Książki to całe moje życie.  Czytam  namiętnie od lat.   Ale jak moim zdaniem powinna wyglądać  moja perfekcyjna książka?   Jakimi cechami powinna się charakteryzować?  

Żeby odpowiedzieć sobie na to pytanie zastanowię się również  nad tym, jak moja ulubiona książka wyglądać nie powinna.  Jakich książek nie lubię czytać, co mnie w czytaniu irytuję, czego nie lubię i co omijam. 

 

Jak duże książki lubię czytać? Wiadomo, dobra książka może mieć i z tysiąc stron, o ile czyta się ją z ciekawością. Niektóre części Kena Folletta czy Erica Flinta miały prawie lub nawet ponad 1000 stron i czytało mi się je z przyjemnością i kończyło z niedosytem.  Ale to wyjątki.  Lubię, kiedy książki mają  po 350 – 400 stron.  Lubię, kiedy są podzielone na rozdziały, wiele rozdziałów.   Nie lubię gdy opowieść ciągnie się wers po wersie i nie ma chwili na oddech.  Przeczytałem w życiu naprawdę sporo książek, które zaczynały się dla mnie dość opornie, a dopiero po pewnym czasie wracałem do nich i kończyłem z entuzjazmem i wielką ekscytacją.  Dlatego właśnie potrzebuję oddechu w postaci rozdziałów.  Ostatnio przeczytałem świetną książkę „Toń” Ishbel Szatrawskiej. Czytało się świetnie, ale mimo wszystko nie rozumiem czemu ma służyć  taka, a nie inna forma pisanej powieści.  Nie rozumiem dlaczego niektórzy autorzy  nie odznaczają myślnikami dialogów. Przez to czytając tracisz czas i energię na uświadamianie sobie, że to dialog.  Jeśli do tego dojdzie sytuacja, że jedną historię od drugiej oddziela zaledwie jeden wolny wers, a nie nowy rozdział często gubiłem się  w treści i musiałem wracać kilka linijek wyżej, żeby zrozumieć, że to już inna historia, inni bohaterowie, często inny czas.   Dla mnie niezrozumiałe,  choć to zapewne wyraz artystyczny.  W końcu Cormac McCarthy też nie odznaczał dialogów, ba, on nawet nie tracił czasu na pisanie kto daną kwestię w dialogu powiedział.  Trzeba było być skoncentrowanym i cały czas czujnym, a i tak wielokrotnie łapałem się na tym, że nie wiem kto to powiedział, a jednak jego literatura była dla mnie ekscytująca.   Albo choćby jak  w „Żądle” Paul Murraya, gdzie  mamy zupełnie dziwaczny styl, brak oznaczenia dialogów /co oni mają z tymi dialogami?/ rozdziały pozbawione całkowicie interpunkcji, specyficzny język.  To wszystko trudne w odbiorze, ale może właśnie na tym polega wielka książka?  Dla odmiany przez kilka książek nie przebrnąłem, bo ich styl mnie całkowicie pokonał.  Były takie, gdzie nie było dużych liter, więc trudno było wyłapać, o co chodzi. imiona i nazwiska były pisane bez odstępu, właśnie małą literą.  Nie przebrnąłem.  Ale fakt coś w tym jest, że książki z dziwnym stylem potrafią być najbardziej frapujące, jak choćby Prawdziwa historia „Jeffreya Watersa”. Tak, coś w tym musi być, ale zasadniczo lubię jak jest normalnie, po bożemu. 

Oczywiście kluczowe dla mnie jest samo czytanie.  Nie za często czytam książki przygodowe czy kryminalne, gdzie kluczowa jest treść, opowiedziana historia, zaskakujące zakończenie.  Ale te, które czytałem zwykle „dobrze mi się czytało”. To kluczowa sprawa.  Język autora musi być dla mnie przyjazny.  Wtedy przepadam w otchłani lektury.  Nawet jak to tylko banalna sensacja.  

Najlepiej, żeby akcja działa się w Polsce.  Bo wtedy mam polskie miasta, tereny, ulice, autobusy, pociągi. Jest swojsko i bardzo to lubię.  To dla mnie ważki atut.  

Kiedy myślę o tematyce, to chyba najprościej powiedzieć, że uwielbiam książki o życiu.  Po prostu obyczajowe. Takie w których poznajemy bohaterów, czasem całe rodziny i śledzę ich los kartka po kartce zagłębiając się w tym postaciach.  Dlatego nie lubię i zwykle nie czytam opowiadam, bo potrzebuję szerszej przestrzeni, żeby dogłębnie poznać mojego nowego bohatera, zrozumieć go, zaakceptować, albo znienawidzić, ale jednak poznać.  Więc lubię kiedy opowieść płynie, kiedy „widzę” ich w codziennym życiu, kiedy rozmawiają, śmieją się, płaczą, popełniają błędy, a potem ponoszą za nie konsekwencje.  I wcale nie muszą do chwilę skakać ze spadochronu czy podpalać czołg, wystarczy że spróbują opowiedzieć co czują. 

Wydaje mi się, że nie lubię, kiedy w powieści nachalnie doświadczam różnych przeskoków czasowych. Kiedy ktoś jest tu i teraz, a za chwilę czytam o nim w czasach jego młodości.  Jasne, książki Valerie Perrin właśnie na tym się opierają, a są bez wątpienia jednymi z moich ulubionych w życiu.  Może więc sam sobie zaprzeczam, ale mam wrażenie, że moja idealna książka powinna  powinna mieć jedną linię czasową.  Bo w końcu skoro zaczynamy historię tu i teraz, to przecież  już wiemy, że może z trudem, ale jednak przejdą przez życiowe zakręty i dotrą do książkowej teraźniejszości.   A to przecież zawsze jest jakiś spoiler. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *