Do tego potrzebny był, co najmniej kawałek garnka i ognia. Był wieczór, więc nie było problemu z włamaniem się do kuchni. Niedomknięte okienko stanowiło idealną drogę dla naszych zuchów. A na kuchni zabrali się już do przyrządzenia zwierzęcia. Kura została w miarę prawidłowo oskubana, podzielona i ugotowana. Zapach rosołu unosił się chyba po całej Łodzi. Dzielni żołnierze po dwóch godzinach „uciążliwej” warty powrócili nasyceni na wartownię.
261 dzień
Jestem dzisiaj po raz sześćdziesiąty na warcie. To bardzo pokaźna liczba. Niewielu żołnierzy w LWP miało „przyjemność” w tylu uczestniczyć.
Z okazji małego jubileuszu zostałem uhonorowany służbą na pierwszym posterunku. To była niewątpliwie najtrudniejsza służba. Bardzo trudno się schronić przed oficerem dyżurnym, gdyż obszar patrolowania w 75% pokrywał się z widokiem z dyżurki oficera (na szczęście pozostawało jeszcze 25%). Ciągle trzeba było tu komuś otwierać bramę, sprawdzać jakieś papiery, kontrolować itp. I to wszystko w galowym mundurze żołnierza wojska polskiego. Często podczas iście afrykańskich upałów trzeba było paradować, albo stać na baczność w koszuli zapiętej na ostatnie guziki, krawacie maksymalnie ściągniętym i grubym mundurze.
Oczywiście, nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie wymyślili jakiegoś zastępczego rozwiązania. Braliśmy więc z magazynu ubraniowego (za aprobatą – cichą rzecz jasna) – Piotra Łąckiego) stare koszule i starannie wycinaliśmy z nich same kołnierzyki z małą, niezbędną częścią dekoltu. To wystarczało do założenia krawata (również obciętego u dołu). Koszmar.
Jedyną małą rekompensatą tego, była możliwość popatrzenia sobie na normalnych ludzi na ulicy, a często nawet na ładne dziewczyny. Pod koniec naszej służby w Łodzi, na terenie naszej jednostki otworzyli szkołę języków obcych dla cywilów. Zdarzało się wtedy nawet pogadać z jakąś panienką. Ale one najczęściej nie chciały z nami rozmawiać, uważając, i słusznie, że żołnierze to ostatnie świnie i myślą tylko o jednym.
Niektóre panienki również potrafią myśleć tylko o jednym i właśnie te często przychodziły do nas (żołnierzy) w odwiedziny. Przychodziły wtedy na Biuro Przepustek i pytały:
- Jest Franek? (nie było chłopaka o takim imieniu). Nie ma? A może jest Marek? Nie, a kto jest? wszystko jedno.
Ciekawa sprawa z tymi panienkami. Wielu chłopaków prowadziło podwójne życie. W domu „zalegalizowana” dziewczyna, a w wojsku druga panienka do towarzystwa. Znałem takiego, który w ostatnią noc w wojsku, a zarazem w ostatnią noc przed ślubem, zajmował się w swoim pokoju z ogromnym wysiłkiem jakąś panienką.
Wielu zdradzało swoje żony. Było to nagminne. Moralność żołnierza jest jednak bardzo specyficzna. Toleruje własną zdradę, ale największą zbrodnią jest zdrada w cywilu z żoną przyjaciela w wojsku. Dosadnie określił to w filmie Pasikowskiego grany przez Cezarego Pazurę kapral Wiaderny:
- …bo ty gnoju świętości nie umiesz uszanować, a żona przyjaciela w wojsku jest święta (….) W armii wszystko jest proste: żony są w domach, a kurwy za płotem i trzeba być człowiekiem, a nie ścierką.
Oglądanie dziewczyn było jednak małą pociechą w tej służbie. Należało się rozglądać za jakimś schowkiem. W dzień oczywiście niewiele dało się zrobić. Najwyżej schować się na kilka chwil do budki wartowniczej, w nocy było trochę lepiej. Kiedy oficerowie czasami w komplecie szli spać, można było przyczaić się u dyżurnego Biura Przepustek. Przy bardziej „wnikających” oficerach udawało się czasem na tyłach posterunku pogadać z wartownikiem innego posterunku, albo przycupnąć na stołówce, o ile człowiek nie brzydził się rozdeptywać całych pokładów karaluchów.
Pamiętam jak kiedyś poszedłem z oficerem na patrol i nie mogliśmy znaleźć Jacka Panczenki, który powinien być na pierwszym posterunku. Po długich poszukiwaniach znalazłem go śpiącego na ławce, którą sobie ustawił między wielkimi drzewami dosłownie pod samym oknem dyżurki oficera. Jak to mówią, najciemniej jest pod latarnią.
262 dzień
Wygląda na to, że na terenie, na którym znajduje się dziś nasza jednostka, musiały kiedyś być sady owocowe. Co kawałek rosły bowiem pojedyncze, ale za to bardzo różnorodne, drzewa owocowe. To był prawdziwy raj dla żołnierzy. Codziennie widać było chłopaków na jabłoniach, gruszach, śliwach i innych drzewach. Wszyscy zajadali się tym dobrodziejstwem. Owo dobrodziejstwo było przeważnie niedojrzałe, gdyż nigdy nie udało się doczekać do pełnej dojrzałości.
Oprócz pospolitych jabłoni, można było znaleźć również wspaniale kwitnącą, na fioletowo, dziką rajską jabłoń, kilka odmian gruszy, wiśnie i czereśnie. Jednak największym skarbem były….. truskawki. Rosły sobie spokojnie na tyłach jednostki i kiedyś zupełnie przypadkowo odkryłem je. Było tam tylko kilka krzaczków, ale i tak były takie sympatyczne. To nie były takie prawdziwe duże krzaki truskawkowe, tylko pojedyncze, zapomniane przez świat gałązki.
Którejś nocy zły duch (wojskowy ogrodnik) wykosił te moje skarby. Ku mojej nieopisanej radości, gdzieś pod budynkiem uchowała się jedna mała gałązeczka. Postanowiłem, że to będzie wyłącznie moja truskawka. Przez wiele kolejnych wart, pełnionych na tym posterunku, obserwowałem jak rozwija się mój owoc. Kwiaty przekwitły i wykształcił się tylko jeden owoc. Moja własna truskawka.
Czułem się jak Mały Książę ze swoją Różą. Dbałem o nią, podlewałem, zastawiałem kamieniem, by nikt jej nie zauważył, nie skrzywdził, albo co gorsze, nie zjadł.
Tymczasem owoc stawał się coraz większy i pewnego dnia, kiedy przyszedłem znowu na wartę moim oczom ukazała się przepiękna czerwona truskawka. Może zabrzmi to brutalnie i prozaicznie, ale….. zjadłem ją. Moją własną truskaweczkę.
263 dzień
To połowa wojska. Dobrnęliśmy do połowy. Teraz niewątpliwie będzie z górki. Nie świętowaliśmy połowinek ze względu na fakt, że wtedy nie była znana dokładna data wyjścia do cywila, więc nie było sposobu ustalenia połowy. Nasza sytuacja w żadnym szczególe nie przypominała już tamtej z końca roku. Byliśmy już niemal pełnoprawnymi członkami fali. Większość sprzątania przejęli po nas młodzi, warty były coraz mniej uciążliwe, bardzo często wychodziliśmy na miasto i równie często wracaliśmy pijani. Nasi kaprale i większość starych stała się naszymi dobrymi kumplami, a przede wszystkim cały czas chroniła nas kawiarenka, w której mieliśmy sporo pracy, ale która jednocześnie była dla nas wygodnym azylem. Życie stało się więc znośniejsze. No dobrze. Życie było wtedy zupełnie ciekawe.

264 dzień
Sukcesy w kawiarence przynosiły zwyżkę w dochodach. A nadmiar dochodów należało w jakiś sposób upłynnić. Może nie najlepszym, ale na pewno najbardziej efektownym sposobem, było ich przepicie. Realizowaliśmy tę zasadę niemal każdego dnia.
Przemka Gębusi nie lubiłem specjalnie, ale nie tak bardzo, by nie pójść z nim do lokalu napić się wódki. Naszym stałym lokalem była w tym czasie pizzeria Jontek. Często tam przychodziliśmy, a ponieważ zostawialiśmy tam z reguły nie mało pieniędzy, więc personel nas szanował. Pracowały tam bardzo ładne dziewczyny i my stale próbowaliśmy je podrywać. To znaczy nam się wydawało, że je podrywamy i że jesteśmy cholernie atrakcyjni w tych brązowych mundurkach. W rzeczywistości byliśmy tylko grupą pijanych i do tego żałosnych żołdaków, od których kulturalne panienki odganiały się jak od natrętnych much. Myśmy jednak tego nie zauważali. Napastowaliśmy je do tego stopnia, że próbowaliśmy się z nimi umawiać po zamknięciu lokalu i dlatego siedzieliśmy do wieczora w pizzerii. Niestety, w momencie zamknięcia lokalu nie byliśmy już zdolni do zdobywania kobiet.
Gębusia był narwanym facetem. Ciągle szukał zaczepki, kiedy trochę wypił. Pamiętam jak któregoś dnia wracaliśmy nieźle wstawieni z Jontka i na ulicy Piotrkowskiej zaczepił nas podpity facet i zapraszał na wódkę. Byliśmy już mocno wstawieni, ale jak to ktoś powiedział: wódki i pacierza się nie odmawia, więc przystaliśmy na jego propozycję. Wszystko było O.K. dopóki nie okazało się, że gość nie ma forsy (my zresztą też) i chce nas bezczelnie naciągnąć. Pożegnaliśmy go, ale po chwili Przemek w pijackim szale zaczął szukać faceta i grozić mu śmiercią:
- Zabiję skurczybyka, od żołnierza chciał wyciągnąć na wódkę, zabiję skurczybyka!
Może by go i zabił, gdyby na horyzoncie nie pojawił się patrol Żandarmerii Wojskowej, o czym nie omieszkali nas poinformować życzliwi przechodnie. Zaczęliśmy uciekać. Oczywiście – jak to zwykle po pijaku bywa – każdy w swoją stronę. Po chwili straciliśmy już kontakt ze sobą. Pamiętam, że bardzo trudno szło mi rozpoznawanie drogi i wiele czasu upłynęło zanim znalazłem właściwą drogę do jednostki. Na szczęście w Łodzi nie sposób się do końca zgubić, bo wszystkie ulice są kwadratowe i prostokątne względem siebie, a w dodatku ktoś życzliwy (chyba dla pijanych żołnierzy), ponazywał je bardzo zmyślnie: Północna, Południowa, Wschodnia i rzecz jasna Zachodnia).
Nigdzie nie było Przemka, dopiero, gdy byłem już na ulicy prowadzącej do koszar, zobaczyłem z daleka sylwetkę znajomego żołnierza. Chwiejny krok należał oczywiście do mojego kompana od kieliszka. Radość ze spotkania była tak wielka, że mimo byliśmy właściwie pod bramą jednostki, musieliśmy to spotkanie uczcić kieliszkiem (może dwoma) wódki w pobliskim lokalu.
Dygresja dla przedsiębiorców: bary alkoholowe w okolicach jednostek wojskowych, to złoty interes.
Przed bramą jednostki usiłowaliśmy jeszcze poderwać jakąś dziewczynę, która sądząc z plecaka, wyjeżdżała na jakąś wyprawę turystyczną i nie mogliśmy się nadziwić, że nie chce pójść z nami do jednostki. To był dzień pełen wrażeń.
265 dzień
Jacek Panczenko.
To chyba najbarwniejsza postać wśród żołnierzy Wojskowej Akademii Medycznej. Jego losy to niewątpliwie temat na osobną i w dodatku obszerną, książkę, a nie na kilka wierszy moich wspomnień. Należał do grupy „szczecińskiej”. Podobnie jak Radek Siatkowski. Często opowiadał w jaki paskudny sposób trafił do wojska. Uchylał się przed wojskiem do tego stopnia, że wyjechał na Górny Śląsk, aby w kopalni odrobić wojsko. Pracował ponad pół roku „na przodku”, a mimo to w skutek jakiś zawiłości prawnych, dostał wezwanie do wojska. W ten sposób trafił do Łodzi. Nazywaliśmy go na kompanii „Bandziorem” i to przezwisko wiele wyjaśniało.
Pamiętam, że gdy jeszcze przechodziliśmy unitarkę, codziennie przewijało się nazwisko Panczenko. A to coś przeskrobał, a to z kimś się pobił, a to złapali go jak spał na warcie. Miałem wrażenie, że to jakiś okropny dziadek, który będzie tyranizował swoich młodych. Tymczasem okazało się, że to niski, trochę niepozorny, chłopaczek z wiosennej fali. Na pierwszy rzut oka bardzo niewinne stworzenie.
Był największym „bandytą” na kompanii. Ciągle o coś miano do niego pretensje, ale to nie był facet, z tych, co „mordują z zimną krwią”. Był lubiany chyba przez wszystkich i do wszystkich też potrafił odnosić się życzliwie.
