Oczywiście „Zimną Wojnę” oglądałem już wcześniej i to wiele razy, ale z jakiegoś powodu postanowiłem zrobić to ponownie i w dodatku o tym napisać.
Film Pawła Pawlikowskiego zdobył lawinę nagród. Złote Palmy, Złote Grona, Złote Lwy, Europejskie Nagrody Filmowe, Orły, nominacje do Oskara i całą masę innych nagród. Myślę, że w pełni zasłużenie, choć oczywiście żaden ze mnie znawca.
Film opowiada historię miłości Zuli i Wiktora, którzy poznali się w pierwszych latach powojennych podczas tworzenia zespołu pieśni i tańca Mazurek, czyli filmowego odpowiednika prawdziwego Mazowsza. Wybucha między nimi namiętność, romans, ale w czasach stalinowskiej Polski takie rzeczy nie mają wielkiej przyszłości. Ich uczucia muszą zostać skonfrontowane z siermiężną, niebezpieczną, czarno-białą jak ten film, zimną, rzeczywistością ówczesnej Polski. I ta konfrontacja nie wychodzi im najlepiej. Decydują się na ucieczkę z kraju. On ucieka, ona się boi. Nie ucieczki, ale swojego uczucia do niego. Zostaje. On mieszka w Paryżu, gra na fortepianie, pije w knajpie, tęskni, czeka. Ona w końcu wychodzi za mąż za obcokrajowca i dzięki temu może odwiedzić Wiktora w Paryżu. Zostaje. Staje się częścią paryskiej bohemy, występuję w jazzowych klubach, nagrywają wspólnie płytę, ale nie wszystko jest takie, jak miało być. On staje się częścią tamtego świata, ona tego nie rozumie i trudno jej to zaakceptować. Pije, szaleje, w końcu wraca bez słowa do Polski. On znowu tęskni, pije i decyduje się jechać za swoją miłością do swego dawnego kraju. Ale nie jest już Polakiem, jeszcze nie jest Francuzem, nie może legalnie wrócić, choć od ucieczki minęły już lata. Może wrócić, jeśli będzie szpiegował. Nie zgadza się i nielegalnie powraca do Polski. Zostaje aresztowany, oskarżony o szpiegostwo i kolejne 15 lat swojego życia ma spędzić w obozie pracy w kopalni uranu. Ona go odwiedza, deklaruje że go kocha i że go uwolni. Wychodzi za mąż za partyjnego aparatczyka, tylko po to, żeby mieć szanse uwolnić jego. Udaje się, ale trwało to kolejne lata. On wychodzi z obozu. Jest fizycznie zniszczony, ma połamane palce, nigdy nie zagra już na pianinie, a to przecież jego podstawowa umiejętność. Ale odwiedzą ją. Ona też jest zniszczona. Ciągle pije, nie kocha swojego męża i kilkuletniego syna. Kocha tylko Wiktora i nie rozumie dlaczego tak to wszystko zniszczyli. Może jednak bardziej ona, ale zawsze. I wtedy jest ta jedna z ostatnich scen. Ona prosi: Zabierz mnie stąd, ale tak na zawsze. On odpowiada: Po to tu jestem. A potem mamy zakończenie. Jadą na polską prowincję do miejsca gdzie się wiele lat temu poznali, w ruinach kościoła biorą „ślub” choć nikogo tam nie ma, oprócz nich, by po chwili połknąć garść tabletek. Zbyt dużą garść, żeby było jeszcze jakieś potem.
Fabuła jest może i długa, ale my widzimy tylko pojedyncze ruchome obrazy. Każdy mówi nam wszystko o ich pragnieniach, lękach, obawach, tęsknotach. A potem jest kolejny. I kolejny. Sami musimy sobie dopowiadać co się wydarzyło pomiędzy tymi aktami. Bo to przecież nieważne, zbędne. Liczy się tylko to co między nimi. I do tego wszystkiego ta piosenka. Towarzysz nam przez cały film, wiele razy, w przeróżnych aranżacjach, w zależności o okoliczności w jakich się znajdują.
Piękny film.
