Fajny film wczoraj widziałem…
Perfect Days, to japoński film wyreżyserowany przez niemieckiego artystę Wima Wendersa. I nie wiem co w tym filmie jest bardziej niezwykłe: sam film, czy historia która doprowadziła do jego powstania.
Ta dwugodzinna opowieść o życiu bez pośpiechu. O człowieku, który kocha życie, choć nie czerpie z niego pełnymi garściami, przeciwnie, smakuje powolutku, bierze to, co jest mu znane, porusza się w dobrze znanych sobie schematach, powtarzalnych schematach. Dlaczego? Tego nie wiemy. To, jako widzowie, mamy sobie sami dopowiedzieć. Na przykład dlatego, że dawniej był wielkim biznesmenem, bogatym, zabieganym i nieszczęśliwym. I od pewnego czasu żyje zupełnie odwrotnie. Pracuje jako czyściciel toalet publicznych, mieszka w maleńkim pokoiku bez wygód. Codziennie rano wstaje do pracy, odprawia ceremoniał kupna kawy z automatu, spogląda w niebo, uśmiecha się do słońca, ale także do deszczu lub chmur. I to jest jego życie. Do tego ma samochodzie kasety i odtwarzacz. Ale to są świetne kasety, bo muzykę słyszymy: Patti Smith, Velvet Underground, Van Morrisona, czy tytułową piosenkę Lou Reeda. Wszystko nostalgiczne, wielbiące życie. Jak bohater filmu. I tak dzień po dniu. Czytana przed snem książka z maleńkiego antykwariatu, pobudka, mycie zębów, kawa z automatu, czyszczenie toalet i obserwowanie w parku drzew, chmur, wiatru. I robienie zdjęć. I muzyka. Potem obiad w tym samym barze. I kilka innych wątków. I wszystko od nowa. Ale z uśmiechem na twarzy. I motto wygłaszane do siostrzenicy: następnym razem będzie następnym razem – teraz jest teraz.
Film otrzymał Złota Palmę i nominacje do Oscarów. Ale równie ciekawe jak sam film, jest to jak doszło do tego, że on powstał.
A było tak.
W 2020 miały odbyć się w Tokio Igrzyska Olimpijskie, ale nie odbyły się, bo szalał covid-19. Sportowe zawody zostały przeniesione na kolejny rok. Władze miasta Tokio oczywiście zainwestowały ogromne pieniądze, zbudowały mnóstwo nowych obiektów, nie tylko sportowych, ale też infrastrukturalnych dla gości. I nic. Jednymi z takich obiektów były publiczne toalety w tokijskim parku, ale nie byle jakie toalety. Supernowoczesne, zaprojektowane przez światowej sławy japońskiego architekta, naprawdę cudne. Szkoda, by się zmarnowało. Radcy wymyślili więc, że zwołają z całego świata śmietankę dokumentalistów, zrobią i konkurs i wybiorą projekt, który najbardziej rozsławi tokijskie toalety. Przyjechał także Wim Wenders, bo on również kręci filmy dokumentalne. Niemiecki reżyser zachwycił się parkową infrastrukturą i postanowił nakręcić pełnometrażowy film fabularny i to wcale nie jakiś krótki, przeciwnie, dwugodzinny. I właśnie tak zrobił, a rok później odbierał Złotą Palmę w Cannes.
Film jest spokojny, długi, bez jakiejkolwiek szybkiej akcji. Oczywiście dla wielu osób będzie zbyt monotonny, żeby nie powiedzieć nudny, ale on jest właśnie dla tych, którzy już doszli w swoim życiu do tego momentu, w którym doskonale rozumieją, że nie ma gdzie się spieszyć…