Jego największą wadą było to, że ponad wszystko chyba uwielbiał się bić. Nie szukał przy tym zaczepek sam, nigdy nie prowokował takich na naszej kompanii. Miał po prostu taki nieszczęśliwy dar przebywania tam, gdzie działo się coś złego. Zawsze, kiedy przebywał w jakiejś knajpie, jego potulna czy wręcz dziecinna, twarz wywoływała złe instynkty u innych gości. Źle się to dla nich kończyło. Widziałem go w kilku bójkach, o wielu innych opowiadali inni, którzy z nim byli. Ze wszystkich wychodził bezapelacyjnie zwycięsko. I to nieraz w bójkach z większą liczną przeciwników. Był piekielnie silny. Ponieważ był niewysoki, amatorzy boksu często widzieli w nim łatwy kąsek. Drogo za to płacili. Pamiętam, że nigdy w takich bójkach nie budziły się w nim dzikie instynkty, po prostu przypierdzielał gościom parę razy w nos i szedł do domu, albo uciekał, kiedy rywali było więcej niż trzech.
„Bandzior” był chlubą i dumą naszej jednostki. Niezliczone ilości razy pomagał nam w walkach z obcymi. Wiele razy przychodzili żołnierze na wartownię, gdzie Jacek miał wartę i prosili dowódcę:
- Andrzej, w Jasiu (to ta knajpa w okolicy Jednostki) jest zadyma. Biją naszych. Zwolnij na chwilę Bandziora. Andrzej, tylko na pięć minut!”
Rzeczywiście, po kilku, najdalej kilkunastu minutach, nasza ekipa wracała z radosnymi pieśniami na ustach do koszar. Na czele szedł poobijany, ale zadowolony Bandzior.
W czasie licznych bijatyk na zabawach wiejskich był naszą prawdziwą siłą napędową, zwykle od niego zaczynały się zadymy i na nim również się kończyły. Pod koniec służby tak bardzo podpadł już dowódcom swoją niesubordynacją (głównie za spanie na warcie), że został ukarany przeniesieniem do karnej jednostki. Na szczęście kara była w zawieszeniu. Kilka razy odwieszenie tej kary wisiało dosłownie na włosku, ale na szczęście dla niego, i dla kompanii, włosek nie zerwał się. W dniu naszego wyjazdu do Unieścia Bandzior został pobity w knajpie. Podobno do Jasia wybrała się niemal połowa przestępców Łodzi, aby ukarać Jacka za jego wcześniejsze wyczyny. Tym razem rywali było tak wielu, że nawet Terminator na spółkę z Rambo nie wyszliby cało z tej opresji. Bandzior wyszedł, tylko miał zrujnowaną twarz, dziurę w głowie, nie licząc siniaków i zadrapań. Wyglądał okropnie, ale czuł się wspaniale. Mówił, że dopiero trzeci raz w życiu dostał od kogoś bęcki. Niezły wynik. Znałem go rok, a sam widziałem z pięć poważnych bójek.
Czwarty raz dostał Bandzior przedostatniego dnia w wojsku. Ja byłem wtedy w Unieściu, więc znam tę historię wyłącznie z relacji innych. Jacek znowu – nie pomny nauczki – biesiadował w Jasiu. Zaprawił się alkoholem tak bardzo, że nie mógł prawidłowo oceniać faktów. Zaczęła się kolejna – przygotowana przez cywilów z Łodzi – bójka. Bandzior szybciutko rozprawił się z trzema przeciwnikami, ale zamiast natychmiast uciekać, alkohol pobudził go do dalszej walki. Niestety, siła złego na jednego zrobiła swoje i Jacek został dotkliwie pobity. Widziałem go po poprzednim pobiciu, ale znajomi mówili, że to było nic w porównaniu z obecnym. Wycieńczonego, rannego, ledwie żywego, znalazł go nad ranem wartownik pod płotem jednostki. Taki był Jacek Panczenko – chyba najsympatyczniejsza postać na naszej kompanii.
268 dzień
Jaros i Czapla.
O ile Bandzior był chyba najsympatyczniejszą postacią, o tyle ci dwaj to zdecydowanie największe przypały w jednostce. Pochodzili gdzieś z wiosek położonych w centrum Polski. Miałem wątpliwe szczęście mieszkać przez parę miesięcy z nimi w jednym pokoju. Cóż za goście!
Zwłaszcza Jaros słynął ze swoich szalonych i przede wszystkim głupich pomysłów. Sztandarową historią była opowiadana przez całą jednostkę sprawa zaręczyn Jarosa. Będąc przez kilka tygodni (tylko tyle z nim wytrzymali) w Unieściu poznał jakąś dziewczynę (jak to zrobił?). Na nieszczęście dziewczyny były dwie i do tego okropnie do siebie podobne, jak na bliźniaczki przystało. Nasz bohater odróżniał je jedynie po kolorowym szaliku i różowej kurtce. Kiedy pod koniec wojska wybranka jego serca miała przyjechać do niego do domu w wizytą do przyszłych teściów, wyszedł wraz ze swoim przyjacielem, Adamem Czaplą, na dworzec, na spotkanie ze swoją przyszłą żoną. Niestety, dziewczyny nigdzie nie było. Zauważyli jedynie dwie miłe panienki, które pozdrowili przyjaznym: „Patrz, ale dupy!” Gdy wrócili do domu, przyszła żona czekała na nich wraz z siostrą. To były oczywiście te dwie dziewczyny, które widzieli na dworcu. Tłumaczył się potem nam, że on zawsze rozróżniał dziewczynę po różowej kurtce, a teraz jest lato i on nie miał pojęcia jak się ona ubierze. Ciekawa para z nich będzie. Przecież ona również go nie poznała na dworcu!
Zwyciężyli jednak wszystkie przeciwności i pobrali się jeszcze w tym samym roku. Tacy mniej więcej byli Czapla i Jaros.

270 dzień
Dzień był dziś taki, że jedyną przyjemnością dla zmęczonego żołnierza była wódka. Na wódkę oczywiście nikt nie miał pieniędzy, więc postanowiliśmy napić się wina. Taniego oczywiście. Impreza wojskowa rozwijała się bardzo dobrze. W pokoju panował przykładny bałagan. Co chwila odwiedzali nas amatorzy darmowego napitku. Zrobił się wieczór. Zapasy wina się skończyły, a głowy zaczynały niebezpiecznie szybko trzeźwieć. Padła propozycja kupienia dalszych kilku butelek. Problem polegał na tym, że była już noc i wszystkie sklepy w okolicy były zamknięte. Należało, więc wyprawić się do centrum miasta, do sklepu nocnego. Wybory odbyły się oczywiście falowo, czyli musiałem iść ja i Tomek Makowiecki. Ubraliśmy się w dresy wojskowe i wyruszyliśmy na akcję. Początek był łatwy: niepostrzeżenie wyjść z budynku kompanii, potem przedostać się na stadion i tam przeprawić się przez plot, do lepszego świata. Coś jak ucieczka z getta po chleb. Przepraszam za porównanie. Jesteśmy w Łodzi. Ciemna noc. Przesuwamy się jak cienie pod murami budynków, aby nie zauważyła nas policja, ani tym bardziej żandarmeria. Obserwujemy nocne życie w mieście. Porządni obywatele już śpią. Jutro o piątej wstają do pracy. Zostali tylko nieporządni. Jeszcze tylko kilka przecznic i będzie sklep. Jest. Cholera, remont. Co robić? Przypominamy sobie o melinach. Nasza dyżurna babcia przyjmuje tylko do dwunastej, a jest już przecież grubo po północy. A propos babci. Zainstalowała sobie melinę tuż koło jednostki (a może to raczej jednostka wojskowa zainstalowała się tuż koło babci?) i tak już od niepamiętnych lat prowadzi swoje przedsiębiorstwo usługowe. Obsługuje kolejne rzesze i pokolenia wojaków. Pamięta pewnie jeszcze tych spod Grunwaldu. Ciekawe czy dużo pili i w czym gustowali? My gustujemy w tanich, pospolitych trunkach. Babcia przez cały dzień mieszka sobie w swoim domku, nie wadząc nikomu, a dopiero po godzinie dwudziestej, zaczyna przyjmować klientów. Wystarczy trzy razy zapukać do drzwi i przygotować pieniądze. Po godzinie dwudziestej drugiej babcia obsługuje już tylko żołdaków. Można sobie pukać do bólu w babcine drzwi i nic. Tylko wtajemniczeni, (czyli żołnierze) wiedzą o istnieniu drugich drzwi obok i pukaniu dwa razy. No, ale teraz jest pierwsza w nocy i babcia śpi. Wiemy, że gdzieś na ulicy Północnej są meliny. Udajemy się w tym kierunku. Co za okropne miejsce. Jakoś nie możemy nic znaleźć. Jest już późno, więc decydujemy się na odwrót. Tą samą drogą, tymi samymi zakosami udaje się nam powrócić do jednostki. Roboty nie wykonaliśmy, ale przynajmniej obeszło się bez strat własnych. Po drodze spotkałem afisz koncertu Marka Grechuty. Wziąłem go sobie na pamiątkę. Gdy weszliśmy na kompanię uderzyła nas nienaturalna cisza. Owszem, było już bardzo późno, ale nie o takiej porze kompania potrafiła się bawić na całego. Ani jednej osoby na korytarzu? Coś podejrzanego w tym musi być. Otwieramy drzwi do pokoju i …. spotykamy oficera dyżurnego. Kontrola. Nasz pokój wygląda tak, jakby przeszedł po nim tajfun. Na szczęście chłopaki zdążyli wyrzucić przez okno butelki od wódki i wina. Tomek był już w pokoju, a ja usiłowałem wydostać się niepostrzeżenie, lecz czujne oko oficera zauważyło mnie. W dodatku zauważył w moim ręku plakat, który co prawda zaraz wyrzuciłem do kosza, ale on również to widział i po tym plakacie wywnioskował, że musieliśmy przed chwilą być w mieście. Trudne chwile przeżywaliśmy. Za te wszystkie przewinienia mógł nas facet rozstrzelać, albo i co gorszego. Na szczęście był to rozumny chłop i darował nam wykroczenie pod warunkiem, że za dziesięć minut pokój będzie idealnie czysty, a my będziemy w łóżkach. Zrobiliśmy to w pięć minut. Ileż takich sytuacji przeżywaliśmy w wojsku? Ile razy oficer nakrywał pijących alkohol? Kiedyś jeden z dziadków miał takiego pecha, że wyrzucając pustą butelkę po wódce trafił oficera w głowę. Na szczęście nie mocno i wszystko skończyło się w miarę łagodnie dla wszystkich.
271 dzień
Jest właśnie środek lata. Pogoda jest wspaniała. W dzień prawdziwe upały, a noce również są gorące. Warty w takich warunkach stają się zupełnie znośne. Oczywiście za wyjątkiem warty na posterunku pierwszym, gdzie przez cały dzień trzeba paradować w grubym mundurze i krawacie i koszuli zapiętej mocno pod szyją. To była paskudna sprawa, ale już na innych posterunkach można było przyczaić się gdzieś na tyłach, rozpiąć moro i powdychać świeżego powietrza. Najprzyjemniej było jednak w nocy. Tak jak zimą narzekałem na piekielne mrozy, tak teraz było wspaniale. W ciepłą letnią noc kładłem się na nagrzanej ziemi i przyglądałem się gwiazdom. To było miłe oderwanie od realiów. Dwie godziny mijały bardzo szybko i przyjemnie.
272 dzień
Janusz „Dino” Diks został strażakiem. Kolejna osoba, która odchodzi z naszej wartowniczej grupy. Jestem jeszcze tylko ja, Tomek Mazowiecki, Przemek Gębusia, (choć my teraz najwięcej czasu spędzamy w kawiarence) i niezmordowany Jurek Szymański, który chyba powoli wyrósł na krajowego lidera, jeśli chodzi o ilość wart. Miał ich chyba około stu pięćdziesięciu.
273 dzień
Mirek Pilarski. To był chłopak z wiosny. Lubiłem go, i on chyba też mnie lubił. Dobrze się nam razem rozmawiało. Często braliśmy wspólne służby, aby sobie pogadać. To był chłopak zupełnie niepasujący mentalnością do wojska. Tak jak ja zresztą i dlatego tak dobrze się rozumieliśmy. W pewnym momencie jakoś zacząłem się od niego odsuwać i chyba straciłem szansę na znalezienie dobrego przyjaciela w cywilu.
