"Krótka historia mojego życia... domem pisana"
Dość szybko w swoim życiu doszedłem do jednej ważnej prawdy: pokój, mieszkanie, dom - to tylko ściany i sufit potrzebne do tego, żebyśmy mogli w spokoju, sucho i bezpiecznie spędzić noc. Prawdziwy DOM, to miejsce, w którym żyją nasi bliscy, w którym unoszą się dobre emocje, który utkany jest ze wspomnień, ze zdarzeń, które nas ukształtowały, z opowieści powtarzanych podczas każdego rodzinnego święta.
Dlatego od kiedy stałem się w miarę dorosły, rozpocząłem poszukiwania tego wymarzonego domu. Domu, który miał być "bukowy koniecznie", i w "górach koniecznie", bo przecież: "moje życie tylko w górach, nad dachami równin"
Dziś mam 56 lat, mieszkam samotnie, póki co na głowę nie pada mi deszcz, ale nie jest to, niestety, dom w górach. I nie jest to z całą pewnością dom zbudowany z bukowego drzewa.
Choć naliczyłem aż 17 swoich domów, choć byłem nawet blisko spełnienia swoich marzeń, to już raczej nie uda mi się zamieszkać w prawdziwym Domu, a zwłaszcza takim, który będzie "nad dachami równin".
Zapraszam do mojej krótkiej opowieści o swoim życiu znaczonej domami.
Urodziłem w się dawno, dawno temu w Gdańsku. A dokładnie we Wrzeszczu, w nieistniejącym już szpitalu przy ulicy Klinicznej. Jak wielu gdańszczan wcześniej i później. Jak mój syn Filip, prawie ćwierć wieku temu....
Część 1. - Gdańsk, ulica Aldony - (1968-1969)
Moi rodzice przyjechali z warmińskiej wsi do Gdańska za pracą, za szczęściem, pewnie za Domem. Mieszkali po kątach u rodziny, między innymi w Nowym Porcie, aż w końcu wynajęli mieszkanie, a właściwie jeden pokój, we Wrzeszczu przy ulicy Aldony 12.
To właśnie tam, rodzice przewieźli mnie parę dni po urodzeniu ze szpitala na Klinicznej. Właśnie tam, na pierwszym piętrze tego budynku, wtedy zdecydowanie gorzej wyglądającego niż obecnie, spędziłem pierwsze lata swojego życia. I już na resztę swoich dni noszę w sobie brzemię osoby urodzonej w dzielnicy Wrzeszcz Dolny.
To było ponad pół wieku temu. A jednak zostało mi z tego okresu bardzo wiele wspomnień.
Mieszkanie mieściło się w starej kamienicy. Tuż przy wejściu były drzwi do piwnicy, ale nigdy nie odważyłem się ich przekroczyć, bo za nimi była kraina Wielkiego Cienia i na pewno żyły tam straszne potwory. Przynajmniej tak słyszałem, albo tak mówił Marek.
Marek i Ewa byli dziećmi Cioci Krysi. Był jeszcze "wujek" Andrzej, ale on był marynarzem, rzadko bywał w domu, a nawet kiedy nie bywał na morzu, to i tak nie zawsze mu było po drodze do domu. Do tego akurat domu.
Do góry wchodziło się po drewnianych, skrzypiących schodach, wchodziło się na piętro i dzwoniło do wielkich drzwi, które zwykle otwierała Ciocia Krysia. Wardzyńska.
Pamiętam, że za tymi drzwiami był duży korytarz, kuchnia i bardzo śmieszna łazienka, która była bardzo wąska i bardzo długa. I trzy pokoje. W jednym z nich mieszkali Rodzice i ja.
Nie pamiętam oczywiście tych czasów. Pamiętam tylko wiele odwiedzin u Cioci Krysi z mamą (najczęściej) i z tatą (czasami). Przez lata wydawało mi się, że Rodzice nie żyli w dobrych stosunkach z Ciocią, że dlatego wyprowadzili się z tego mieszkania, ale to nie była prawda. Mama przez lata jeździła ze mną w odwiedziny i na pewno spędzała tam mile czas. Inaczej z pewnością nie jeździłaby tak często.
Ewa i Marek byli parę lat starsi ode mnie i dlatego lubiłem wizyty u nich. Byli dla mnie przepustką do świata starszych dzieciaków. Pamiętam Marka, który miał wspaniałe łóżko w pokoju, a właściwie kilka materaców nałożonych na siebie. Ależ się wspaniale po tym skakało i równie boleśnie spadało na podłogę. I pamiętam nożyczki wbite w udo Marka. I pracę cioci w hurtowni farmaceutycznej po drugiej stronie ulicy. I, niestety, alkohol, którego tam nie brakowało. Nie zabrakło go również wtedy, kiedy tuż przed Wigilia 1979 roku, Marek przyjechał na Morenę do naszego domu i powiedział, że już nigdy nie spotkamy się z Ciocią Krysią. Przynajmniej nie na tym świecie.
Ewa miała gramofon i dźwiękowe pocztówki. Byłem dzieciakiem, nie miałem w żaden sposób wyrobionego gustu muzycznego (tak, jakbym dziś miał), ale z jakiegoś powodu za każdym razem prosiłem o puszczenie akurat tej piosenki:
Może dlatego, że Marek za każdym razem miał odmienne zdanie. Dzięki, Ewo. Może był zły na mnie, że przez dwa czy trzy lata zajmowałem mu pokój i on musiał mieszkać w jednym pokoju z rodzicami i siostrą.
Buras. Tak na mnie wołała Ciocia Krysia. Nie wiem co to znaczy, trochę niefajnie brzmi, ale wiem, że to miało być sympatyczne. Bo nie mam wątpliwości, że ona mnie bardzo lubiła. Nie była moją rodziną, a jeżeli, to bardzo, bardzo odległą rodziną, ale dla mnie zawsze była moją ulubioną Ciocią Krysią i tak już pozostało.
Może nie wszystko było idealne, może Rodzice szukali lepszego miejsca do mieszkania, w każdym razie jakiś czas potem, może dwa lata, może ciut więcej, po moich urodzinach, przeprowadzili się do... Gdyni.
Mamo, Tato, serio? Ale do Gdyni?
Część 2 - Gdynia Orłowo - ulica Balladyny - (1970-1975)
Moi rodzice musieli chyba być mocni w literaturę klasyczną, skoro z ulicy Aldony przeprowadzili się na ulicę Balladyny.
Dlaczego wyjechali z Gdańska i wprowadzili się do mieszkania w Gdyni? Tego też nie wiem i nie mam już kogo zapytać. Tata pracował w Stoczni w Gdańskiej, więc raczej nie ze względu na bliskość pracy tam się znaleźli. Może jakieś rodzinne polecenie? Może Wardzyńscy nie umawiali się na małe dziecko w domu, a może Mamie nie podobało się to, że zbyt często w tym domu było zabawowo i imprezowo. Nie wiem.
Dom należał do Cioci, a właściwie ze względu na wiek, Babci Pelasi (Pelagii). To była jakaś nasza bardzo daleka rodzina, może więc to sprawiło, że chcąc nie chcąc pewnego dnia zostałem mieszkańcem Gdyni.
Dom był dość spory, w późniejszych latach rozbudowywany, z przyległym warsztatem samochodowym. Rodzice wynajmowali pokój w takiej jakby przybudówce/suterenie, ale nie takiej klasycznej piwnicy, tylko jakby trochę poniżej poziomu ogrodu i trochę powyżej. Całkiem miło, tak to odbierałem.
Ciocia Pelasia była wredna. Ciągle na coś narzekała, odwracała się na każdym zdjęciu, miała minę, jakby nosiła w sobie zmartwienia całego świata, a jednak Mama zawsze ją odwiedzała, aż do jej śmierci. Pamiętam, że kiedyś przyjechaliśmy w odwiedziny, gdy ciocia dożywała w łóżku swoich ostatnich dni (dosłownie), a wokół niej krążyła liczna rodzina zbierając fanty po jeszcze żyjącej krewnej. Smutne.
Czas pobytu w Orłowie, to czas mojego wczesnego dzieciństwa. Lata zabaw, pierwszych przyjaźni, chłopaków, dziewczyn, pierwsze marzenia i pierwsze smutki. W końcu pierwsze przedszkole i pierwsza szkoła. Przygotowawcza, bo jakoś tak to się wtedy nazywało.
Orłowo, to cała masa wspomnień, które zakurzone zalegają w mojej głowie. Czy jest sens zabrać się za ich odkurzanie?
W czasach, kiedy ja tam mieszkałem, okolica wyglądała zupełnie inaczej niż wygląda dziś. Dom przy ulicy Ballady
położony był niemal nad samym morzem. 100 metrów w linii prostej od plaży. Nie było wtedy obecnej promenady. Na plażę schodziło się leśnym zejściem na końcu ulicy Przebendowskich.
Wzdłuż ulicy Balladyny był chodnik, po którym biegałem i wyobrażałem sobie, że startuję na olimpiadzie i jestem słynnym polskim przeszkodowcem Kazimierzem Marandą 🙂
Byłem dobry w udawaniu. Chodnik wzdłuż ulicy był całkowicie prosty i w mojej wyobraźni był trasą kolejową z Gdyni do Gdańska, a ja zawsze idąc tamtędy wyobrażałem sobie, że jestem SKM-ką i robię kurs między dwoma miastami. Nie pamiętam gdzie był Gdańsk, a gdzie Gdynia. Pamiętam tylko, że moje wyciągnięte do przodu ręce (niby kolejowe odboje) mogły budzić u moich rodziców lek przed tym, czy na pewno mają normalnego syna.
W połowie tej długiej ulicy był sklepik spożywczy, Mama często robiła tam zakupy. W tamtych czasach, a był to rok 1972, może 1973, samochodów na ulicach nie było wiele i nie zwracało się na nie aż takiej dużej uwagi, jak dziś. Dlatego ja, kiedy dostałem od mamy sygnał, że zakupy skończone i wracamy do domu, przebiegłem szybko przez ulicę nie patrząc na to czy jest pusta.
Skończyło się piskiem opon, krzykiem mamy, potem jej płaczem, a w końcu moim, bo lanie w domu dostałem bardzo solidne. Tak się w tamtych czasach rozwiązywało sprawy wychowawcze.
Podobnie jak wtedy, gdy sąsiadka po drugiej stronie ulicy poskarżyła się mamie, że jej depczę ogródek swoim zabawkowym samochodzikiem. Poczułem się skrzywdzony dostając porządne lanie, bo przecież nie byłem w jej ogródku, tylko na ulicznym trawniku, a ta górka świetnie nadawała się do samochodowych zjazdów. Bolało, ale tak się wtedy rozwiązywało problemy wychowawcze.
W jakiś sposób skutecznie, bo od tamtej pory staram się zawsze bezpiecznie przechodzić przez wszelkie ulice i raczej nie depczę żadnych trawników.
Trzecie lanie, które dostałem od mamy, to było wtedy, gdy śnieżną zimą rzucałem się z okolicznymi kolegami i koleżankami śnieżkami i jedną z tych kul, trafiłem dziewczynę w głowę. Nie wiedziałem, że w tej kulce śniegu był kamień i dlatego wprawdzie całkowicie niechcący, ale jednak, rozbiłem koleżance głowę. Skończyło się wizytą poselską jej mamy u nas w domu, a potem kolejnym użyciem jakiegoś kabla w celach wychowawczych.
Absurdem było to, że chwilę później, jak ja już otarłem łzy, a jej obwiązali bandażem głowę, bawiliśmy się dalej razem na podwórku.
