Mam taki ulubiony program w TV – Kanapowcy. Wiecie, pięciu wesołych facetów zdaje sobie sprawę, że ich życie nie jest takie, jakie miało być, a głównym powodem jest ich spora nadwaga i związane z tym braki w aktywności życiowej. Więc zgłaszają się do programu i pod opieką trenera walczą ze swoimi słabościami, brakiem ruchu i w końcu stają przed sportowym wyzwaniem. W pierwszej edycji był to ekstremalny bieg z przeszkodami, a w drugim – triatlon. Wprawdzie w wersji mini, ale dla chłopaków, którzy startowali do przygotowań z wielokilogramową nadwagą, a część z nich w ogóle nie umiała pływać, to zadanie było naprawdę ekstremalne.
Tak naprawdę zrzucanie kilogramów i zmiana sylwetki, to tylko pretekst do zmiany swojego życia, opuszczenia tytułowej „kanapy”, naprawienia swoich stosunków z bliskimi, które nie zawsze są dobre.
Po obejrzeniu poprzedniej części, w ubiegłym roku postanowiłem wziąć się za siebie, a teraz pora na powtórkę.
W moim przypadku cele są następujące:
zrzucić minimum 55 kilogramów, przejść 50 kilometrów marszu i wsiąść po latach na rower.
Wszystko inne pojawi się z pewnością wraz z umykającymi kilogramami.
Pora roku nie zachęca do spacerów, będzie mi trudno wyciskać takie rezultaty, jak w ubiegłym roku, ale nie chcę czekać do lata – SZKODA CZASU.
Tak naprawdę zmieniłem dietę już dwa tygodnie temu. Znowu wróciłem do pełnej diety wegańskiej, czyli zostawiłem na sklepowych półkach cukier i wszelkie słodycze, mleko, sery, jajka, jogurty, śmietany, słodkie napoje, energetyki, lody, ciastka, alkohol, wszelkie gotowe produkty i pewnie jeszcze parę innych rzeczy.
Zamiast tego wróciło planowanie posiłków, gotowanie z głową, przygotowywanie przemyślane, oszczędne nie tylko w kalorie, ale i w koszty. Mam nadzieję, że efekty przyjdą, tak jak przyszły w ubiegłym roku.
Wszystko po to, żeby bardziej chciało mi się chcieć.
Przez ostatnie dni i tygodnie udało mi się zrzucić prawie siedem kilogramów. To tak na dobry początek, albo na rozruch. Dalej będzie trudniej, ale pokazałem sobie samemu, że można, więc jestem dobrej myśli.
A działać trzeba, bo problemów bez liku. Znowu wszystko boli, znowu niesprawne prawe kolano, znowu boli kręgosłup, znowu depresja, znowu trudno mi wyjść z domu, znowu nie chce mi się wstać z łóżka, znowu nie mogę znaleźć pracy, bo nadal nie jestem na to gotowy psychofizycznie. jestem za ciężki, więc wszystko boli, źle się czuję w swoim ciele, więc znowu siada mi psychika.
Dzisiejsze ważenie poranne i pełna statystyka:
Głównym celem (choć nie ostatecznym) jest osiągnięcie dwucyfrowej wagi – 99 kilogramów. Jeśli to osiągnę, to wytyczę sobie dalszy cel i będę starał się go osiągnąć. Trochę krótszy cel – to rower. Muszę dojść do wagi 112 kilogramów (tak sobie ustaliłem).
Dzisiejszy posiłek, to woda z cytryną na początek dnia, sok warzywny na śniadanie, a na obiad sałatka z takich o to składników:
ryż brązowy
kapusta pekińska
ogórek
grochowe mielone
kukurydza
majonez z mleka sojowego
TAKI WYSZEDŁ EFEKT
Ile to miało kalorii? Przyznam, że nie liczyłem. Porcja wyszła duża. Biorąc pod uwagę, że był to ryż i kilka łyżek majonezu, to pewnie kaloryczność znacznie przekroczyła 1000 kalorii. Do obiadu sok pomarańczowy, na kolację jabłko i banan.
Jestem zadowolony z dzisiejszego dnia. W ramach spaceru udałem się do przychodni. W przyszłym tygodniu chcę zrobić sobie badania.
Plan na jutro (sobota) to dłuższy spacer (mimo bolącego kolana), a na obiad coś zawijane w papier ryżowy z nadzieniem z ryżu i gotowanej soi.
Na co mam ochotę? domowe batoniki energetyczne chlebek bananowy pieczony kalafior