275 dzień
Dziś w jednostce miało miejsce wyjątkowe zdarzenie. Było niedzielne popołudnie, kolejna warta zbliżała się do końca, a oficer dyżurny wpadł na szalony pomysł wybrania się na spacer. Zamiast spokojnie oddać służbę następnemu oficerowi, jemu zachciało się udać na patrol. Takie niespodziewane i nieprzemyślane decyzje nigdy nie przynoszą pozytywnych skutków. I rzeczywiście. Jego późniejsza relacja na dyżurce do kolegi wyglądała mniej więcej tak:
- Wiesz, kurwa, wychodzę na patrol, szukam wartowników, nigdzie nie ma. Szukam, kurwa tu, szukam tam, nie ma. Łażę tak z pół godziny i nic. Obszedłem budę i magazyn dookoła – też nie. W końcu przypomniałem sobie, że z tyłu jest stara, zapomniana strzelnica pneumatyczna. Zaglądam do środka i wiesz, kurwa, co widzę? Leży dwóch na podłodze, obok talerz z kanapkami, broń oparta w drugim rogu strzelnicy, a oni wiesz co robią….. kurwa? Oglądają telewizję!!! Gdyby, chociaż radio, ale telewizja, to się po prostu nie mieści w głowie”
. Tak bardzo mu się to nie mieściło w głowie, że zapomniał napisać raportu i cała sprawa rozeszła się po kościach. Dobrze, że nie widział butelek po winach, które chłopaki zdążyli wyrzucić tuż przed najściem. Tak czy inaczej wszystko dobrze się skończyło, a Czapla i Siatkowski, bo to właśnie oni byli bohaterami owej historii, miło spędzili popołudnie. Nudziło im się bardzo, więc postanowili się rozerwać. Kupili dwa bełty, przynieśli ze stołówki kanapki i zaczęli biesiadę w strzelnicy. Wkrótce odkryli, że w ścianie jest gniazdko prądowe, więc postanowili przynieść z kompanii telewizor. Ponieważ w pokoju Radka Siatkowskiego można było znaleźć wszystko od opony samochodowej, przez pistolet gazowy, aż do zestawu podpasek, więc szybko znaleźli turystyczny telewizor. Sam często słuchałem radia na warcie, pisałem listy, czytałem książki. Inni robili jeszcze gorsze rzeczy, ale wyczyn Czapli i Siatkowskiego pozostał niedościgniony.
276 dzień
DDC. Dni Do Cywila.
Magiczna liczba żołnierza. Posiada ją każdy żołnierz polskiej (i pewnie nie tylko) armii. Posiada każdy, ale nie każdy może się do niej przyznać. Młodzi żołnierze mają DDC tak wielkie, że starych może to „zabić”. Jak kraj długi i szeroki wszystkie mury i ściany – ze szczególnym uwzględnieniem okolic jednostek wojskowych i koszar – upstrzone są magicznymi DDC. Nie ma chyba żołnierza, który nie zostawiłby po sobie śladu w postaci DDC. Ja również. Znalazłem sobie takie przytulne miejsce na tylnej ścianie magazynu i na każdej warcie zostawiałem pamiątkę po swoich zmaganiach z armią wojska polskiego. Uzbierało się tych liczb niemało. Taka sytuacja podobna do więźniów wykuwających na ścianach swych cel kreski oznaczające kolejne dni.
277 dzień
(…) Jadę na urlop ustawowy, a luba dziewczyna nie czeka już mnie…

Nie czekała, bo nie mogła wiedzieć, kiedy przyjadę. Ale się w końcu odnaleźliśmy i tak już parę lat żyjemy razem. W każdym razie od tego urlopu wszystko się zaczęło. Na ten urlop musiałem cholernie ciężko zapracować. Dziewięć dni dostałem – jak to mówią słowa piosenki – ustawowo, ale to przecież niewiele, jak na wyjazd w Bieszczady. Musiałem kombinować. Wykombinowałem dwa dni urlopu, tak zwanego nagrodowego. Za jakieś tam „zasługi” szef przyznał mi dwa dni urlopu. W praktyce wygląda to tak, że każdego żołnierza trzeba jakoś uhonorować, żeby mu się wydawało, że Ojczyzna docenia jego ofiary. Tylko układy są już takie, że jak ktoś będący bliżej dowódcy dostaje urlop, to zwykły szary wojak (taki jak ja) dostaje pochwałę. Teraz, kiedy tamci dostali nagrody pieniężne, to mi musieli dać urlop. Resztę urlopu załatwiłem sobie starym wypróbowanym sposobem – HDK, czyli Honorowy Dawca Krwi. Spuściłem sobie 1 litr życiodajnej cieczy i już mogłem na dwa tygodnie bryknąć w Bieszczady.
290 dzień
Teraz kilka słów o naszych zabawach. Od pewnego czasu jeździmy całą brygadą 15-20 osób) na wiejskie zabawy pod Łodzią. „Zabawa” to jest termin bardzo umowny, bo tak naprawdę to więcej tam pijaństwa i bijatyk niż tańców i rozrywek. Szczerze mówiąc to na tych dyskotekach więcej nauczyliśmy się działań wojennych niż w koszarach. Te walki podjazdowe, te ataki tyralierą, te uderzenia ze wspomaganiem artylerii (kamienie), te obrony w okopach, to wszystko niezła zaprawa przed ewentualnymi działaniami wojennymi. Celował w tych walkach oczywiście Bandzior. Niezrównany w walce wręcz oraz w rozbijaniu zmasowanych oddziałów wroga. Szczytowym naszym „osiągnięciem” była „zabawa” w Moszczenicy. Jeden z naszych, zaprosił wszystkich do swojej rodzinnej wsi. Miało być miło i przyjaźnie. On tam wszystkich zna. Rzeczywiście było przyjaźnie, ale tylko do chwili, kiedy ktoś się pokłócił o jakąś dziewczynę, ktoś został uderzony, nie mam pojęcia, kto to wszystko zaczął), ktoś inny pobiegł po pomoc do Bandziora, Bandzior kogoś znokautował i zaczęła się zadyma. Staliśmy na środku sali i nagle okazało się, że cała dyskoteka, ba, cała wieś jest przeciwko nam i przejawia wrogie zamiary. Mówiąc bardziej obrazowo: chcą nam wpierdolić.
Przyjęliśmy klasyczną postawę obronną: stanęliśmy wszyscy w kole i wymachujemy z całych sił pasami. Jakoś nie było chętnych spróbować twardości sprzączki wojskowego pasa. Ale taka obrona nie mogła trwać wiecznie. Ręce bolą coraz bardziej, napastnicy coraz bardziej przybliżają się. Sytuacja niewesoła. Nagle od stolików wypada pijany facet koło sześćdziesiątki i wymachując do nas jakąś legitymacją woła: Chłopaki trzymajcie się! Jestem emerytowanym oficerem z Łodzi. Zaraz zadzwonię do jednostki po swoich chłopaków. I rzeczywiście, za pół godziny zajeżdża pod remizę star, a z niego wyskakuje coś ze trzydziestu chłopa. Prawdziwa odsiecz wiedeńska! Na szczęście do wielkiej bijatyki nie doszło, skończyło się raczej na wielkiej pijatyce. Ale akcja była spektakularna. Mniej więcej podobnie wyglądały wszystkie sobotnie wypady.
Najciekawiej prezentowali się chłopacy, kiedy powracali w niedzielę rano do jednostki. Zdekompletowanie mundurowe sięgało 50 %. Ten bez czapki, tamtych trzech bez pasów, inny gdzieś zgubił krawat, a zdarzało się, że wracali bez munduru, takie to były zabawy. Najwspanialsze odbywały się po wyjściu do cywila grupy Czapli i Jarosa. Nastąpiło wtedy prawdziwe zbratanie chłopaków. Na takich wyjazdach nie było już podziałów na starych i młodych. Wszyscy byli równi. Mile to były chwile.
292 dzień
Ktoś w wojskowym sztabie wojewódzkim wpadł na kretyński pomysł, aby ze względu na oszczędności, zwolnić do cywila żołnierzy ze starej jesieni, czyli naszych dziadków, ale tylko tych, którzy pochodzą z pobliskich Łodzi województw. Jakby ci, z głębi Polski, byli gorsi. W efekcie Michalewicz, Marach i inni musieli służyć do końca, a Czapla, Jaros i jeszcze paru innych, zdołało się wyzwolić z armii przed czasem. Głupi pomysł, ale to nie była nasza sprawa. Nas to zadowalało, bo pozbyliśmy się kolejnej grupy starych, i zyskiwaliśmy coraz większą autonomię na kompanii. W rezultacie okazało się, że ci, którzy pozostali, świetnie się ze sobą zżyli i rozumieli. Skonsolidowały się wspólne warty, wspólne dyskoteki, wspólne granie w piłkę nożną i oglądanie mistrzostw świata. Życie w wojsku zaczęło się stawać przyjemnym.
294 dzień
Moja walka z armią znalazła się w fazie walk z okopów. Sytuacja na froncie zdawała być się ustabilizowana. Od pewnego czasu pracuję w kawiarence, gdzie mam zajęcie na cały dzień, sporo grosza na piwo i słodycze, a przede wszystkim szacunek całej kompanii. Nikt nie chce zadzierać z „bufetowym”, bo może dostać za słabą kawę czy herbatę, za mało cukru w szklance, czy inne takie rzeczy. Stałem się jedną z ważniejszych osób na kompanii.
Jednak od powrotu z urlopu klimat w kawiarence zaczął się gwałtownie psuć. Oczywiście za sprawą niezmordowanego Przemka Gębusi, który już wcześniej, i jeszcze później, rozbijał niejedną atmosferę. Przemek po prostu zaczął totalne przepijać nasze kawiarenkowe pieniądze, stawiać wszystkim alkohol, rozdawać pieniądze. Kawiarenka z bardzo przyjemnego miejsca, gdzie można spokojnie wypić kawę, pooglądać telewizję, porozmawiać o czymś innym niż warty, stała się jedną wielką pijalnią. Piwo, wódka sprawiły, że dowódcy coraz częściej zaczęli się nas czepiać. Już nie było takich superakcji jak wyprawy nocne po zapasy żywności, już nie było smażenia jajecznicy w niedziele na śniadanie, czy robienia sernika na zimno dla załogi kawiarenki. Interes staczał się na dno. Zaczęliśmy rozglądać się za następcami. W końcu po kilku dalszych dniach złożyliśmy razem z Tomkiem Makowieckim formalną dymisję. Gębusia został sam… i też musiał zrezygnować. Tak zakończył się okres mojej działalności handlowej w wojsku polskim. Wspominać będę bardzo przyjemnie tę zabawę. Nie wysilając się zbytnio zapewnialiśmy sobie pieniądze na codzienne wydatki. Przez cały dzień przejadaliśmy zyski, właściwie przepijaliśmy, a wieczorem zawsze coś tam jeszcze zostawało na rozwój interesu. Jak bardzo dochodowa mogła być nasza praca, uświadomili nam Piotrek Łącki i Janusz Diks, którzy przejęli od nas kawiarenkę, po naszym wyjeździe do Unieścia. Oni po prostu zamiast przepijać i trwonić pieniądze, ciężko o nie zabiegali. Całymi dniami biegali po mieście, aby zdobyć towar. Głównym motorem napędowym interesu było oczywiście piwo. Jeśli dobrze pamiętam, to my zarabialiśmy na jednej butelce piwa tysiąc złotych. Oni zapewne czynili podobnie i to pozwalało im na znaczne dochody. Kiedy tuż przed wyjściem do cywila wróciliśmy do Łodzi opowiadali nam jak dorobili się na pracy w kawiarence. Pokupowali sobie jakieś eleganckie spodnie, kurtki, a nawet niezłej klasy magnetofon. A przecież oprócz tego nie głodowali codziennie. Tak czy inaczej nasza przygoda z kawiarenką przeszła do historii.
300 dzień
Kiedy z Tomkiem Makowieckim zastanawialiśmy się nad tym, jak spędzimy te ostatnie pół roku w wojsku, los zesłał nam najlepsze rozwiązanie. Marek Penk zrobił bardzo tajemniczą minę i zapytał czy nie chcielibyśmy pojechać do Unieścia.
To była bardzo intrygująca propozycja. Jeszcze na unitarce słyszeliśmy o wspaniałościach wynikających z przebywania w Unieściu. Zero pracy, opalanie na plaży, wspaniałe dziewczyny same wskakujące do żołnierskich łóżek. To były marzenia, a teraz te marzenia mają się ziścić. Sytuacja była niezbyt klarowna. Mit Unieścia kusił, ale z drugiej strony nasza sytuacja w WAM-ie była już bardzo ustabilizowana. Prowadziliśmy bardzo sielskie życie i trochę obawialiśmy się gwałtownej zmiany. W końcu jednak stwierdziliśmy, że grzechem byłoby odrzucać taką ofertę wczasów nad morzem, i po – w sumie – dwudziestu sekundach zastanawiania, przyjęliśmy ofertę. Do kompletu załogi dorzucono nam „młodego” Jana „Serce” oraz….. Przemka Gębusię.