Rozbita głowa dopadła także mnie. Łazienka w naszym mieszkaniu miała futrynę o bardzo ostrych krawędziach. Zabawa ze starszym kuzynem polegająca na udawaniu wściekłego byka uderzającego w jego rękę była przednia, ale tylko do czasu, gdy chwilę przed moim kolejnym uderzeniem odsunął rękę, a ja z całej siły swojego kilkuletniego ciała uderzyłem czołem w futrynę. Skończyło się zalaniem wanny krwią, a potem wizytą w przychodni przy ulicy Wrocławskiej i zszywaniem mojej głowy. Pamiętam, że byłem podczas zszywania bardzo grzeczny i że rodzice nie zastosowali wtedy swojego ulubionego argumentu wychowawczego.
Groźnie było również wtedy, gdy z kuzynami biegaliśmy po Klifie Redłowskim. Wtedy było tam fascynująco, bo w lesie stacjonowało wojsko, a my udawaliśmy partyzantów, którzy próbują zdobyć wojskową placówkę. Tamtego dnia skończyło się jednak zamiast ataku na koszary, ucieczką przed patrolem żołnierzy. Zatrzymaliśmy się dopiero na skraju Klifu, a jeden z kuzynów uznał za zabawne zepchnąć mnie w dół. Musicie wiedzieć, że 50 lat temu Klif Redłowski (albo Orłowski, jak wolicie) był znacznie wyższy i upadek na plecy z samej góry w dół był kiepskim pomysłem. Z jakiegoś powodu nic mi się wtedy nie stało i została tylko historyjka z dzieciństwa.
Muszę jakoś sprawdzić, czy to przypadkiem nie był ten sam kuzyn, który zgotował mi krwawą łaźnię w... łazience.
W okolicy mieszkali moi znajomi. W domu na rogu Balladyny mieszkał chłopak, którego imienia już nie pamiętam (Karol?), a który spokojnie mógł uchodzić za mojego pierwszego kumpla, bo o przyjaźni w wieku sześciu lat raczej nie ma co mówić.
Za płotem, albo na drugiej ulicy, był wielkie stary dom. Olbrzymi. Mieszkało tam wiele osób, wśród nich kilku moich znajomych, w tym Ania, bez wątpienia pierwsza miłość, choć wtedy pewnie o tym jeszcze nie wiedziałem.
Ten tajemniczy, wielki, stary dom, był jeszcze bliżej morza niż mój. Pewnie z balkonu można było trafiać kamieniem do wody, gdyby nie było się kilkuletnim dzieckiem.
Któregoś dnia wszyscy graliśmy w... gumę. Tak. Tak się kiedyś dzieci bawiły. Ale ja tego dnia, z jakiegoś nieznanego mi powodu, nie chciałem skakać przez gumę. Ponieważ byłem do tej zabawy niezbędny, koledzy i koleżanki zaczęli mnie dość mocno "zachęcać". Skończyło się moją wstydliwą ucieczką, oraz pościgiem całej grupy. Ciekawe, nasze domy rozdzielał od siebie tylko płot, ale chodnikami, ulicami i bramkami, to jednak był spory kawałek. Gonili mnie zaciekle, ale nie dałem się. Nie dogonili mnie, choć niektórzy byli starsi ode mnie. Ale w końcu ja, kiedy przymykałem oczy, byłem startującym na olimpiadzie Kazimierzem Marandą.
Kiedyś Rodzice (św. Mikołaj, znaczy się) sprezentowali mi prawdziwy indiański łuk ze strzałami.
Udawałem się wtedy parę domów dalej na dziką i bezkresną prerię i polowałem na bizony. Ten plac, ta łączka, istnieje do dzisiaj. Przynajmniej tak wygląda to na mapach, bo dawno tam nie byłem. Wtedy była dla mnie wielką przestrzenią, po której mogłem biegać do utraty tchu i strzelać z łuku na dowolną, osiągalną dla kilkuletniego chłopca odległość.
Na końcu ulicy Przebendowskich (albo na początku, zależy jak stanąć), była kaplica. Nie byle jaka kaplica, tylko Kaplica Gwiazdy Morza.
Chodziłem tak często z mamą w niedzielę na mszę. Kościól była bardzo daleko, blisko torów prawdziwej SKM-ki, nie tej udawanej przeze mnie, i dlatego pojawialiśmy się tutaj. Teraz pisząc te słowa, zastanawiam się gdzie wtedy był Tata, bo mam w pamięci obraz wspólnych wizyt w tej kaplicy tylko z Mamą.
Kaplica była dość mała, a przynajmniej ta część dostępna dla obcych, co powodowało, że ludzie w czasie nabożeństwa stali w różnych dziwnych miejscach: drzwiach, schodach, korytarzach, barierkach itp. Tak, to miało dla mnie zasadnicze znaczenie,
Dobra, czas na małe wyjaśnienie, bo sztuka, nawet taka marna jak moja, musi nie tylko bawić, ale i uczyć.
Kim, do cholery, byli ci Przebendowscy?
Sprawdziłem (dziś, nie w dzieciństwie). Byli zasłużonymi dla Rzeczypostolitej jegomościami. Żołnierzami, wojewodami, starostami, duchownymi. Jak widać byli zasłużeni, ale jednak nie tak, żeby któryś z nich mógł liczyć na ulicę swojej pamięci. Dlatego zebrano ich wszystkie zasługi do jednego kufra i upamiętniono ich gdyńską ulicą, po której ja chodziłem udając SKM podążająca do Gdańska, albo odwrotnie, nie pamiętam. A może zostali uhonorowani za to, że posiadali pałac w Wejherowie?
Po mszy chodziliśmy z mamą na kremówki. Albo inne ciastka. Chodziliśmy do cukierni na ulicy Balladyny, ale zapewne nie ma po niej śladu we współczesnej Gdyni, Niestety, ślad pozostał za to w moich skłonnościach żywieniowych i szczerze odwzajemnionemu zamiłowaniu do cukru.
Zamiłowanie do jedzenia było we mnie kształtowane przez Rodziców niejeden raz. Pamiętam dzień, wieczór, ponad pięćdziesiąt lat temu, kiedy miałem dostać prezent. Nie kojarzę co to była za okoliczność, ale raczej nie święta, bo choinki nie kojarzę.
