Stało się! Wczoraj, po efektownej wygranej 5-1 FC Liverpool zapewnił sobie 20. tytuł Mistrza Anglii!
Piękna chwila i kilka moich uwag na gorąco w czasie oglądania wczorajszego meczu.
Kenny Dalglish. Legenda The Reds. Facet wygrał z klubem wszystko jako piłkarz. Tytuły. mistrzostwa , puchary, klasyfikacje strzelców. A potem jako trener dorzucił drugie wszystko. A mimo to, w wieku 75 lat co tydzień zasada na Anfield i trybunach wyjazdowych i emocjonuje się każdym meczem, każdym golem, podrywa się z fotelika, jak nastolatek. Pasja, która nie może przeminąć.
Alexis Mac Allister to najlepszy, najrówniejszy, z największym wkładem w sukces, zawodnik Liverpoolu w tym sezonie.
Podobają mi się od zawsze kolorowe trybuny na Anfield. Żadne tam kartoniady, obrazki, (chyba że okolicznościowe – jak te pamięci ofiar Hillsborugh), liczy się tylko szalik, flaga i koszulka klubu. Nieważne z jakiej epoki, z jakim sponsorem, jakiego kroju czy formatu. Nieistotne. Musi być Czerwona i tyle. To tworzy niesamowitą otoczkę na stadionie.
No i na koniec. Kiedy kibicujesz swojemu zespołowi, to co tydzień jest stres, czy wygrają, czy strzelą, czy utrzymają, czy odrobią. Człowiek się denerwuje, ja się denerwuję, emocje. A potem przychodzi taki dzień jak wczoraj, gdy to wszystko zostaje podsumowane, te wszystkie emocje wreszcie schodzą z kibica i można tylko spokojnie odliczać czas do końcowego sukcesu. A potem uronić łzę radości i spokojnie głęboko odetchnąć, bo zespół, któremu kibicujesz wygrał właśnie najsilniejszą ligę świata.
We are Liverpool!