Jana nazywano w jednostce „Serce”, ponieważ za każdym razem, kiedy wzywano go do jakiejś ciężkiej pracy, zawsze skarżył się na bóle serca. Ekipa była została skompletowana: można jechać na wczasy. Tak naprawdę, to nasze nominacje nie stanowiły żadnej nagrody, ani tym bardziej wyróżnienia. Po prostu nie było więcej kandydatów. Nasi dziadkowie szykowali się do cywila, więc nie mogli być brani pod uwagę, o „młodej wiośnie” również plotkowano, że mają im skrócić służbę, z naszego poboru prawie wszyscy mieli jakieś funkcje, a młodym jeszcze nie przysługiwały takie wczasy. Padło, więc na nas trzech, a do zabawy i sprzątania dołączono nam Jana Serce.
ROZDZIAŁ 8:
Wczasy nad morzem…
303 dzień
Przybywamy do Unieścia.
Silna grupa pod wezwaniem. Właściwie bez wezwania. Godziny n i c n i e r o b i e n i a przed nami. Będziemy wylegiwać się w łóżkach, kąpać w morzu, podrywać dziewczyny. Żyć nie umierać.
Nasze pierwsze wrażenie jest takie, że tu właściwie nie ma śladu wojska. Wszędzie wokoło kobiety, niektóre młode i piękne, większość roznegliżowana. Nasi starsi koledzy, którzy kilka miesięcy temu wyjeżdżali z koszar, a których dziś zmieniamy, są zupełnie nie do poznania. Ubrani w kolorowe dresy, opaleni na czarno. Tłumaczą nam, jaki tu będziemy mieli luz. Wierzymy im, pomimo iż dwóch starych trepów, którzy tytułują się naszymi przełożonymi, rządzi nami jak stadem osiemnastowiecznych niewolników. Zakwaterowali nas w prawdziwych wojskowych namiotach, takich poligonowych. Super. Poznajemy rozkład swoich zajęć. Codziennie wieczorem będzie apel. Dzielimy się na dwie dwójki i obejmujemy dyżur w recepcji. Nocny dyżur. Pierwszy gość od 20.00 do 2.00, a następny od 2.00 do rana. Kurcze, tuż przed wyjazdem do Łodzi nieprzespane noce można było policzyć na palcach jednej ręki. Nawet, jeśli miałem wartę, to mój staż wojskowy pozwalał na przesypianie większej części nocy. Zdarzało się nawet, że nikt nie wychodził nocą na posterunek. A tu tymczasem szykują się nieprzespane noce. Szybko okazało się, że dyżury te były dość rygorystycznie sprawdzane przez naszych dowódców. Jeden z nich, którego nazywaliśmy głównie z racji wieku Dziadkiem, a który później okazał się całkiem sympatycznym gościem – jak na trepa oczywiście – potrafił o godzinie 22.00 położyć się do łóżka kompletnie pijany, aby już o pierwszej w nocy świeżutki zameldować się na recepcji i sprawdzać nas.
Drugi trep, którego dla odmiany, z racji fizjonomii i mało obszernego mózgu, nazwaliśmy Plastusiem, okazał się zwykłym prostakiem i chamem. O ile z Dziadkiem można było załatwić wszystko, łącznie z wyjazdem do domu, to z Plastusiem, który tytułowany był tu komendantem ośrodka, nie można się było dogadać w żadnej sprawie. Był wredny i wulgarny. Jego ulubione powiedzenia to: „O kant dupy z taką robotą” oraz „pocałuj mnie w czubek …”. wyzywał nas od wszystkich intymnych części ciała. Na szczęście był dosyć podstarzały i zasób jego wulgarnych słów nie równał się tym, którymi operowaliśmy w kierunku jego osoby. Oczywiście za plecami. Kiedy się spił (a zdarzało się to często) przemawiał do nas mniej więcej tymi słowy: (Panie, dzieci, oraz co bardziej wrażliwi mężczyźni, zatykają oczy, będzie wierny cytat):
- Macie być, kurwa, posłuszni. Jak będziecie posłuszni, to będziecie mieli dobrze, kurwa. Obiecuje wam. Będziecie wyjeżdżać, będziecie ruchać!!! Tu zatrzymał się, takie zdziwienie wywołały w nim samym jego własne słowa. • Co nie będziecie ruchać? Będziecie! Ja wam to obiecuję.
Kochana żono, śpieszę ci donieść, że w tej materii, jak i w większości innych, komendant słowa nie dotrzymał. Na koniec przemówienia dodawał jeszcze grzecznie:
- Pamiętajcie, wobec wczasowiczów musicie wykazywać się grzecznością, ogładą i daleko idącą kulturą. Bo jak nie, to was zapierdolę, skurwysyny.
Przykry facet. Na początku jednak spotkało nas miłe zaskoczenie. Komendant zapytał nas czy mamy cywilne ubranie. Odpowiedzieliśmy mu mocno zdziwieni i zgodnie z prawdą, że nie mamy, więc on rozkazał nam pojechać do domu po cywilne łachy, bo tu jest przecież ośrodek wczasowy i nikt nie chce oglądać mundurów. Otrzymaliśmy przepustki i hajda do domu. Nawet trepi mają czasem dość mundurków. Jan pierwszy przywiózł swoje ubranie. Ponieważ był mniej więcej mojego kalibru (90 – 60 – 90) pożyczyłem od niego cywilizowany strój i odwiedziłem dom. Sprawdziła się wcześniejsza przepowiednia, że jak dobrze pójdzie, to prawie do końca wojska nie wyjmiemy mundurów z szaf.
315 dzień
Tymczasem nastały dla nas ciężkie czasy. Zamiast Eldorado – obóz pracy. Ciągle wynajdują nam różne prace: śmieci, trawniki, węgiel, pralnia. Jak młode wojsko. Dobrze, chociaż, że jedzenie mamy dobre. Możemy zjeść tyle, ile chcemy i w dodatku przy odrobinie szczęścia usiąść przy stoliku z jakąś sympatyczną kobietą. Niestety, nie możemy już oglądać telewizji wieczorem, co nam się zdarzało uczynić przez pierwsze kilka dni. Zaczynają nas programowo izolować od wczasowiczów.
320 dzień
Robi się już tragicznie. Zaczynamy rozmawiać między sobą o możliwości powrotu do Łodzi. Tu życie staje się nie do zniesienia. Komendant wydał zarządzenie, że mamy wykonywać swoje obowiązki tylko wtedy, kiedy nie ma wokół nas ludzi. To znaczy w środku nocy. Jesteśmy „niewidzialną ręką”. Sprzątamy śmieci o godzinie trzeciej w nocy, jemy posiłki na zapleczu kuchni, w ciągu dnia, jeśli zdarzy się nam wolna chwila (rzadko), nie wolno nam wychodzić z namiotu, pełna izolacja. Dżuma jakaś, czy co? Nie mogę sobie odmówić przyjemności strzelenia w nocy łopatą w opróżniony kosz na śmieci. Robi mi się wtedy na duszy cieplej. Raz w tygodniu mamy obowiązkowe plażowanie. Czy tego chcemy czy nie, w każdą środę między 12.00 a 14.00 wędrujemy z Dziadkiem na plażę i leżymy. Nie wolno nam wchodzić do wody, ani nawet ściągnąć dresów. To plażowanie to zresztą jedyna możliwość opuszczenia ośrodka (obozu). Wszelkie gry i zabawy sportowe kończą się dla nas w momencie wyczyszczenia i przygotowania boiska do siatkówki. Na telewizję i wideo nie mają szans nawet wieczorem ci, którzy akurat nie mają służby na portierni. Najgorsze są jednak ogniska. Proszę sobie wyobrazić ile czasu i sił zabiera przygotowanie ogniska dla 150 osób. Pół lasu wycięliśmy. Żeby je skutecznie zgasić, w środku nocy nosiliśmy wodę przez ponad dwie godziny. Trepostwo jest tak leniwe, że większości z nich musieliśmy wyszukiwać kijki do pieczenia kiełbasek. Dobrze, że nie potrzebowali już podcierania tyłków.
Niektórzy z wczasowiczów byli dość życzliwi dla nas, ale większość traktowała nas jak bezosobowe szmaty do sprzątania, zwłaszcza, co nas bardzo bolało, młode dziewczyny. Ale to przecież były trepowskie nasiona. Najlepsza była córka komendanta. Cały czas patrzyła na nas z wyższością, ale dobrze, że jej stary nie widział jak ona każdego wieczoru spotykała się z innym chętnym w swoim domku. Taka grzeczna panienka. Sytuacja na froncie była trudna, ale postanowiliśmy przetrwać ciężkie chwile i czekać na lepszy czas. Kończyło się lato i już docierały do nas plotki, że wkrótce mamy zostać w ośrodku sami, jako jego ochrona.
330 dzień
Sezon letni zakończył się. WDW – Wojskowy Dom Wypoczynkowy – „Prząśniczka” powoli pustoszeje. Za chwilę, naszymi silnymi rękami, przygotujemy ośrodek do głębokiego, zimowego snu.
Póki, co, wyjeżdżają ostatni wczasowicze, zostaje tylko nasza czteroosobowa załoga i dowództwo. Teraz nastąpi chyba jeszcze trudniejszy od poprzedniego, okres naszego pobytu. Zapowiada się ciężka praca. Rozpoczęliśmy gigantyczne porządki. Setki – może tysiące ręczników, kocy, szlafroków przeszło przez nasze ręce. Segregujemy to wszystko, ładujemy na ciężarówkę i wywozimy do wojskowej pralni w Koszalinie. Po kilku dniach obieramy kurs powrotny i wszystko względnie czyste układamy na półkach naszego magazynu odzieży. To będzie ten obiekt, którego będziemy dzielnie strzec przez najbliższe pół roku. Podobno trepi rozważali możliwość uczynienia z nas prawdziwych wartowników i wydania nam broni. Na szczęście zdrowy rozsądek wziął górę i zaniechali tego lekko szalonego pomysłu. Dzięki temu nie doszło do znanych z innych jednostek wojskowych przypadków kradzieży broni w czasie błogiego snu wartowników. No, u nas, to pewnie złodzieje mogliby w czasie naszego snu wyprowadzić kompanię czołgów, a nikt by się nie zbudził.
355 dzień
Jest druga połowa września. Przygotowaliśmy już nasz obóz harcerski do zimy. Jako stróżówkę, podarowano nam pokoik w betonowym bunkrze. Z przerażeniem myślimy o tym, jak zimno będzie tu w styczniu, albo w lutym. Budynek bez fundamentów, z ogromną dziurą w szybie okiennej, ze zdezelowanym piecem. W środku izby cztery łóżka, stolik i telewizor rodem z miasta Flingstonów. W drugim pokoju mamy kuchnio – stołówkę. Oczywiście bez żadnej kuchni gazowej czy lodówki. Rozumiemy, że to przecież wojsko, ale trochę dobrobytu zawsze by się nam przydało. Zresztą, brak lodówki wkrótce zaczęliśmy kwitować ironicznym uśmiechem. Zimą było tam tak zimno, że w kotłach zamarzała herbata, czy resztki pozostawionej zupy. Mieliśmy jedną wielką lodówkę. M i e s z k a l i ś m y w jednej wielkiej lodówce.
Jako łączność ze światem służył nam telefon wojskowy. Udawało się nam czasem dodzwonić do chłopaków w Łodzi. Trzeba było tylko rozszyfrować „głupio – tajne” wojskowe kryptonimy telefoniczne.
Łódź – to BRZOZA. Czułem się Janek Kos nadający z pędzącego Rudego 102: TU BURSZTYN, powtarzam. TU BURSZTYN – proszę BRZOZĘ, proszę BRZOZĘ. Marusia? Jak mnie słyszycie?
360 dzień
Dziadek wyjechał do Łodzi i zostaliśmy sami. Pierwsze dni przechodziły nam na leżeniu w łóżkach i smakowaniu wolności. Wkrótce jednak pojawiły się pierwsze kłopoty. Głownie z jedzeniem, a właściwie – z jego brakiem. Trzeba było je przynosić z sąsiedniej jednostki. To był spory kłopot. Należało bowiem podnieść się z wyrka, założyć moro i pójść pół kilometra do jednostki.
Początkowo podchodziliśmy do sprawy falowo i po jedzenie chodził oczywiście Jan, ale wkrótce Janowi „napykało”, chłopak się nam zbuntował i przestał chodzić. Cóż było robić? Po jedzenie musieli zacząć chodzić starzy. Właściwie robiliśmy to niemal wyłącznie ze względu na psy, które po okresie wyżerki w sezonie, kiedy to jadły szynkę na śniadanie, obiad, kolację i trzy dodatkowe przekąski, teraz bardzo ostro głodowały. Dostawaliśmy tylko cztery porcje (przez pewien czas udawało się nam oszukiwać, że w jednostkę mamy jeszcze czterech innych żołnierzy, potem, że jeszcze dowódcę, ale w końcu wszystko się wydało i zostaliśmy z czterema porcjami), a psy pozostawały bez prowiantu. Z tych czterech naprawdę małych porcji musieliśmy wykarmić siebie i dwa duże psy. Napychaliśmy je, więc chlebem z odrobiną sosu, rzadko wrzucając im jakiś większy kawałek mięsa. Właściwie to psy niemal przeszły na wegetarianizm. Czasem tylko Cygan zdołał upolować jakiegoś zagubionego i mocno nieostrożnego zająca w lesie.