Tata przyniósł prezent, który czekał na mnie obok stołu, ale warunkiem jego otrzymania było zjedzenie kolacji. Koszmar. Ja myślałem tylko o tym prezencie, a wpychanie w siebie kolejnych kęsów kolacji było po prostu torturą trwającą wieczność. Ciekawe, wtedy byłem jeszcze normalnym, szczupłym dzieckiem, w końcu byłem przeszkodowcem Kazimierzem Marandą i spokojnie uciekałem starszym kolegom, kiedy nie chciałem grać w gumę.
Ten prezent, to był taki fantastyczny zestaw małych narzędzi i metalowych elementów, które łączyło się, skręcało, tworząc wspaniałe konstrukcje. A wszystko to we wspaniałej drewnianej skrzynce. Te narzędzia przetrwały w naszych domach (głównie u Taty) wiele lat i dekad, część z nich zapewne moja siostra wyrzuciła w zeszłym roku podczas robienia porządków w szafie z narzędziami po śmierci Taty.
Drewnianą skrzynkę, którą w późniejszych latach używałem do ukrywania papierowych skarbów, wyrzuciłem dopiero podczas ostatniej przeprowadzki.
To bez wątpienia był prezent mojego życia. Trochę jakby dawna, metalowa wersja klocków Lego, tyle, że do łączenia elementów wymagane były narzędzia i odpowiednie śruby czy tam wkręty.
Uczyłem się na tych zabawkach podstaw mechaniki, podobnie jak zimą uczyłem się podstaw fizyki, przynosząc do domu w kartonie śnieg, żeby bawić się nim następnego dnia po przebudzeniu. Rano, oczywiście, zamiast zabawy śniegiem, pogłębiłem jedynie wiedzę o zmianach w stanie skupienia różnych skupisk, poznałem resublimację i topnienie, a także bardzo rozbawiłem swoich Rodziców.
Ciekawostka. Pewnie gdybym dziś przeprowadził taki eksperyment, to znając temperaturę panującą w moim mieszkaniu, długo jeszcze mój stan wiedzy nie wyszedłby poza etap resublimacji wody w lód.
W Orłowie było molo, do którego miałem czterysta metrów plażą, a tuż obok molo była słynna knajpa "Maxim". To ta słynna knajpa, gdzie podobno jeden drink kosztował więcej niż średnia pensja w Polsce. Nie wiem czy to prawda, ale tak podaje Wikipedia, a ja bym Wikipedii wierzył.
Ale wtedy nie istniał jeszcze Lady Pank, ani nawet Boney M. Zresztą, i tak wszystko, o czym później śpiewali było dla mnie wtedy niezrozumiałe. Kim był "mahoniowy gość" i czym były "zielone", którymi sypał. a już szczególnie co znaczy "zapłacony ciałem".
W Gdyni było przedszkole, do którego chodziłem, żeby Mama mogła w barze MIR na rogu ulicy Orłowskiej, co chyba wtedy nazywała się w hołdzie obrońcom Stalingradu, właśnie Bohaterów Stalingradu. I kiedy ja męczyłem się podczas leżakowania, albo wstydziłem się powiedzieć, że chcę do toalety, Mama w kuchni tego baru - restauracji Mir - lepiła miliony kołdunów, które później klienci tej restauracji ze smakiem zjadali. Byłem tam wiele razy. I nigdy nie mogłem uwierzyć, że można tak szybko lepić kołduny i jeszcze bardziej nie wierzyłem, że można ich tyle zjadać.
Po przedszkolu często chodziliśmy do biblioteki. Jak widać chodzenie do biblioteki mam zakorzenione od wczesnego dzieciństwa. Jakąś odznakę mogli by mi przyznać.
Biblioteka była na rogu Alei Zwycięstw i już nie pamiętam jakiej, chyba Miodowej.
Nie pamiętam już czy to było na pewno, ale chyba moją ulubioną książką były wtedy obrazkowe przygody Koziołka Matołka. Ta książka była moim marzeniem, ale z jakiegoś powodu nie mogłem jest dostać. Raczej nie z powodu braku funduszy u moich Rodziców, bo z dzieciństwa pamiętam mnóstwo książek. Może nie mieli akurat na empik.com 🙂
W każdym razie długo pozostawała ona tylko w sferze moich niespełnionych marzeń albo mikołajowych życzeń, Dopiero wiele lat później, na szczęście nie za późno, zostałem właścicielem tej zacnej książeczki a także czarnej płyty z nagranymi opowieściami o Koziołku. Taki współczesny audiobook - superprodukcja. Zdarłem tę płytę niemiłosiernie, choć dziś nie pamiętam na czym jej słuchałem, bo nie kojarzę w domu gramofonu, ale faktem jest, ze znałem całość na pamięć, podobnie jak moje dzieci wiele lat później znały na pamięć większość Harrego Pottera.
"Potem Cesarz tak rozkazał:
Niech mu nikt nie daje jadła,
Aż ten chłopczyk się nauczy
Z chińskich liter abecadła.
Jest tych znaków nie tak wiele,
Ze czterdzieści, coś, tysięcy,
Więc się krótko będzie uczył.
Sto lat, może, lecz nie więcej..."
Jedną z moich ulubionych książek dzieciństwa był "Ferdynand Wspaniały" Ludwika Jerzego Kerna o psie, który pragnął zostać człowiekiem.
Ta książka wędrowała ze mną przez całe dzieciństwo i stała na moich półkach jeszcze długo nawet po tym jak straciła swoje twarde okładki.
Nie wiem dlaczego, ale zawsze kojarzył mi się z Psem Huckleberrym, z amerykańskiej kreskówki.
Bajkę tę zapewne oglądałem w orłowskim kinie, które wtedy istniało przy Alei Zwycięstwa. Byłem raczej za mały na filmy, ale pewnie na kreskówki podczas kinowych poranków już nie.
Kino nazywało się Neptun. Tak, kino Neptun w... Gdyni. Mieli wtedy ludzie fantazję.
