Od początku było jasne, że to nie będzie taka sobie zwykła książka. No i nie była.
Trochę potrwało zanim się do jej czytania przyłożyłem z należnym szacunkiem. Nie lubię za bardzo książek, gdy autor/pisarz z jakiegoś powodu stosuje różne zabiegi stylistyczne, np. nie oznacza dialogów myślnikiem. Do tego to była gruba książka, ze znaczną ilością treści. Ponad 560 stron, a gdyby to przełożył na klasyczny format, to pewnie by miała z 900, może więcej. Więc kilka dni musiało upłynąć zanim wczytałem się w nią na 100%, ale w końcu to zrobiłem.
Opowieść o irlandzkiej rodzinie, o tym, że w życiu musimy podejmować różne decyzje i potem ponosić ich konsekwencje. Czasem to są brutalne konsekwencje. Ale nie ma innej drogi. Alternatywą są nierozwiązane tajemnice, udawanie kogoś innego niż się jest, oszukiwanie i wewnętrzna walka o to, żeby świat cię nie przejrzał. A to jest bardzo zabijające. Człowiek nie może zaznać spokoju, co dopiero mówić o szczęściu. Ale ludzie już tak mają, że nie próbują rozmawiać, nie szukają oczyszczenia, tylko kolejnymi kłamstwami przykrywają te wcześniejsze. I spirala się nakręca. Aż w końcu jest już zbyt późno, żeby życie wróciło do normalności.
Dwie sprawy. Styl. Kiedy byłem mniej więcej w połowie tej książki wydawało mi się, że to będzie jedna z kilku najlepszych książek roku /choć to przecież dopiero początek/, ale właśnie w drugiej jej części zaczął mnie lekko irytować właśnie ten styl. Pomijanie oznaczania dialogów, całkowity brak interpunkcji, w końcu opowiadanie historii przez, no właśnie nie wiem kogo, kogoś z zewnątrz. Nie wiem czy takie zabieg podnoszą wartość książki, czy wręcz przeciwnie. Dla mnie na pewno utrudniają czytanie, a to jest dla mnie bardzo ważne. I chyba dlatego książką, która mi się bardzo podobała, może nie zostać The Book of the Year 2026.
Druga rzecz, to zakończenie. Wiadomo było niemal od pierwszych stron, że ta opowieść nie będzie miała happy endu. Konsekwentnie kierowaliśmy się ku katastrofie. Całą historię autor zakończył urwaniem zdania. Brakiem kropki. To jakby sygnał, że każdy czytelnik może sobie sam dopowiedzieć zakończenie. Czy to uczciwe? Mam wrażenie /być może mylne/, że to trochę tchórzostwo/wycofanie pisarza. Bo przecież wiadomo o jaki finał mu chodziło, a jednak nie przedstawił tego w sposób otwarty. Pozostawił niedomówienie. Dlaczego? Żeby każdy czytelnik był zadowolony? Także ten, który potrzebował pozytywnego końca? Takie mam odczucie, że to trochę dezercja.
W dzisiejszym rozwiniętym świecie największym zagrożeniem dla ładu politycznego jest to, że ludzie zaczną baczniej zwracać uwagę na to, co się dzieje wokół nich. I dlatego nawet niewolnicy mają dostęp do rozrywki. Można wręcz powiedzieć, że jesteśmy opłacani rozrywką. Powieść była pierwszym przykładem czegoś, co w dwudziestym pierwszym wieku stało się ogromnym przemysłem rozrywki, bezkresną machiną pomyślaną w taki sposób, aby nas rozpraszać i zniewalać. Przedstawia się nam wirtualny świat napędzany, dosłownie, zagładą tego prawdziwego.
Paul Murray - Żądło