374 dzień
Ponieważ mimo wszystko, w dalszym ciągu przebywaliśmy w wojsku, musiał nas ktoś, od czasu do czasu, kontrolować. Tym kimś był Dziadek, bo komendant pojawiał się sporadycznie, choć przecież biwakował na stałe ze swoją rodziną w niedalekim Kołobrzegu. Przyjeżdżał więc pan pułkownik na kilka dni do nas, sprawdzał czy żyjemy i co jeszcze zostało z ich ośrodka.
Któregoś pięknego dnia Dziadek postanowił nas zaskoczyć i przybył zupełnie bez zapowiedzi. Taki nieproszony gość. Ponieważ zjawił się u nas wcześnie rano, oczywiście nikogo nie zastał w dyżurce, nawet psy tej nocy miały jakąś imprezę u sąsiadów. Wściekł się okropnie, bo przecież musiał się przeprawiać przez płot, co dla siedemdziesięcioletniego faceta, nawet byłego oficera wojskowego, nie jest prostym i wdzięcznym zadaniem. Myśleliśmy, że nas, co najmniej rozstrzela, ale on chyba był mimo wszystko przyzwyczajony do takich sytuacji, bo sprawa rozeszła się po kościach. Przez te kilka dni musieliśmy troszeczkę posymulować pracowanie, a co najgorsze, wcześnie rano wstawać. Nie da się ukryć, że zupełnie zapomnieliśmy, że jesteśmy w wojsku. Na szczęście trwało to tylko kilka dni, a potem sytuacja wracała do normy. Dziadek wyjeżdżał, my odsypialiśmy stracone dni. Jednego się jednak nauczył po tamtej wizycie: nigdy już nie przyjeżdżał do nas bez zapowiedzi. Zawsze na kilka dni przed przyjazdem dzwonił z Łodzi, pytał, co słychać i dyskretnie sugerował, że może się u nas zjawić. Chyba ten desant przez płot zmusił go do zaniechania niezapowiedzianych wizyt.
376 dzień
Najtrudniejszą sprawą jest dla nas wyprawa do sąsiedniej jednostki. Leży ona hen za lasem, jakieś trzysta metrów od naszej siedziby. To taka w miarę prawdziwa jednostka liniowa, znacznie różniąca się od tej, którą zostawiliśmy w Łodzi. Tu, w Unieściu, trzeba oddawać honory (salutować) nawet sierżantom, gdy tymczasem w Łodzi, nawet na facetów w randze majora nie zwracało się specjalnej uwagi.
Kiedyś wracaliśmy z kolacją do ośrodka, było trochę ciemno, nie zwracaliśmy specjalnej uwagi na mijanych oficerów. Jeden z nich poczuł się urażony, wściekł się, minął nas, a potem ryknął na całe Unieście:
- Wróć, honory!
Po trosze zaskoczeni, a po trosze zdziwieni zatrzymaliśmy się, a on zaczął nas straszyć aresztem i innymi groźbami. W końcu zapytał skąd jesteśmy:
- Z Prząśniczki? A, to spierdalać.
powiedział nie bez żalu w głosie. Całe szczęście, bo kolacja zaczęła powoli stygnąć. Byliśmy nietykalni dla nich. Pod koniec służby to chodziliśmy po kolację nawet w kolorowych koszulkach pod niezapiętym moro i w adidasach. Tamtejsi żołnierze niespecjalnie nas za to lubili. Oni mieli znacznie trudniejsze warunki bytowania. U nich panował dość duży, przynajmniej jak nasze możliwości, rygor. Za to, że nas nie lubili dostawały się nam najgorsze kąski z i tak już marnych posiłków.
Te posiłki to był rzeczywiście kłopot. Po niezłym żarciu, jakie serwowała kuchnia Wojskowej Akademii Medycznej, a potem wspaniałej wyżerce latem w ośrodku, teraz to były porcje niemal głodowe. Porcje były małe i podłe. Nie było mowy o jakichkolwiek surówkach czy owocach, czy choćby jakiś ciastkach w niedziele. Codziennie kartofle i sztuka mięsa nazywana bardzo różnie, ale zawsze najbardziej przypominająca chleb panierowany w bułce. Nie lubiliśmy, więc chodzić do tej jednostki, traktując to, jako zło konieczne. Ciężko przychodziło nam zwlekanie się z łóżek, przebieranie się z dresów w moro i pięciominutowy marsz. Zwykle robiliśmy to tylko w sytuacjach awaryjnych, kiedy nie mieliśmy już nic do jedzenia dla psów, albo wtedy, kiedy do naszej zagubionej na mapie świata bazy przyjeżdżał w odwiedziny Dziadek. Wtedy nie było odwrotu. Kuchmistrze z jednostki nie mogli się nadziwić, cóż takiego ważnego wygoniło nas o szóstej rano po śniadanie. Nie było raczej sensu tłumaczyć, że Dziadek nie przeżyłby bez zupy mlecznej na śniadanie.
385 dzień
Późną jesienią życie w Wojskowym Domu Wypoczynkowym „Prząśniczka” zaczęło nam się okrutnie nudzić i dłużyć. Byliśmy skazani na nasz ośrodek. Do Koszalina nie wolno nam było jeździć, do Mielna nie było po co chodzić (brak pieniędzy), więc siedzieliśmy w pokoju gapiąc się w telewizor albo śpiąc. Próbowaliśmy coś zrobić z czasem, ale zabrakło nam ambicji na jakieś twórcze zajęcia, np. naukę języków obcych czy zbieranie grzybów. Próbowaliśmy, ale niestety, nad naszym ośrodkiem krążył duch wszechpotężnego „muła” i dlatego najlepszym sposobem na zabicie czasu było spanie.
Czasem wyrywałem się z tego marazmu i chodziłem z psami na plażę, codziennie też chodziłem do Mielna na pocztę. Nie zawsze były dla nas listy, ale zawsze można było mile spędzić czas na spacerze do miasteczka. Czasem też pisałem listy, także miłosne. Niektóre nawet wychodziły całkiem sympatycznie:
Jest noc. Kolejna, trzysta któraś noc. Księżyc w swej maksymalnej postaci toczy niezbyt równą walkę z mrokiem. Nie są w stanie pomóc mu w tej walce srebrzystobłyszczące gwiazdy, skutecznie przykryte warstwą ciężkich, ciemnych chmur. Nad światem zapanowało Królestwo Mroku. Dopiero nad ranem Zjednoczone Siły Natury, pod przewodnictwem wszechpotężnego Słońca, przywrócą światu blask. I znów ludzie będą mogli patrzeć sobie w oczy, będą mogli oglądać kwiaty, podziwiać kolorowe motyle. Gdzieś bardzo daleko, dalej niż w niejednej bajce, siedział na brzegu niewielkiego, niegdyś błękitnego morza, samotny człowiek. Ubrany był inaczej niż zamieszkujący te tereny tubylcy: odzienie miał koloru szarego, trzewiki brązowego, a przepasany był grubym, skórzanym rzemieniem, także brązowym. Na czapce, na wysokości czoła, widniała postać szykującego się do lotu królewskiego, białego orła. Nie był on tak do końca samotny. U jego boku siedział wierny towarzysz – pies rasy owczarek germański. Człowiek ten siedział na jednej z wydm wsłuchując się w szum morskiego wiatru. A było, czego słuchać. Wiatr, niczym operowy śpiewak, przedstawiał swoje pieśni, a fale morskie prezentowały swoje arie. Wydawać by się mogło, że wspólnie pragną zniweczyć ciszę tej wrześniowej nocy. Lecz któż mógł wiedzieć, że choć wzrok jego tkwił na świetlnym punkcie morskiej latarni, to myśl jego, przeto błądziła gdzieś daleko stąd, z dala od morskich bałwanów czy ciemnej tafli morza. Myśl jego, niczym śmigłowiec, błądziła nad pewnym miastem. Nie potrafił wytłumaczyć sobie, co takiego dzieje się z nim, że potrafi myśleć tylko o TYM, że każde jego słowo, każdy jego gest i każdy czyn torpedowany jest myślą o TYM. Szukał prostych słów, aby nazwać to dręczące go COŚ, ale nie mógł ich znaleźć. Zapewne, gdyby był Anglikiem zapytałby Is this love? Ale ponieważ jest Polakiem, języki obce są mu obce i nie bardzo wiedział, co te słowa znaczą, to o nic nie zapytał. Dlatego też, aby ukoić duszę i uspokoić myśli, siadał do stołu i pisał. Dużo i długo pisał. Pisał bzdury. Wiedział o tym, ale pomimo tego, ciągle pisał, bo to był dla niego jedyny ratunek. Czasami pozwalano mu spać. Wtedy szybko przykładał głowę do poduszki i prawie natychmiast pod powiekami ukazywał mu się pewien obraz, którego wprawdzie nie rozumiał, ale który wydawał mu się znajomy. Widział kontury jakiś gór, potem drzewa, dużo drzew, pewnie las i zarysy drewnianej chatki. Dalej zarysy strychu i to było wszystko. Pustka, mgła. W tej mgle czuł jedynie zapach siana i dotyk czyjejś dłoni. Dwie rzeczy, które zostały z nim do teraz. Tak bardzo chciałby widzieć to częściej, ale nie pozwalają mu dużo spać. I znów, gdyby był Anglikiem, to nazwałby to: Another day in paradise, ale ponieważ jest Polakiem, języki obce w dalszym ciągu są mu obce i nie bardzo wie, co te słowa znaczą, więc nie nazwał tego wcale. Nie nazwał, lecz zapamiętał na zawsze.
390 dzień
Jan zapałał wielką, niestety nieodwzajemnioną miłością do …telewizora. Właściwie to była już choroba, wręcz obsesja. Budził się codziennie o siódmej rano i zanim otworzył na dobre oczy, po omacku wciskał guzik telewizora. Odbiornik był przestarzały, ale i tak zaczynał funkcjonować szybciej od Jana. Gdzieś po godzinie Jan przystępował do konsumpcji programu telewizyjnego. Na szczęście w owych czasach niespecjalnie rozbudowanego i właściwie korelującego z możliwościami starego telewizora produkowanego na radzieckiej licencji. Był w tym niezmordowany. „Łykał” wszystko, co serwowała Telewizja Polska. A więc wszystkie filmy, wszystkie dzienniki, wszystkie dobranocki, przez programy dla rolników, nocne rozmowy z anonimowymi alkoholikami, aż po narodowy hymn i pełen tajemniczości obraz kontrolny.
Jego ulubionym programem, czym absolutnie nie odstawał od milionów szczęśliwych mieszkańców krainy między Odrą a Wisłą, był serial „Dynastia”. Z zapartym tchem śledził zmagania krwiożerczej Alexis z rodziną dobrodusznych, aczkolwiek odrobinę zbyt bogatych, Carringtonów. Bardzo się przy tym podniecał, stając się wzorcowym modelem widza bez końca zaangażowanym w losy swoich telewizyjnych bohaterów. Jego typowe reakcje przy oglądaniu tego serialu, to: „Ty Dziwko, ty k…o! Jakbym cię dorwał w swoje łapy, to…” Nasz kolega chyba niezbyt wyraźnie dostrzegał, albo też może mu się już zwyczajnie zatarła, tę subtelną różnicę między prawdą ekranu a prawdą świata, w którym przyszło nam żyć.
Niemniejsze emocje budziły u niego dobranocki. Szczególnie nieszczęśliwy był w sytuacji, kiedy mocno przestarzały i zdecydowanie zbyt często w ostatnim czasie eksploatowany odbiornik lampowy, odmawiał posłuszeństwa okazując swoje niezadowolenie, z powodu zbyt długiej pracy i zbyt krótkich odpoczynków, migającymi paskami obrazu. Każdy szczęśliwy posiadacz radzieckich telewizorów wie, że jedynym sposobem na pobudzenie skomplikowanego urządzenia do życia, było danie mu odpoczynku. Ale Jan nie poddawał się. Nie mógł przecież pozwolić sobie na uronienie choćby jednego filmowego wątku, na przegapienie choćby jednej części dobranocki z małą pszczółką w roli głównej, czy wreszcie fascynującej rozmowy między tymi, co piją i tymi, co też piją, choć nie powinni. Włączał więc i wyłączał go na kilka chwil, aż dochodziło do sytuacji, że zbuntowany odbiornik działał poprawnie tylko przez kilka sekund. Wtedy przebiegły Jan wpadł na pomysł uwalniający go od ciągłego wstawania, podchodzenia do telewizora i pstrykania (nie trudno zauważyć, że nie byłoby tej fascynującej opowieści, gdyby działo się to wszystko w epoce PILOTÓW telewizorowych). Siadał na krześle nie dalej niż dwa metry od ekranu i przy pomocy długiego kija, jeszcze przed chwilą stanowiącego jedną, ale za to bardzo integralną część miotły, kontynuował pstrykanie. Pstryk, pstryk, „Tę pszczółkę, którą tu widzicie, zowią …, pstryk, pstryk „Zapraszamy Państwa na kolejne wydanie Wiadomości” … pstryk, pstryk „Jeszcze Polska nie zginęła”, PSTRYK, PSTRYK.
391 dzień
Do towarzystwa, a właściwie do wykarmienia, pozostawiono nam dwa psy. Młodego owczarka, czarnego, o wyszukanym pseudonimie Cygan i starą sukę, tej samej rasy – Dianę. Diana była już bardzo stara. Liczyła sobie podobno kilkanaście lat, pozbawiona była już wielu zębów, a jej tylne łapy odmawiały jej już praktycznie posłuszeństwa. Mimo tego jej tubalny, gardłowy głos, robił na nieznajomych wrażenie, zwłaszcza w ciemnościach. Cygan był sympatycznym pieskiem. Wyglądał na groźne stworzenie, ale w gruncie rzeczy był bardzo przyjazny. Kiedy wszedłem pierwszy raz do jego zagrody, aby go nakarmić, wydawało mi się, że będę go się bał, ale później zaprzyjaźniłem się z nim i z Dianą i często wspólnie chodziliśmy na plażę. Podziwiałem go za jego szybkość. Biegał gdzieś daleko po plaży, a potem na moje wołanie biegł niesamowicie szybko kilkaset metrów z podkulonymi uszami. Był naprawdę super szybki. Jego kulminacyjnym wyczynem było upolowanie w lesie zająca. Nie znam się na psach, ani tym bardziej na zającach, ale wydaje mi się to dużym wyczynem. Szkoda mi ich było, kiedy głodne wpatrywały się w nasze okno. Niestety, niewiele mogliśmy im ofiarować. Te psy to były bez wątpienia najwierniejsi towarzysze, jakich miałem w armii. Nie wiem jak traktowali te zwierzęta nasi następcy, ale już w Łodzi doszły nas słuchy, że oba psy zdechły. Diana ze starości, a może z głodu, a Cygan skończył jeszcze marniej. Podobno otruł się, albo ktoś otruł jego. Z całą pewnością wynikało to z głodu, z poszukiwania pożywienia za wszelką cenę, w różnych podejrzanych miejscach. Winę za to ponoszą ci, którzy pożałowali grosza na zaprowiantowanie psów. Szkoda, zawsze marzyłem o tym, żeby mieć psa i właśnie w wojsku spełniły się, po części, moje marzenia.
394 dzień
Któregoś dnia spaliśmy sobie jak zwykle smacznie. Była gdzieś tak godzina 14.00, Przemek i Tomek spali na amen, a ja podniosłem głowę znad poduszki i … zobaczyłem w drzwiach jakiegoś wysokiego rangą oficera. Spojrzał na moje zaspane oblicze, kiwnął głową, że niby: Dzień Dobry! I powiedział: Przepraszam!. Nie wiem, kto to był i tym bardziej nie wiem, czego u nas szukał, ale musiał był pewnie troszkę zdziwiony tym, co zobaczył. Wchodzi do, jakby nie było, wojskowego ośrodka, popołudnie, żadnej warty, żadnych psów (znowu impreza w sąsiedztwie), żadnych pilnujących. Wszedł sobie spokojnie do naszego budynku i zobaczył …trzech śpiących rycerzy. Musiał być bardzo mocno zdziwiony, bo jakoś wcale nie zareagował.
397 dzień
Dzień mieliśmy zorganizowany bardzo precyzyjnie, ale monotonnie. Właściwie prawdziwa trudność opisania go polega na tym, że nie bardzo można ustalić gdzie jest jego początek. Więc na potrzeby tych wspomnień przyjmijmy, że początek jest wtedy, kiedy się wstaje. A więc wstawaliśmy przeważnie o 14.00 – 15.00 (nasz rekord to 16.00). To znaczy ja starałem się wyłamać z tego letargu i wstawałem około 10 -11, szedłem na pocztę do Mielna. Kiedy wracałem, po trzech godzinach, Jan oswajał telewizor, a Gębusia i Tomek jeszcze spali. Kiedy już udało się nam wstać, to właściwie zaczynały się powolne przygotowanie do… snu. A więc mycie w misce, przygotowanie jakiegoś posiłku, od czasu do czasu wyprawa do jednostki po obiad, albo czasami po kolację. Potem znowu do łóżek. W łóżkach zaczynało się nasze nocne życie, oglądanie telewizji, (jeśli Jan nie zamęczył jeszcze telewizora), a przede wszystkim długie dysputy, nad podziw ciekawe. Poruszaliśmy bardzo głębokie tematy filozoficzne, egzystencjalne i inne. Dyskutowaliśmy o kobietach, ale także, o końcu świata, o życiu pozagrobowym, o Bogu. Trwało to zwykle do wczesnych godzin rannych. Potem był sen do 14 – 16 i… zaczynał się nowy dzień.
Najgorsze było załatwianie potrzeb naturalnych. Toalety w naszym domku nie było, a wychodki polowe stały na drugim końcu obozu. Zresztą korzystanie z nich, zwłaszcza przy siarczystym mrozie, nie należało do przyjemności. Te mniejsze potrzeby jakoś załatwialiśmy. Otwierało się drzwi od budynku, stawało się w progu, każdy wyciągał z piżamy to, co tam miał i zaczynało się bicie rekordu świata w siusianiu na odległość. Znacznie gorzej było z tymi poważniejszymi potrzebami. Radziliśmy sobie różnie. Tomek Makowiecki miał tak poważne uprzedzenia do polowej toalety, że jego organizm blokował się i wstrzymywał wydalanie ubocznych produktów przemiany materii do czasu wyjazdu do domu. To niesamowite, ale on przez dwa tygodnie, od czasu powrotu z urlopu, aż do następnego wyjazdu, po prostu nie załatwiał się.
Czasem dla odmiany przechadzaliśmy się po ośrodku, jeździliśmy rowerem, spacerowaliśmy po pustej plaży, biliśmy rekordy w długości skoku z huśtawki, albo czytaliśmy książki. Niestety, przy tej ostatniej czynności uaktywniał się wszechpotężny m u ł i… było po problemie.
400 dzień
Raz w miesiącu musieliśmy udać się do jednostki w jeszcze jednym celu. Po żołd. Odbieraliśmy te marne, wojskowe grosze i biegliśmy do Unieścia, do knajpy. Mieliśmy taką upatrzoną sympatyczną knajpkę, gdzie żołd zwykle wystarczał nam na dwie wizyty zakończone konsumpcją lodów, skromnego obiadu i lampki, czasem dwóch, wina. Niekiedy Tomek z Gębusią chodzili do Mielna do takiej trochę lepszej knajpki, gdzie były młodsze i ładniejsze kelnerki i… dwa razy wyższe ceny. Ponieważ obaj raczej nie grzeszyli nadmiarem waluty, więc zwykle wizyta ograniczała się do tęsknych wzruszeń i spojrzeń na zupełnie niewzruszone panie kelnerki.
407 dzień
Tomek Makowiecki ma ojca, który jest sierżantem w wojsku i zakotwiczył się gdzieś w okolicy magazynu z żywnością. Nie było więc dla Tomka wielkim problemem załatwienie dziesięciokilogramowej torby kisielu porzeczkowego. Niestety, nawet najlepsze z czasem się przejada i wkrótce mieliśmy serdecznie dość kisielu. Po prostu wymiotować nam się chciało na jego widok. Zdecydowaliśmy, że spróbujemy przyrządzić b u d y ń. Problem był jedynie jak to zrobić. Nie mieliśmy bowiem żadnego urządzenia do gotowania, nie licząc grzałki i buzały, czyli szalonego urządzenia sporządzonego z kabla oraz dwóch żyletek, względnie brzeszczotu, czyli małej piłki do metalu.
Z kiślem sprawa była dosyć prosta: gotowało się wodę grzałką, mieszało proszek z odrobiną wody. Kiedy woda była zagotowana, wyjmowało się grzałkę, błyskawicznie wlewało płynną esencję kisielu i energicznie mieszało. Goniąc uciekającą energię cieplną, doprowadzało się produkt do stanu odpowiedniej gęstości. Niewielkie niedogotowanie nie stanowiło wielkiego problemu. Najwyżej kończyło się rozwolnieniem. Z budyniem był jednak problem. Należało przecież zagotować mleko. Postanowiliśmy zaryzykować. Włożyłem grzałkę do garnuszka, wlałem mleko i czekam. Czekanie okazało się jednak zbyt długie, więc postanowiłem użyć buzały. To był przełomowy moment tego wieczora. Nie wziąłem pod uwagę struktury chemicznej mleka i tego, że będzie się ono okrutnie lepiło do brzeszczotu. Z początku było w porządku, ale już po chwili mleko zaczęło ostro dymić, śmierdzieć, aż wreszcie autentycznie …zapaliło się. Szok. Czy ktoś widział kiedyś płonące mleko? Płonące siodła, owszem, ale mleko? Potem to jeszcze pamiętam tylko kupę dymu, ogromny huk, a następnie całkowitą ciemność i brak prądu w całym Unieście, aż do rana. Po tej niezbyt udanej próbie zaniechaliśmy prób ugotowania budyniu. Zostaliśmy zmuszeni do przeproszenia kisielu.
408 dzień
Dostaliśmy cynk z Łodzi, że wybiera się do nas z wizytą Dziadek. Należało, więc zorganizować odpowiedniej rangi komitet powitalny. Ponieważ od kilku dni sypie śnieg, a my oczywiście nie wyściubiamy z naszych względnie ciepłych nor nosów, doszliśmy do jedynie słusznego wniosku, że należy odsypać główne trakty drogowe ośrodka, a potem wydeptać wokół ścieżki codziennych, sumiennych, patroli. Przez dwie godziny, krok po kroku, deptaliśmy dróżki, po których, jakoby nie patrząc na straszliwe zamiecie, patrolowaliśmy nasz obiekt. Wszystko po to, aby Dziadek, tym razem był zadowolony z pilnujących ośrodka wartowników. Ktoś z nas zorganizował budzik i tego właściwego dnia zarządziliśmy pobudkę o obrzydliwie wczesnej porze. Kwadrans później, piętnaście po piątej, w ogromnych bólach, bo przecież capstrzyk ogłosiliśmy ledwie trzy godziny wcześniej, ciepło ubrani, na zmiany czatowaliśmy przy bramie. Wreszcie, po kilkunastu minutach oczekiwania z mroku wyłoniła się znajoma sylwetka naszego przełożonego. Był niesamowicie szczęśliwy, kiedy nas zobaczył. Pewnie w swojej przydługiej, wojskowej służbie, nie spotkał jeszcze tak sumiennych wartowników. Oj, przypunktowaliśmy tego dnia, oj bardzo.
410 dzień
Któregoś dnia wracałem z regulaminowej przepustki, a Przemek i Tomek mieli pilnować ośrodka. Jan pojechał do domu, a ja spotkałem pod bramą wjazdową komendanta. Ale wpadka! Zastanawiałem się jak długo może pod tą bramą już czekać i gdzie zginęli moi koledzy. Plastuś nie miał w sobie tyle ikry, aby przeskoczyć przez płot, więc stał pod płotem. Przywitałem się z nim i oczywiście udawałem, że nie orientuję się w tym, że ośrodek jest pusty. Tłumaczyłem mu, że chłopaki są na pewno w środku i zaraz ich zawołam. Przeskoczyłem przez płot i zastanawiam się, jaką wersję zniknięcia żołnierzy wybrać. Przecież nie powiem mu, że siedzą gdzieś w Mielnie w knajpie i przepijają smutną, żołnierską dolę. Na moje ( i komendanta też) wybawienie, po chwili zobaczyłem ich przemykających cichaczem pod płotem. Knajpa była tego dnia nieczynna, więc wrócili wyjątkowo wcześnie i wyjątkowo trzeźwi. Mieliśmy farta.
415 dzień
Dziś mieliśmy przyjemność doświadczyć zdarzenia niemal mistycznego. A z całą pewnością artystycznego. W czasie letniego sezonu jednym z naszych żołnierskich zadań było przygotowanie gałęzi, kijów, potrzebnych wojskowym turystom do pieczenia nad ogniem kiełbasek. Codziennie musieliśmy zbierać te gałęzie. odkładaliśmy je na stertę za płotem. Po skończonym sezonie została wielką, wysoka na kilka metrów, pryzma. I kiedy dziś, w czasie spaceru wokół ośrodka, natknęliśmy się na tę stertę gałęzi – zaniemówiliśmy. Trzech dorosłych facetów, z rozdziawionymi gębami wpatrywało się w lodowy pałac z bajki. Wszystkie gałązki, te mniejsze i te większe, pokryte były cieniutką warstwą lodu. Wszystko razem tworzyło przepiękną lodową mozaikę. Cudowny widok. A wziął się stąd, jak później sprawdziliśmy, że w pobliżu tej sterty gałęzi przechodzi wodociąg i w czasie ostatnich mrozów jedna z rurek pękła. Ale pękła ta delikatnie, że w powietrze unosiła się cieniutka, delikatna mgiełka wodna, która regularnie, krok po kroku. pokrywała wszystkie gałązki.