Wiele się działo w czasie mojego dzieciństwa w Orłowie. Wiele jeszcze powinienem przywołać z zakamarków mojej pamięci.
Na pewno moment, gdy Mama prawie wysadziła w powietrze kuchnię, gdy eksplodowały gotowane przez nią w słoikach ... jagody.
Na pewno trzeba wspomnieć wizyty na drugim końcu Orłowa, u rodziców Cioci Krysi Wardzyńskiej.
Ja swoich Babć i Dziadków już chyba wtedy nie miałem, więc lubiłem tam chodzić i jeździć z wizytą i chyba oni też mnie lubili.
Mieszkali w takim dziwnym domu koło szkoły. Dom był podłużny i miał dwie strony. Z jednej były schody wejściowe, a z drugiej też były schody, tylko że do ogrodu.
Zawsze potem kojarzył mi się ten dom i tamtą rodzina z piosenką:
Dziadek pracował jako dozorca w szkole obok. Kiedy byłem trochę starszy i przyjeżdżałem do niego z wizytą, zabierał mnie czasem do zamkniętej w weekend szkoły i pozwalał przez długi czas buszować z piłkami na wielkiej sali gimnastycznej.
To jedno z moich z najwspanialszych wspomnień dzieciństwa.
I pewnie geneza mojego nigdy niezrealizowanego postanowienia, że kiedyś, jak będę bardzo bogaty, i będę zastanawiał się w jakim mieszkaniu zamieszkać, to z pewnością będzie to jakaś mała sypialnia, przy wielkiej, prywatnej, hali sportowej.
Rozumiecie? W moim wymarzonym mieszkaniu miała być hala sportowa, kort tenisowy, basen, boisko, tor do jeżdżenia rowerem itp. No i wymyśliłem, że jednak prościej będzie kupić jakiś ośrodek sportowy i zorganizować w nim jakiś kąt do spania...
W Gdyni poszedłem po raz pierwszy do szkoły. Byłem zdolnym dzieckiem, szybko nauczyłem się czytać i pisać i ogólnie byłem ogarnięty, więc Rodzice stwierdzili, że pójdę do szkoły rok wcześniej, jako sześciolatek, zwłaszcza, że urodziłem się w styczniu, więc różnica nie była duża.
Pomysł dobry, ale nie wypalił, bo nie przeszedłem testów w specjalistycznej przychodni pedagogiczno - psychologicznej.
Nie pamiętam nic z tego wydarzenia, tak samo jak nie pamiętam zupełnie nic z pobytu w tej szkole przygotowawczej, gdzie jako sześciolatek trafiłem.
Chociaż jest coś. Kojarzę autokarowy wyjazd ze szkoły do Rozewia i obiad w barze na Półwyspie. Ziemniaki, smażona ryba, i kapusta kiszona. Smak tego obiadu noszę w sobie do dzisiaj. Podobnie jak tęsknotę za smakiem smażonych ryb...
W wieku chyba siedmiu lat przestałem być mieszkańcem Gdyni. W ostatniej chwili.
Rodzice, a konkretnie Tata, pracując w Stoczni Gdańskiej, zbierał fundusze na własne, rodzinne, mieszkanie. Ale że to był PRL, i wszystko tam było postawione na głowie, to zamiast właściwego mieszkania, dostał mieszkanie zastępcze, tymczasowe.
To nie było mieszkanie z marzeń, ale było już mieszkaniem w bloku tylko dla siebie, a nie pokojem u kogoś w domu.
Przeprowadziliśmy się zatem do bloku w Gdańsku - Jelitkowie przy ulicy Gospody 5.
Dla mnie była to już druga przeprowadzka, trzecie mieszkanie i pierwszy w życiu powrót do Gdańska.
Część 3. - Gdańsk, ulica Gospody - (1975-1976)
Okres mojego życia przypadający na czas naszego pomieszkiwania, bo to w końcu mieszkanie tymczasowe, w Jelitkowie, to lata 1975-1976. To tylko mniej więcej rok, ale to przecież rok mojej młodości. To czas pójścia do szkoły, wysyłania powołań na mecze piłkarskie, bieganie z kanapkami na peron SKM, albo do kiosku po fajki dla Mamy. To także szwedzkie windy i wojny międzyosiedlowe.
Piękny to był czas. Czas pokolenia z kluczem na szyi. Czas Czarnej Wołgi i skakania z huśtawki. Beztroski czas. I taki piękny.
Samego mieszkania niespecjalnie pamiętam. Błok w stylu "stara szafa", siódme piętro, długi korytarz przez całą szerokość bloku, można było spokojnie rowerem śmigać. przynajmniej do czasu, jak mi go kiedyś nie ukradli. Szkoda. Świetny był. Składany. Chyba Wigry 2 albo 3. Ale włamał się ktoś do piwnicy i było po rowerze. Poszedł na części, bo resztki ramy znaleźliśmy trochę potem na łąkach, blisko plaży.
A propos plaży. Znowu zamieszkałem blisko morza. Może nie aż tak blisko, jak Gdyni, ale do wody miałem mniej niż kilometr. Do pętli jelitkowskiej pewnie ze 400 metrów, a do wielkiej hali Ergo Areny mniej niż 100 metrów, gdybym w tym mieszkaniu został przez kolejne dekady i poczekał na jej wybudowanie.
W bloku tym były stare windy, zamykane dodatkowo od środka parą metalowych drzwi zabezpiecząjących. Do tych drzwi potrzebny był specjalny, wielki klucz. Ten klucz mieli tylko rodzice, więc dzieciaki chcąc nie chcąc nie mogły same jeździć windami.
Na szczęście w tamtych latach, na powstającym po drugiej stronie ulicy osiedlu Żabianka, montowano supernowocesne szwedzkie windy. Takie, jakie można, spotkać jeszcze obecnie we wszystkich wielkich blokowiskach typu Morena. Ale wtedy to był powiew wielkiego świata. Chodziliśmy na Żabiankę i godzinami woziliśmy się windami w górę w dół. Piękne czasy.
