Nie będzie wielkim kłopotem ocena mijającego roku. Wszystko, dosłownie wszystko, zostało zdominowane przez pandemię. Mój świat, nasz świat, świat sportu, polityki, gospodarki i wszystkie inne światy, toczyły się w cieniu złowrogiego koronawirusa.
12 miesięcy temu, ludzie na całym świecie chodzili uśmiechnięci, bez maseczek, bez specjalnej troski o siebie i swoich bliskich, bez mierzenia temperatury, czy sprawdzania powonienia, dzieciaki chodziły normalnie do szkoły, sportowe trybuny wypełniali kibice, a wszystko wydawało się takie proste.
Właśnie 12 miesięcy temu postanowiłem zrezygnować ze swojej aktualnej pracy i po dwudziestu kilku latach zmienić swoje życie zawodowe. Wszystko wtedy wydawało się takie optymistyczne.
Potem ruszyła lawina nieszczęść. Mniejszych i większych.
Utrata pracy, depresja, operacja ojca, choroba siostry, oszustwo osoby, która wydawała się być moja przyjaciółką.
Ostatni dzień tego roku wniósł nutkę optymizmu: siostra po prawie miesięcznym pobycie w szpitalu wróciła do domu, ojciec wydaje się być w niezłej formie, policja powinna poszukać sprawiedliwości, a ja właśnie zaczynam pracę nad pierwszą stroną internetową na zlecenie.
Wbrew temu, co nam się wydaje, nie można jednak zapominać, że oprócz dramatycznych obrazów szpitalnych oddziałów, pełnych umierających ludzi, karetek pogotowia krążących rozpaczliwie po mieście w poszukiwaniu wolnych respiratorów, ludzi bez twarzy na ulicach – wydarzyło się jednak wiele rzeczy, o których również nie zapomnimy.
Zakończenie mojej pracy w FedEx miało być zamknięciem jednego etapu życiowego, a zarazem otwarciem drugiego, lepszego, innego, prawdziwego. I choć idzie mi to bardzo opornie, to jednak zrobiłem malutki krok w przyszłość. Niejasną, nieznaną, ciągle budzącą mój strach – ale jednak moją przyszłość. Nie wiem, czy będę to robił w przyszłości, ale wiem na pewno, że chciałbym to robić. Jutro – pierwszego dnia nowego roku, zacznę pracę nad swoją pierwszą, komercyjną stroną internetową. I nie chcę już więcej słyszeć, od siebie samego, że się do tego nie nadaję. Przeciwnie – jestem do tego stworzony…
11 grudnia na nasz pandemiczny świat, nieświadom zupełnie niczego, przyszedł (no dobra, wciągnęli go trochę na siłę) Kubuś – mój siostrzeniec.
Choroba siostry – to nie była przyjemna rzecz. Ale bez tego, z pewnością, nie uściskałbym jej dziś życzliwie, czego nie robiłem od…. chyba bardzo dawna.
Tata jest po operacji serca. I choć to wszystko nie wyglądało najlepiej – teraz wygląda optymistycznie i jest poważnym powodem do postawienia przemijającym dwunastu miesiącom dużego PLUSA po stronie zysków.
Moje dzieci skończyły swoje edukacje. Przynajmniej na razie. I mocno wkraczają w dorosłe życie. Ola jest lekarzem stażystą, ratuje już ludzkie życie – widziałem na własne oczy, a Filip zdał maturę. Ale też jest fajny.
Latem spędziłem wspaniałe wakacje ze swoją córką i przyjaciółmi z Poznania. Pierwsze od wielu lat wakacje. Dla mnie niezapomniane.
Dokładnie w tym roku miałem wielką przyjemność obejrzeć Boże Ciało, czy serial Tacy Jesteśmy.
Sport, jak zawsze zostawia nam w darze wiele wzruszeń. Choć był to rok nierozegranych piłkarskich mistrzostw Europy, czy Igrzysk Olimpijskich, to z pewnością na zawsze pozostanie ten rok w pamięci Igi Świątek, Michała Kwiatkowskiego, piłkarzy Liverpoolu, no i rzecz jasna – mojej.
W końcu – w tym paskudnym, 2020 roku, zrealizowałem swój, odkładany od chyba tysiąca lat, pomysł – stworzyłem i póki co prowadzę, swój autorski portal o pomorskiej piłce:
Właśnie w tym, a nie innym roku, powróciłem, dzięki Jurkowi Owsiakowi i jego Najpiękniejszej Domówce Świata, do muzyki. Z radością małego dziecka poznającego otaczający świat – na nowo odkrywam galaktyki muzyki.
Może o czymś zapomniałem, ale i tak wydaje mi się, że rok 2020 przyniósł WIELE, może nawet BARDZO WIELE, jak na czas wydawałoby się naznaczony jedynie smutkiem i obawą…