Przepiękny widok. Niestety, to były czasy przedsmartfonowe i w żaden sposób nie mogliśmy tego cudu uwiecznić. Został jednak w mojej pamięci i tkwi jako jeden z najpiękniejszych, jakie w życiu widziałem…
420 dzień
Zbliża się Boże Narodzenie.
Tak jakoś wyszło, że spędzę je w Unieściu. Przyzwyczaiłem się już do faktu, że wszystkie święta spędzam w koszarach. Dwa razy Wielkanoc i dwa razy Boże Narodzenie spędziłem na warcie lub w ośrodku w Unieściu. Postanowiliśmy z Janem zorganizować jakąś tradycyjną choinkę. Długo szukaliśmy odpowiedniego drzewka, tak jakby na całym zachodnim wybrzeżu Bałtyku nie rosła żadna przyzwoita choinka, ale w końcu wpadło nam w oko jedno, nieduże drzewko. Kilka minut pracy siekierą i choinka znad plaży znalazła się w naszym pokoju. Przyozdobiliśmy ją, czym się dało … i można było świętować. Nasze święta polegały na tym, że ja poszedłem do kościoła w Mielnie na pasterkę, a Jan zjadł tego dnia dwa razy więcej kiełbasy i choć to wydaje się niemożliwe, spędził dwa razy więcej czasu przy telewizorze. Takie to były święta. Gębusia i Tomek po powrocie z domu pochwalili naszą choinkę, wyrażając jednak zdziwienie, że jeszcze nie spotkali się z … choinką – sosną…
425 dzień
Nasze psy okrutnie głodują. My jeszcze jakoś ratujemy nasze żołądki prowiantem przywiezionym z domu. Ja przywożę jakieś kompoty i przetwory, Gębusia przeważnie wielkie pokłady miodu z Barcina, Tomek przywiózł od ojca – wojskowego wielki, dziesięciokilogramowy worek kisielu porzeczkowego, a Jan od wujka – księdza zaopatruje nas w zachodnią kiełbasę. Gorzej z psami. Ich porcje są znikome. Napychamy im żołądki głównie ziemniakami i chlebem. Dzielimy nasze skromne porcje obiadowe na dwie dodatkowe części, ale nie ma tego dużo. Kiedy przynosimy jedzenie do ośrodka, one towarzyszą nam od samej bramy. Później wpatrują się przez szybę do naszego pokoju. Tych ich niesamowitych spojrzeń chyba nie zapomnę do końca życia. To były oczy głodujących. Psów wprawdzie, ale głodujących. Swoją drogą to było barbarzyństwo pozostawić dwa dorosłe owczarki niemieckie bez jakiegokolwiek zaprowiantowania.
426 dzień
Dziś głód pociągnął Cygana do desperackich czynów. Spotkał w lesie zająca i postanowił go upolować. Przez blisko pół godziny byłem świadkiem jak w naszym psie obudził się zew natury i usiłował upolować obiad. Złapać dorosłego zająca w lesie, między drzewami, jest chyba trudną sztuką dla zwykłego, domowego psa, ale głód był tak dokuczliwy, że Cygan złapał tego szaraka … i go zjadł. Nie od razu, bo nawet w dżungli są jakieś prawa, szanuje się księżniczki i dlatego pierwsza do uczty przystąpiła Diana, która przede wszystkim z racji wieku, nie mogła uczestniczyć w walce. Niesamowity był ten pisk zagryzanego zająca. Do złudzenia przypominał płacz małego dziecka.
460 dzień
Zniknął nam Gębusia. To znaczy wyjechał na przepustkę i tradycyjnie już miał kłopoty z powrotem na czas. Tym razem nie było już go kilka dni. To było, co najmniej nie fair wobec nas, bo przecież blokował wyjazd jednego z nas. Co gorsza, zaczęły przychodzić wieści, że szykuje się powrót do Łodzi. Dzwoniliśmy do domu, do jego rodziców, ale nikt tam nie wiedział gdzie przebywa dezerter. Po kilku kolejnych dniach nerwowego oczekiwania, postanowiliśmy z Tomkiem, że zadzwonimy do Łodzi i powiadomimy dowódców. W końcu nie było dalej sensu nadstawiać tyłka za sukinsyna. Na szczęście dla niego, nie zdążyliśmy. Gębusia się odezwał. Zatelefonował do nas z jakiejś imprezy, bodajże w Słupsku. Zaczął nas przepraszać i tłumaczyć się:
- Chłopaki, sorry, ale, kurwa, taka impreza!
W ogóle nie docierały do niego nasze tłumaczenia, że wkrótce wracamy do Łodzi. Miał szczęście. Nasz powrót opóźniono o tydzień, a on zjawił się w Unieściu dwa dni przed przyjazdem po nas Dziadka. Zjawił się, a chwilę potem …odebrał nagrodę dowództwa jednostki dla najbardziej zasłużonego z naszej czwórki strażnika wojskowego ośrodka w Unieście. Oto całe wojsko!
482 dzień
Nasz pobyt w Unieście dobiega końca. Pora wracać do macierzy. Sprawdziła się przepowiednia, że przez pół roku nie założymy mundurów, co teraz sprawiło nam sporo kłopotów. Mundury wyjęte z dna odległej i zapomnianej zupełnie, starej szafy, okazały się… za ciasne. Czyżby skurczyły się od mrozu?
483 dzień
Kończymy wczasy. Ojczyzna stawia nam nowe zadanie, a właściwie należałoby powiedzieć, że rezygnuje z naszych usług. Długo odraczony powrót do Łodzi jest już przesądzony. Przyjechał Dziadek i przywiózł ze sobą oficjalny rozkaz. Trochę żałujemy, że nie uda się wyciągnąć jeszcze kilku dni, ale przecież i tak siedzieliśmy tu dłużej niż mogliśmy z początku przypuszczać. Całe pół roku. Kiedy nasi koledzy męczyli się w Łodzi, my mieliśmy wczasy. Trochę w tym przesady, bo momentami to my na pewno mieliśmy gorzej od nich. W każdym razie nasz czas dobiegł końca. Pora wracać. Pożegnanie było miłe. Wyciągnęliśmy z szafy przyciasne, sześć miesięcy nieużywane mundury (właściwie to one były zupełnie za ciasne) i stanęliśmy na ostatnim apelu po… nagrody. Dostałem coś symbolicznego, nie pamiętam. Oczywiście system nagród był tak samo „sprawiedliwy” jak całe wojsko. Najwyżej został oceniony ten, który najwięcej olewał, którego najczęściej w „Prząśniczce” nie było, czyli … Gębusia. Ale do tego zdążyłem się już przyzwyczaić. Wojsko na pewno nie jest miejscem, gdzie należy doszukiwać się sprawiedliwości. Po wręczeniu nagród przyszła pora na awanse.
Zostałem mianowany decyzją Komendanta Wojskowej Akademii Medycznej, na wniosek dowódcy jednostki, do stopnia starszego szeregowego Wojska Polskiego.
Ten zaszczytny i absolutnie niezasłużony awans nie wzbudził we mnie odpowiednich do rangi wydarzenia emocji. Po prostu olałem to. Nie chciało mi się nawet przyszywać do pagonów belki. Zrobiłem to dopiero w Łodzi, kilka dni przed wyjściem do cywila. Musiałem oddać mundur. Dziadek łaskawie zezwolił nam na przedłużenie powrotu o parę godzin. Zdecydowaliśmy po drodze zahaczyć o Barcino, czyli miejsce gdzie mieszka Przemek Gębusia. Najpierw wstąpiliśmy do miejscowej knajpy na jakąś przekąskę suto okraszoną piwem, a potem odwiedziliśmy dom rodzinny Gębusiów. Przyjemnie było. Nakarmieni i napojeni powróciliśmy do macierzystej jednostki. Zostało nam czterdzieści kilka dni do cywila. Chyba damy radę…
485 dzień
Żadnych powitalnych komitetów koledzy nam oczywiście nie urządzili. Nie liczyliśmy zresztą na to, ale spodziewaliśmy się trochę więcej sympatii. Nie wiem czy mieli nam za złe, czy zazdrościli pobytu w Unieście, ale takie mieliśmy odczucia. To dziwne, bo przecież przed naszym wyjazdem trzaskaliśmy jedną wartę za drugą, a oni w większości byli już nieźle poustawiani. Znowu zrodził się podział na: my i oni. Znowu gubił nas brak solidarności grupowej. Ale to nic, jakoś to przeżyję. Tylko trochę przykro, kiedy dopiero nakaz dowódcy sprawia, że znalazło się w pokoju jakieś miejsce do spania.
Chyba najbardziej denerwował naszych znajomych fakt, że nam po powrocie z Unieście nadal przysługiwał niewykorzystany urlop okolicznościowy. Ale to przecież normalne. Unieście było służbą, a teraz należał nam się urlop. Zdecydowaliśmy, że najpierw pojedzie Tomek i Przemek, a po ich powrocie pojadę ja. Oczywiście złośliwie wsadzili mi służbę podoficera dyżurnego kompanii. Takiej fuchy jeszcze wcześniej nie miałem. Wszyscy wokoło piją, a ja jestem odpowiedzialny za całą kompanię. Jakoś to przeżyłem. Musiałem tylko od kogoś pożyczyć płaszcz do munduru, bo w moim jakoś nie bardzo się mieściłem. Miałem z tym trochę kłopotów, ale jakoś znalazłem.
495 dzień
Urlop. Niesamowite, ale na miesiąc przed wyjściem do cywila jadę jeszcze na trzy tygodnie urlopu. To już naprawdę ostatnie chwile w wojsku. Spędziłem ten czas spokojnie, myślałem, że spędzę pierwsze od dwóch lat święta w domu, ale stało się inaczej. Przypadkowo zadzwoniłem do jednostki i dowiedziałem się, że muszę zjawić się koniecznie w świąteczną niedzielę, gdyż Marek Penk przewidział moją skromną osobę do służby. No i stało się tak, że wszystkie święta spędziłem na warcie. Dwa razy Boże Narodzenie, dwa razy Wielkanoc z karabinem na plecach. Wszystko to jednak było do przeżycia, jeżeli ma się świadomość tak bliskiego wyjścia do cywila.
515 dzień

520 dzień
Dziś Marek Penk zdradził nam długo oczekiwaną tajemnicę: nadszedł rozkaz wysyłający nas do cywila!
Właściwie nic nam już w tym momencie nie groziło. Oczywiście straszono nas, że w razie jakiejś poważnej wsypy grozi nam dosługa, ale to była tylko teoria. Zbyt wiele dróg trzeba byłoby przejść, aby cofnąć decyzję, która przyszła, bądź, co bądź, od szefa sztabu wojewódzkiego. My to wiedzieliśmy i dlatego z lekkim przymrużeniem oka przyjmowaliśmy straszenie naszych dowódców. Zresztą nie było z nami specjalnych kłopotów. Tradycyjnie alkohol, choć nie w przesadnych ilościach pomagał nam weselej przeżyć te ostatnie dni. Zaczęliśmy już kompletować wyposażenie, które za kilka dni będziemy musieli zwrócić ojczyźnie, a które ona przekaże naszym następcom. Odbywa się to również tradycyjnie, a więc na „pożyczaniu” od młodszych kolegów. Tylko w naszym wykonaniu odbywało się to w trochę bardziej cywilizowany sposób, głównie perswazją. Ćwiczyliśmy nasze gardła śpiewając równie tradycyjne pieśni:
Nalewaj bracie w kielichy wina, Może pijemy ostatni raz.
Bo za dni parę pociągi ruszą I do cywila powiozą nas.
Miałem ja mundur dopasowany, A wokół niego parciany pas.
Lepszy w cywilu łach potargany, W cywilu milej upływał czas.
Uciechą dla nas była przepustka I bez alarmu przespana noc.
W kieszeni zawsze świeciła pustka, Spać było zimno-szef zabrał koc.
A gdy cię zdradzi luba dziewczyna, To nie rozpaczaj i nie roń łez.
W gronie kolegów napij się wina, A rozpacz płynie w rozbitym szkle.
Więc pijmy szczerze bracia żołnierze, Niech nasze serca giną we mgle
My odejdziemy, nikt się nie dowie, Czy było dobrze, czy było źle.
A gdy będziemy już cywilami, Szklankami wódkę będziemy pić.
Kochać mężatki, całować panny, Po cywilnemu będziemy żyć
523 dzień
Mam dziś służbę. Podoficer dyżurny kompanii.