Pewnie byśmy do dziś tak jeździli, gdyby nowe osiedle Żabianka nie zostało w końcu zasiedlone i nie ukszttowały się tam podobne do nas, ale jednak wrogo nastawione, bandy z Żabianki. Byliśmy zbyt młodzi na przemoc werbalną, ale z jakiegoś powodu, którego dziś nie pojmuję, zbieraliśmy w liczne grupy, mniej więcej po 20 - 30 osób i demonstracyjnie staliśmy na skraju ulicy po naszej stronie osiedla, a na przeciwko podobna grupa siedmiolatków z Żabianki. Siedmiolatków! Nigdy nie doszła do jakiejś walki, nawet do próby sforsowania ulicy, kończyło się zawsze na demonstrowaniu siły.
Biologia w pełnej krasie. Zaznaczanie swojego terytorium, prezentacja muskułów, brakowało tylko walki o partnerki.
Raz, pamiętam, skończyło się inaczej. Ktoś, chyba oni, rzucił małym, zielonym jabłkiem zerwanym z drzewa i trafił w dozorcę jakiegoś warsztatu przy ulicy. Skończyło się błyskawiczną ucieczką obu grup do domów. Takie były zabawy.
Któregoś słonecznego dnia 1975 roku Żabianka rozrosła się tak bardzo, że wybudowano stację SKM Gdańsk - Żabianka. Pamiętam, jak z Tatą poszliśmy zobaczyć uroczysty wjazd pierwszego pociągu na stację. Tłumy ludzi, pełny peron i wjeżdżający pociąg. Tumult, wiwaty i... pociąg nie zatrzymał się. Coś nie zagrało i musieliśmy poczekać na kolejny. Ten już regulaminowo stanął ku radości licznie zgromadzonej publiczności, która powiwatowała, pomachała, do pociągu nie wsiadła tylko rozeszła się do swoich domów.
Innym razem odwiedziłem stację SKM, bo Tata poszedł do pracy i zapomniał kanapek. Mama szybko spostrzegła problem i chwile potem już biegłem przez osiedle do SKM. Zdążyłem, przecież byłem słynnym przeszkodowcem, biegaczem, Kazimierzem Marandą, gdy przymykałem oko.
Tata uśmiechnął się, ale nie podziękował. Stara, patriarchalna szkoła wychowania, polegająca na nieokazywaniu za wszelką cenę uczuć. Rozumiem.
Dla Mamy też często biegałem Głównie po fajki do kiosku. "Klubowe" chyba albo "Sporty". Kiepsko żyć ze świadomością, że każdego dnia dokładałem cegiełkę do Jej śmiertelnej choroby.
Biegałem wtedy całkiem nieźle. Za moim blokiem było takie asfaltowe kółko. Niezbyt wielkie, choć wtedy niewiele potrzebowałem, żeby wyobrazić sobie, że to bieżnia olimpijska. Tam często mierzyliśmy się z chłopakami w bieganiu. Jedno z moich najbardziej wartościowych wspomnień z dzieciństwa to właśnie taki bieg. 10 okrążeń stadionu olimpijskiego. Większość chłopaków odpadło po kilku kółka. Wytrzymało tylko trzech: jak i dwóch starszych ode mnie braci, świetnych sportowców. Przybiegłem drugi. Byłem z tego dumny przez następne kilka lat.
Biegałem też w szkole, a właściwie wokół szkoły. To była Szkołą Podstawowa Nr 77. Moja pierwsza podstawówka - i moja wychowawczyni Brygida Ratusznik. Takie rzeczy się zwykle pamięta, choć w zasadzie nie wiadomo po co.
Szkoła była przy ulicy Orłowskiej. Podobnie jak ta moja w Gdyni. W sensie później była Orłowska, jak już obaliliśmy komunę. W Gdańsku chyba szybciej poszło to obalanie komuny, bo ulica Orłowska była już od dawna.
Biegałem więc wokół tej szkoły w niezliczonych zawodach między chłopakami. Jedno okrążenie wokół budynku i za każdym razem dylemat taktyczny: zaatakować od samego początku i zyskać spora przewagę, a potem bronić prowadzenia do końca, czy może inaczej, biec spokojnie pierwszą połówkę szkoły, a potem wszystkie siły na finiszu? Nie wygrywałem. Może dystans był zbyt krótki (250 metrów), a może byłem już przekarmiony i powoli wchodziłem w do dziś nie zamknięty okres nadprogramowych kilogramów.
A propos odległości. Do mojej klasy chodził Sławek. Słynął z wielu rzeczy, ale zapamiętałem go głównie z tego, że zawsze spóźniał się na lekcje. Powiecie, nic specjalnego. Oczywiście,
ale on mieszkał w bloku, który oddalony był od wejścia do szkoły o 50 metrów, a jak się wchodziło dziurą w płocie, to raptem 20 metrów. Wychodził z domu w kapciach, i zawsze dopiero po dzwonku na lekcje. I miał nazwisko Budzik.
Budziła się moja fascynacja piłką nożną. Grałem każdego dnia. Boiska porządnego nie było w okolicy, ale mali jeszcze byliśmy, więc wystarczał nam mały plac między blokami. Ganialiśmy więc każdego dnia - my, dzieci, z pokolenia klucza na szyi. Rodzice wszystkich z nas pracowali zawodowo i my szybko byliśmy przyuczani do samodzielności. Wszędzie sami. Do szkoły blisko, po zajęciach edukacyjnych powrót do domu, kanapka w rękę i z kluczem na szyi na podwórko. Dziś nie do pomyślenia.
Jedyne czego się baliśmy, to Czarna Wołga. To jedna z legend miejskich, czyli takich opowieści, które choć nigdy nie zweryfikowane zwykle nieprawdopodobne, to zawsze trafiały na podatny grunt i budziły trwogę u dzieci tamtych czasów. U dorosłych chyba, zresztą, też. Chodziło o to, że podobno w mieście istniał gang, który porywał małe dzieci i zabijał je, żeby pozyskiwać krew i chyba narządy, bo w sumie po co? W oponach przechowywali świeżą krew (to jeden z absurdów)
a po mieście poruszali się Czarną Wołgą To był dość popularny samochód w tamtych czasach i nieraz widywaliśmy się takie na ulicy obok podwórka.
Na podwórku graliśmy głównie w piłkę. Kiedyś dostałem z Anglii, od wujka z Liverpoolu, bo musicie wiedzieć, że miałem w Anglii wujka. To był rodzony brat mojej Mamy. W 1939 roku, czyli w roku wybuchu wojny, czyli cztery lata przed narodzinami Mamy, poszedł na wojnę i już nigdy do Polski nie wrócił.
Mama pojechała do niego w latach 80-tych i wtedy pierwszy raz się z nim spotkała. Wcześniej znali się tylko z listów.
Ale w roku 1975 wujek przysłał mi angielską piłkę. Ale co to była za piłka! Prawdziwe Lamborghini wśród piłek.
Musicie sobie wyobrazić siermiężny PRL, gdzie nawet porządnej piłki do kopania nie było łatwo zdobyć. Te, które mieliśmy, takie "biedronki" bo miały czarno czerwone łaty, szybko ścierały się od grania na asfalcie, bo przecież innych boisk nie mieliśmy. A potem szybko rwała się skóra i chwilę potem gumowy balon w środku pękał. Ta moja z Anglii była Inna. Lamborghini. Biała. Śnieżno biała. W kolorowym, kwadratowym kartonie, który nawet bez piłki w środku wyglądał nadzwyczaj ekskluzywnie. Piłka była z tworzywa sztucznego i nie miała balona w środku, tylko była jakoś hermetycznie klejona pod ciśnieniem. Ta ostatnia cecha ją zgubiła. Starsi chłopcy z osiedla nie mogli wyjść z podziwu nad tą piłką, nie mogli też zrozumieć jak piłka może nie mieć w środku balona. Przecież musi coś mieć w środku. Sprawdzili więc empirycznie, przy pomocy ostrego noża. Przecięli, rozcięli, posyczało, poprychało i w zasadzie było piłce.
Tata próbował jeszcze reanimować tę cudowną piłkę przy pomocy specjalnego kleju, którego w stoczni używał do sklejania statków ze sobą, albo czego równie wielkiego. Nie pomogło. Cieszyłem się prezentem od wujka z Anglii może ze trzy dni.
Moje lamborghini wśród piłek rozpadło się na kawałki w zasadzie nie wyjeżdżając z garażu.
Kiedy nie graliśmy w piłkę, to skakaliśmy z huśtawek. To bardzo popularna w tamtych czasach zabawa. Wygrywał ten Kto skakał dalej, albo połamał sobie mnie =j kończyn,
Jedna z huśtawek to była wąska deska, długości może ze dwa metry, zawieszona na łańcuchach i bujająca się wzdłuż swojej długości. Można tak powiedzieć? Była bardzo niebezpieczna i jeśli miałbym zabawę z tą dechą do czegoś przyrównać, to może do rodeo albo ujeżdżania dzikiego konia. Z tym że nasza deska była bardziej szalona i narowista. Nie każdy odważył się na nią wsiadać, ale każdy kto próbował prędzej czy później z niej spadał.
Chyba zbyt wiele krwi się przez nią polało, bo w końcu jacyś dorośli ją zdemontowali i skończyło się nasze rumakowanie.
W piłkę graliśmy nie tylko na podwórku, ale i w szkole. Mecze międzyklasowe to był mój żywioł.
Nakręcałem się niemiłosiernie. Rozumiecie, mecz I"B" kontra I "C", a ja wysyłałem na specjalnie przygotowanych karteczkach powołania na ten mecz do zawodników z naszej klasie. Taki byłem.
Obok naszego mieszkania były jeszcze dwa inne i mieszkali w nich moich kumple z klasy. Jednego bardzo lubiłem, często go odwiedzałem, a zapamiętałem go ze smutnej historii jego kota, który nieszczęśliwie wypadł z balkonu z siódmego piętra. Wydarzenie było niezwykłe, bo młody kot przeżył, ale był na tyle połamany, że został uśpiony. Może gdyby rzecz stała się dzisiaj, to współczesna kocia medycyna uratowała pechowego lotnika, albo gdyby wtedy spadł na w miarę miękką trawę, a nie na metalowe kratki od piwnicy.
Drugim sąsiadem był Andrzej. Z nim wiąże się historia najwspanialszej zabawy z dzieciństwa. Zabawy, która do dziś budzi moje emocje i nie jestem już w stanie stwierdzić na ile to fantazja i doklejane przez lata wyobraźni "dodatki" do tej historii, a na ile prawda. Jego tata był marynarzem, a to w tamtym czasie oznaczało wyższy status społeczny, drogie zabawki dla dziecka, a przede wszystkim dostęp do zachodnich sklepów z tymi zabawkami. Któregoś dnia zaprosił mnie do siebie, żeby pokazać przywiezioną przez tatę kolejkę elektryczną. Ale co to była za kolejka. Prawdziwe lamborghini wśród kolejek.
Na wspomnienie tamtego wieczoru mam ciarki na plecach nawet dziś. Zgaszone światło w pokoju, półmrok, Całą wolną przestrzeń pokoju dziecięcego zajmowała ta kolejka, Właściwie należałoby powiedzieć ta makieta kolejki. Wszędzie mnóstwo budynków. peronów, innych obiektów i oczywiście pociągów. I wreszcie pokrętło zostało przekręcone. We wszystkich miniaturach budynków infrastruktury kolejowej rozbłysły światła. Także w pociągach, które właśnie ruszyły. Podnosiły się szlabany, świat zawirował. Działa się magia.
Byłem u niego raz czy dwa, ale zapamiętałem ten wieczór do dziś. I powtórzę, nie wiem ile w tym rzeczywistości, a ile mojej wyobraźni, ale tamta kolejka była wspaniała. Wiem, że dziś istnieją kapitalne i ogromne makiety kolejowe, ale tamta była z roku 1976 i była magiczna.
