Dawno nie czytałem książki, którą czytało mi się tak dobrze, że nie chciałem, żeby się skończyła.   A przecież  nie była to historia  łatwa i przyjemna.  

Wojna, to zawsze jest zło. Nie ma innej opcji.  Ale zawsze najgorsze wydawały mi się losy zwykłej, szarej ludności, która żyła swoim życiem dopóki ktoś nie uznał, że ich miejscowość, ich wioska, ich dom są dla  kogoś ważne i poślą tam czołgi i żołnierzy.  Oni nikomu nie wadzili, nie politykowali, często nawet nie utożsamiali się z państwowością, na terenach przyszło im żyć.  Oni nie czuli się często przykładowo Polakami, Niemcami czy innymi narodami. Oni byli po prostu tutejsi.  No i oczywiście najgorzej w tych dramatycznych czasach miały zawsze kobiety.  Często bezsilne, często bezbronne skazane na męską przemoc, na brak głosu, na brak samostanowienia, decydowania o swoim życiu, bo przecież taka ta nasza tradycja. 

Warmia i Mazury –  Prusy Wschodnie –  to kraina wyjątkowa.  Choć zasadniczo nigdy nie było tam wielkich ośrodków miejskich, to przecież od zawsze to właśnie tam przelewały krew wojska różnych narodów.  Już nawet mówię o Grunwaldzie czy Tannenbergiem, ale ostatnie wojny to czas przetaczania frontów, gwałtów, wysiedleń, repatriacji.   Miasto raz było Królewcem, innym razem Königsbergiem, a potem Kaliningradem, i zawsze znalazł się dobry powód, żeby obrócić je w stertę gruzów, a mieszkańców wyrzucić z domu.  Bo nowe granice, bo repatriacje, bo zemsta.  

Teren ten jest mi bliski, bo właśnie stamtąd pochodzą moi rodzice, więc zawsze dla  mnie były bliskie. Wyjątkowa kraina.  Przez wiele lat jeszcze nie polska, a już nie niemiecka. Kiedyś mazurska. Dziś europejska.  

Gorszy od samej wojny może być chyba tylko czas świeżo powojenny.   Bo jak można normalnie żyć, gdy wyrzucają się z twojego domu gdzieś na Wileńszczyźnie, przyjeżdżasz kilkaset kilometrów dalej, ale jakby na inną planetę.  Zajmujesz puste domy, w których ktoś jeszcze rano mieszkał, jeszcze zostawił na piecu obiad i musiał uciekać.  Zajmujesz ten dom, ale nie wiesz co będzie dalej.  Mówisz inaczej niż miejscowi, nie wiesz jakie to teraz będzie państwo, jeszcze nie ma żadnej władzy, nikt nie pilnuje porządku, wojsko russkie gwałci kobiety i zabiera wszystko i zabiera co może, a co zostanie rabują bandy szabrowników.  Jest głód, bo przecież nikt nie obsiał w tym roku pól, a zwierzęta gospodarcze zabrało wojsko lub szabrownicy.  Kobiety są bezbronne, bo mężczyzn prawie nie ma.  Zginęli albo jeszcze nie wrócili z wojny.   A do tego wszystkiego niektórzy z pozostałych miejscowych Niemców wieszczą, że za chwilę ich rodacy wrócą do siebie i wszystkich przegonią.   A jednak w tych okolicznościach trzeba jakoś żyć. 

„Toń” to historia pięknie utkana ze wspomnień, z historii wielu pokoleń mieszkańców jednej z wiosek tej krainy.  Pięknie utkana.   Pięknie opowiedziana, bo przecież prości ludzie też mają swoją historię, też mają swoje marzenia, chcą kochać, chcą się uśmiechać, chcą po prostu żyć.   I próbują.  Choć mają tylko 16 lat i żadnych argumentów. 

Tutaj o wielu sprawach się nie mówi, wiele pomija, część zabiera ze sobą do grobu i każdy to rozumie, bo takie był czasy. Świetnie napisana opowieść.  Bardzo mi się podobała.  

Isbel Szatrawska - foto: Gazeta.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *