Kiedy jesteś fanem piłki nożnej i oglądasz wiele meczów w tygodniu, co rusz trafiasz na emocjonujące mecze, dramatyczne zwroty akcji, emocje nie z tej ziemi. Sam widziałem wiele takich potyczek Liverpoolu choćby w Premier League. Ale jednak wczoraj cały świat otrzymał widowisko, które wymknęło się delikatnie ze znanych nam ram.
W Paryżu miejscowe PSG w ramach 1/8 finału Champions Leaque grało z Liverpoolem.
Mecz zapowiadał się ciekawie z wielu względów, choćby z tego, że Liverpool to absolutny lider tabeli Premier League, zespół który zajął pierwsze miejsce w fazie ligowej Ligi Mistrzów, słowem TOP europejska drużyna. Gospodarze, jak zwykle, wielkie ambicje, wielkie katarskie pieniądze, wielka przewaga w lidze francuskiej i… tradycyjnie wielkie rozczarowanie w Europie. Jeszcze parę miesięcy wstecz PSG nie było pewne czy w ogóle znajdzie się w gronie 24 drużyn fazy pucharowej. Tyle, że od tej pory nastąpiła niebywała przemiana. Wygrany mecz za meczem, w lidze, w pucharach, wszystkie w efektownym stylu. I nagle drabinka pucharowa Ligi Mistrzów ułożyła się tak, że najlepszy zespół fazy zasadniczej (ligowej) spotyka się z tym, co wcześniej był słaby i zajął odległe miejsce w tejże tabeli, ale obecnie jest w znakomitej formie.
Ale ja w sumie nie o tym.
Jeśli jako kibic The Reds liczyłem, że w ty meczu moi ulubieńcy wprawdzie w Paryżu mogą trafić na silny opór ze strony rywali, ale jakoś sobie poradzą, to… w sumie tak poniekąd było.
PSG, młody ofensywny zespół od pierwszej minuty meczu sukcesywnie spychał angielski zespół do defensywy, coraz bardziej ograniczając jego grę do wybijania piłki z pola karnego. Akcje miejscowych sunęły z każdej strony: z lewej, środkiem, z prawej flanki. Liverpool się bronił. Owszem, obrońcy 90 minut w gotowości, co rusz wybijali piłkę przed siebie, a jak się nie dało, to w bramce stał (a właśnie nie stał, tylko był wszędzie) bramkarz drużyny z Anfield. Ubrany w żółty strój bramkarz był tego dnia fenomenalny.
Pętla wokół szyi Liverpoolu zaciskała się coraz mocniej, co chwilę wydawało się, że to jest ten moment, gdy piłka musi wpaść do bramki, ale… nie wpadała. A jeśli nawet wpadała, to okazywało się całkiem niespodziewanie, że VAR wykrył dwu centymetrowego spalonego. Były słupki, poprzeczki i był fenomenalny goalkeeper.
Nic nie nie zmieniło się po przerwie. Było jeszcze trudniej dla Liverpoolu. W ataku nie istnieli. Kontrpresing Francuzów odbierał im piłkę tuż po tym, jak pomyśleli, że może jakaś skuteczna kontra nie tyle odmienią za chwilę wynik meczu, ale dadzą choćby moment oddechu dla odbiorców. Nic z tego. Błędy w pomocy, niecelne podania, a przede wszystkim świetne panowanie na boisku przez PSG szybko niweczyły te rzadkie próby. Osamotnieni napastnicy nie dostawali niemal żadnych piłek, a jak coś do nich wreszcie dotarło, to tracili ją, jakby wpisując się w rzeczywistość tego meczu.
Jako kibic trzymający kciuki za Liverpool, momentami już uśmiechałem się z niedowierzaniem, że nadal po stronie strat moja drużyna ma zero i myślałem sobie, że dobra, już dość żartów, to się nie może udać, po czym zawodnik z numerem jeden na żółtej koszulce bronił w nieprawdopodobnym stylu kolejne sytuacje.
Na pięć minut przed końcem bohaterski bramkarz stwierdził, że do swojego kapitalnego występu może coś jeszcze dorzucić i posłał świetną piłkę od bramki pod pole karne gospodarzy. Walka o piłkę, zgranie na skrzydło, a tam wprowadzony dosłownie przed chwilą rezerwowy napastnik wyprzedził zdecydowanie mocno już zmęczonego obrońcę z Paryża i strzałem po dłoni bramkarza, umieścił piłkę w siatce. Potem jeszcze kilka interwencji bramkarza Liverpoolu i sędzia zagwizdał po raz ostatni. Liverpool wygrał w Paryżu.
Co o tym wszystkim myśleć?
Po pierwsze to, że futbol to rzeczywiście dziwna dyscyplina sportu.
Po drugie, że Alisson Becker to zdecydowanie najlepszy bramkarz na świecie.
A po trzecie, że rewanż na Anfield Road za kilka dni może być całkiem ciekawym widowiskiem…
