Nie lubię jesieni. Ot, tak, po prostu.
Jesień kojarzy mi się głównie z tym, że uciekło lato, a z nim ciepłe dni. Upały znoszę trudno, wiadomo, ale mimo wszystko lubię ciepłe lato, długie, jasne dni. A jesień kojarzy mi się z uciekającym latem. Czasem gwałtownie uciekającym. I przecież wiem, że na następne ciepłe dni trzeba będzie czekać tak bardzo długo. A jeszcze ta świadomość, że kiedy wreszcie wróci na chwilę, to ja znowu będę tak bardzo dotkliwie starszy. Nie lubię jesieni.
Jesienią trzeba zajrzeć do wersalki, pierwszy raz od wielu miesięcy i wyjąć zimową kołdrę. Nie da rady, trzeba wyjąć. I spać bez przykrycia i bez koszulki już się nie da. Nie ma szans. Nie u mnie. Bo u mnie zwykle jest bardzo zimno. Z oszczędności, ale też z uwagi na wadliwy piec. Ciągle jest zimno. A człowiek nie czuje się dobrze, gdy jest zbyt zimno i zbyt szaro. No tak już jest.
Nie lubię jesieni, nie mówiąc już o zimie, bo wtedy trzeba się ciepło ubierać, by wyjść z domu. A ja nie znoszę ubierać się. Chyba powinienem całe swoje życie spędzić gdzieś na Bermudach i chodzić w krótkich spodenkach. Wszystko powyżej krótkich spodenek bardzo mnie irytuje. Nie lubię jesieni…
I te kurtki z szafy też trzeba powyjmować. I chociaż dobre jest to, że mole odleciały gdzieś do ciepłych krajów….