Mogłem odmówić. W końcu to cztery dni do cywila, ale co tam. Prosili, to założę po raz ostatni mundur wyjściowy i zamelduję: Podoficer dyżurny Drugiej Kompanii Ochrony Wojskowej Akademii Medycznej, starszy szeregowy Gramann…
Miałem pecha, bo akurat trafiłem na wnikającego oficera, a moi falowi koledzy postanowili się dziś zabawić całą paczką na mieście. Przed wyjściem prosiłem ich bardzo, aby wrócili na czas do jednostki, bo oficer będzie sprawdzał kompanię. Oczywiście nie łudziłem się, że wrócą na czas, mimo solennych zapowiedzi, jakie składał zwłaszcza Piotrek Łącki. Wieczorem, pięć minut przed capstrzykiem, byłem przekonany, że będzie jednak afera i skończy się zapewne tak, jak w przypadku naszych dziadków, kiedy parę miesięcy temu wychodzili do cywila. Dowódca jednostki musiał ich osobiście odbierać z garnizonowego aresztu, gdzie zostali zgarnięci całą, kilkunastoosobową grupą, po nieudanym ataku na radiowóz żandarmerii. Tymczasem na dole budynku usłyszałem głośne krzyki i śpiewy pijackie. To wracała z miasta Jesień’89!
Niesamowite, wrócili pijani, ale na czas. Tak, jak obiecali. Okazało się jednak, że prawdziwe kłopoty zaczną się dopiero z ich powrotem. Najpierw Jurek Szymański stłukł na korytarzu piwo, które tak dzielnie niósł przez całe miasto za paskiem spodni. Nie upadło mu, kiedy przeskakiwał przez płoty, a zgubił je już na korytarzu kompanii. Potem swoje show zaczął Piotr Łącki, jak zwykle najbardziej rozochocony do zabawy, po wypiciu połowy piwa. Tak nieszczęśliwie „podawał” koledze klucze od pokoju, że stłukł lampę i jarzeniówkę na korytarzu. Następne pół godziny zajęło nam poszukiwanie jarzeniówki do wymiany. Kiedy wreszcie wydawało się, że sytuacja została względnie unormowana, znowu w roli głównej wystąpił Łącki. Poszedł się myć do łazienki i… stłukł szybę w oknie. Poważna sprawa. Należało działać błyskawicznie. Zadecydowaliśmy, że „pożyczymy” całe okno od naszych sąsiadów z dołu, podchorążych. Okazało się, że to nie jest takie proste. Należało przecież niepostrzeżenie pojawić się w łazience, czemu na pewno nie sprzyjała obecność tamtejszego podoficera. Na szczęście w obliczu niebezpieczeństwa wszyscy błyskawicznie wytrzeźwieli. Sprawność umysłu była w tej sytuacji wskazana, a zgrane działanie mogłoby zaskoczyć niejednego z naszych dowódców. Udało się nam przemknąć z naszym oknem do ich łazienki i wśród hałasów i trzasków zdjąć okno i niepostrzeżenie przenieść do naszej łazienki. Niestety! Nie pasowało do naszych zawiasów. Ot, mały niestandard. Trzeba było zorganizować kolejną wyprawę na dolne piętro, po nowe okno. A więc znowu udało się przedostać do łazienki wroga, ustawić fatalne okno, ale nadchodzący „bażant” spłoszył całe towarzystwo. Teraz sytuacja była całkowicie beznadziejna. U nas była dziura w futrynie, a u nich pod ścianą stały dwa okna. Na szczęście podchorążowie, przynajmniej ci, którzy u nas mieszkali, nie byli zbyt bystrzy. Po kolejnej godzinie „zdobyliśmy” inne okno, które łaskawie zechciało zająć miejsce w naszej łazience. Nachodzący oficer dyżurny nie pozwolił nam na zakończenie akcji i wstawienie dwóch okien w łazience „bażantów”. Pan oficer mógł spokojnie skontrolować kompanię.
To była moja ostatnia służba w Wojsku Polskim. Jak całe moje wojsko, była pełna przygód, ale na szczęście skończyła się szczęśliwie.
524 dzień
Od dziś kapitan Smusz, nasz dowódca, nocuje z nami na kompanii. Taki przepis. Kiedy jakaś fala szykuje się do wyjścia do cywila, to dowódca spędza z nimi noc, aby zapobiec zbytniemu pijaństwu, albo ewentualnym samosądom. W naszym przypadku, ani jedno, ani drugie właściwie nie groziło, ale przepis, to przepis. Trzeba uszanować, więc nasz bojowy kapitan zamiast z własną żoną, spędzał tę noc z żołnierzami. Źle nie miał, bo Marek Penk i świta zorganizowali nocną imprezę dla dowództwa i przyszłych cywilów. Wódki nie brakowało, wzajemnych komplementów i poklepywań po plecach również. Penk i Łącki zachwycali się wspaniałymi dowódcami, a oni znowu nie mogli wyjść z podziwu nad tak zdyscyplinowanymi żołnierzami. Paranoja. Szef kompanii gnębił nas przez ponad rok, a teraz jeszcze mu wódkę stawiamy. Powiedziałem chłopakom, że ja do tej imprezy ręki nie przyłożę. Kto chce, niech z nimi pije. Ja nie chcę.
526 dzień
No i doczekaliśmy się…
Pięćset dwadzieścia sześć dni zmagań dobiegło końca. Mogliśmy z czystym sumieniem wstać o piątej rano, wytrzeźwieć przez następne pół godziny i punktualnie o 5.30 ryknąć na całą kompanię wymarzony w setkach sennych radości, wypłakany w wielu pijackich tęsknotach, wytęskniony hymn rezerwistów:
Godzina piąta, minut trzydzieści, kiedy pobudka zagrała.
Grupa rezerwy szła do cywila, niejedna panna płakała.
Niejednej pannie żal się zrobiło i serce z bólu zadrżało,
gdy jej kochanek szedł do cywila, a jej się dziecko zostało.
Na dworcu głównym, w mieście Łodzi, wszystkie się panny zebrały.
Z dzieckiem na ręku, z kamieniem w ręku, na rezerwistów czekały.
Lecz to nie honor dla rezerwisty, By na peronie z panną stać.
Wsiadł do pociągu, zatrzasnął drzwiami, Tak się pożegnał z pannami.
Wsiadł do pociągu, usiadł przy oknie, A pociąg ruszył z łoskotem.
A wszystkie panny głowy spuściły. Poszły do domu z powrotem.
Poszły do domu, za piecem siadły i tak cichutko płakały:
Synu, ach synu, ojciec w cywilu, a jego adres nieznany.
Nazajutrz rano poszły do sztabu, pytać o adres miłego.
A szef jej na to: spadaj szmato , u nas takiego nie było!
Gdy wyszliśmy już z budynku, stanęliśmy przed bramą, wyszli do nas po raz ostatni nasi dowódcy, a wraz z nimi major Kić. To był dzień naszej radości, także mojej, więc nie czułem już żadnych uraz do kapitana Smusza i chorążego Mazura, ale Kić postanowił dobrze utrwalić się w naszej pamięci.
- Tylko pamiętajcie, żołnierze, abyście nie wyjmowali żadnych chust, bo natychmiast zawrócę na kompanię i każę dosłużyć pięć dni.
- Dlaczego nie wolno?
- Bo ja zabraniam!
Trafił w tym momencie na mój czuły punkt.
- Dlaczego pan nam zabrania? (nagle zapomniałem, że ten facet ma na imię major). Przecież nie ma chyba w tym fakcie żadnego przekroczenia prawa, żyjemy przecież w wolnym kraju.
Pana majora zatkało. Przez kilkadziesiąt lat służby pewnie żaden żołnierz nie ośmielił się w stosunku do niego protestować. No, ale ja byłem przecież jedną nogą za bramą. Musiałem tylko uważać, aby pozwolili mi zabrać do domu drugą nogę.
- A jak wy się nazywacie żołnierzu?
Zacząłem się rozglądać wokół siebie szukając drugiej osoby. Powiedział przecież: „wy”.
- Przepraszam pana, ale ja już nie jestem żołnierzem. Jestem zwykłym, szarym cywilem i moje nazwisko nic panu nie powie.
Widziałem w jego oczach wściekłość. Musiałem go upokorzyć, za siebie, za moich kolegów, za Marka Zapruckiego i za wszystko zło, które nam wyrządził.
- Jaka szkoda, że nie mogliśmy spotkać się wcześniej, kolego. (O, Boże, powiedział do mnie kolego).
- Ja również żałuję, ale niestety muszę już jechać do domu. Do widzenia.
Moja chusta już powiewa nad Łodzią Moje nogi już nie przejdą przez ten próg
Więc skończyłem wielką wojnę z biedakami Żegnaj MON-ie, o cywilu witaj już!
EPILOG
Jesteśmy już w pociągu jadącym nad morze. Ponieważ większość z nas nie mieszka w Gdańsku, wsadzili mnie do pociągu jadącego do Kołobrzegu. Były pożegnania z dworcem Łódź Kaliska, była wódka w pociągu. Chłopaki zaczęli się umawiać na zjazd do posiadłości Gębusiów, ale ja stwierdziłem, że ani zażyłość z chłopakami, ani ochota na zabawę, nie przekonują mnie do skorzystania z zaproszenia. Wysiadłem z pociągu w Bydgoszczy i to był ostatni raz, kiedy widziałem się z chłopakami. Nie ze wszystkimi dało się żyć, ale przecież razem spędziliśmy kawałek wspólnego życia.
Siedząc na bydgoskim dworcu zastanawiałem się, jakie brutalne i bezkompromisowe jest wojsko: ściąga grupę młodych ludzi z całej Polski, trzyma razem przez rok – dwa, a potem, kiedy ludzie zwiążą się ze sobą, zaprzyjaźnią, następuje powrót do domu. Najczęściej urwanie wszelkich kontaktów, tak jak to miało miejsce w moim przypadku.
526 dni w wojsku. Koszmarnie długo. 75 wart. Prawie 700 godzin spędzonych na posterunku z karabinem. 120 służb. To tak, jakby przez 150 dni, bez przerwy, nie spać. Bilans jest prosty: pół roku Unieście, pół roku warty i służby, pół roku inne przyjemności.
EPILOG INACZEJ
Zakończyła się moja długa walka z wojskiem. Czasem wesoła, czasem smutna, ale walka. Jedno jest pewne – nie był to na pewno zaszczytny obowiązek wobec ojczyzny. Raczej beznamiętne odliczanie dni, ubarwione pseudoszkoleniem, czy nikomu niepotrzebną pracą. Półtora roku wyrwane z życia, choć z drugiej strony o wielu z nas (również o mnie) można wyrazić wątpliwość czy będąc w cywilu nie zmarnowaliby tych dni równie paskudnie. Dla wielu chłopaków wojsko było być może jedyną w życiu okazją wyrwania się ze swoich malutkich wioseczek, do, bądź, co bądź, sporego świata. Może jedyną okazją do wymiany kontaktów, poglądów z ludźmi z innych stron kraju, czy pooglądania satelitarnej telewizji. Mimo wszystko błędem byłoby twierdzenie, że wojsko to czas całkowicie stracony. Istnieje przecież teoria, że człowiek powinien w każdej sytuacji próbować czegoś nauczyć się, coś zrobić. A tu okazji do tego nie brakowało. Wspaniała szkoła samodzielnego życia. Wielu chłopaków zapewne pierwszy raz w życiu miało okazję samodzielnie posłać sobie łóżko, przygotować śniadanie, czy przyszyć guzik. Jeśli ktoś miał zaległości w tej materii, musiał to tutaj szybko nadrobić.
Wojsko, to równie wspaniała szkoła współdziałania w obrębie grupy rówieśników. Każdy był w gruncie rzeczy od kogoś zależny, dla wszystkich starczyło jakiś zadań. Ludzi środka tu właściwie nie było. Podejrzewam, że zupełnie wbrew ideologicznym założeniom, ceniona była indywidualność. Albo zostawało się kimś, albo fajtłapą. Dlatego każdy od samego początku walczył o jak najlepszy własny wizerunek. Ludzie udawali lepszych niż byli w rzeczywistości, ale to przecież nie było złe. Z czasem podciągali się do dobrego poziomu.
Klasycznym przykładem jest tu Jurek Szymański. Chłopak, który przyjechał do Łodzi z malutkiego Żukowa zagubiony, przestraszony, drżący niemal bez przerwy o własną skórę. Po roku był już zupełnie innym człowiekiem. Pewny siebie, wręcz dominujący. I wcale nie musiał osiągnąć tego brutalnością, alkoholem, czy głupotą. Szkoda tylko, że te inne plusy (zdrowie, punktualność, dobra organizacja życia) na ogół bywają przysłonięte minusami pobytu w wojsku. W takiej armii, w jakiej ja byłem, półtora roku to czas z gruntu stracony. Tych stu ludzi., których się, co kilka miesięcy wymienia, z całą pewnością nie zużywają czasu pożytecznie na poznawaniu tajników sztuki wojennej. Przeciwnie. Trawili go na bezsensowne stanie na warcie, na pilnowanie pustych budynków. Nie było u nas sprzętu z prawdziwego zdarzenia, prawdziwego szkolenia czy poligonu.