Nigdy nie miałem takiej wspaniałej kolejki, ale moje zamiłowanie do kolei cały czas wzrastało, kwitło od czasów, gdy jako kilkuletni chłopiec wzdłuż gdyńskiej ulicy poświęconej znanym ludziom, co mieli pałac w Wejherowie, udawałem kolejkę SKM jadącą z Gdyni do Gdańska, albo odwrotnie.
Na końcu bloku, ale nadal na tym samym piętrze mieszkał kolejny chłopak z mojej klasy. Miał na imię Piotr i był moim przyjacielem, a przynajmniej tak można było powiedzieć. Jego mama gotowała na obiad makaron zasmażany z jajkiem. Smaki dzieciństwa.
Mieszkanie zastępcze jest tylko mieszkaniem zastępczym i kiedyś musi zostać zastąpione prawdziwym, nawet w w absurdalnym PRL-u, więc chyba jesienią 1976 roku przeprowadziliśmy się na Morenę.
Zostałem mieszkańcem bloku przy ulicy Franciszka Zabłockiego 2B w Gdańsku.
Kolejna przeprowadzka dla mnie, ale tym nie tylko do nowego mieszkania, ale i do własnego pokoju.
Część 4. - Gdańsk, ulica Zabłockiego - (1976-1989)
Czas mojego dzieciństwa spędzonego na Morenie opisałem najlepiej, jak potrafię, w tym tekście:
Kiedy z perspektywy swojego ponad półwiecznego życia, z perspektywy 17 różnych adresów zameldowania, zastanawiam się, czy któryś z nich jest moim miejscem na ziemi, to bez wątpienia na myśl przychodzi mi Morena.
Chodź mieszkałem w górach, w Łodzi, nad morzem, w Lublinie, ba, nawet w Gdyni, to zawsze będę chłopakiem z Moreny.
Tak wiele tutaj się wydarzyło, tak wiele wspomnień zostało. Od kopania piłki, od biegania na Poligon w poszukiwaniu łusek od karabinu, po jeżdżenie z własnymi dziećmi wózkiem po tym samym terenie.
Od wygranych wyścigów rowerowych czy zawodów tenisowych, po trudny czas rozwodu. Tyle spraw.
Każdy z nas powinien mieć swoje prawdziwe miejsce na ziemi, swój dom. Każdy powinien je mieć. Ja swojego szukałem cały czas. Marzyłem o górach "nad dachami równin", marzyłem o domku w Alei Marzeń 1. Czasem wydaje mi się, że mimo naliczyłem aż siedemnaście miejsc, w których dane było mi mieszkać, to nie udało mi się takiego swojego miejsca na ziemi znaleźć. Kilka razy byłem blisko, naprawdę blisko, ale zawsze czegoś zabrakło.
Najbliżej było pewnie na Morenie.
Wracałem tu wiele razy. Jako dzieciak, jako młody chłopak, jako mąż i ojciec. Stąd wyjeżdżałem do wojska, potem do Lublina, a w końcu próbując przetrwać już w samotności, wybierałem kolejne mieszkania. Ale zawsze przecież zawsze tam wracałem...
Dwie, trzy dekady to czas który szybko mija, ale to czas, który może wiele zmienić na świecie. Dziś Morena, zwana oficjalnie jako Piecki-Migowo, to przeludnione osiedle, z ogromną ilością bloków, sklepów czy dróg, po których ciągnie się niekończąca masa samochodów, to autobusy i tramwaje. Ale wtedy, kiedy ja tu zamieszkałem, było zupełnie inaczej...
Tata wreszcie otrzymał własne, rodzinne, mieszkanie ze Stoczni Gdańskiej, gdzie pracował. Tak naprawdę w pełni własne (własnościowe) stało się ono dopiero wiele, wiele lat później, gdy Rodzice wykupili to mieszkanie ze Spółdzielni.
Niemniej jednak, po latach tułaczki, wynajętych pokoi i pokoików, zastępczych lokali, wreszcie mieli coś własnego.
Kiedy decyzja o przyznaniu mieszkania już zapadła, kiedy w prowizorycznym (do dziś taki jest) budynku Lokatorsko-Własnościowej Spółdzielni Mieszkaniowej "Morena" losowaliśmy numer mieszkania, świat wokół zupełnie nie przypominał tego, który znamy dziś.
Wydaje mi się, że to ja wyciągałem karteczki z numerem lokum, ale może tylko mi się wydaje. Na pewno tam byłem i na pewno ktokolwiek wyciągał karteczkę, miał szczęście, bo przecież nie każde mieszkanie miało np. balkon. Takie były czasy.
Przyjechaliśmy zobaczyć nasze nowe mieszkanie. Był pewnie czerwiec, może lipiec, 1976 roku. Wszędzie wokół wielkie błoto, albo rosnące zboże. I kilka pierwszych bloków. Budowa jeszcze trwała, ale nikomu nie przeszkadzało, że ludzie przychodzili oglądać swoje przyszłe pokoje. Tu coś odpadało, tam pękało, tu była dziura, ale przecież to wszystko było nieistotne. Liczyło się tylko to, że było to własne lokum i że czekał tam na mnie wreszcie własny pokój.
Pamiętam, że pierwszą rzeczą, po oficjalnym wejściu do mieszkania, jeszcze bez mebli, było sprawdzenie czy jest prąd. Tata miał kabel z żarówką. I właśnie tym prowizorycznym sprzętem zweryfikował czy w gniazdku znajduje się prąd.
Był. Wielka przygoda mogła wystartować...
Mieszkanie na Morenie to moja młodość, a najbardziej z moją młodością wiąże się oczywiście sport. Przed moim blokiem było boisko. Nie od razu, bo najpierw było wielkie jezioro po którym pływaliśmy na zbudowanych z budowlanych odpadów tratwach. Ale potem to już było boisko. Betonowe, bo wtedy innych nie budowali. Piłki zdzierały się na nich niesamowicie szybko, a bardziej od piłek zdzierały się tylko nasze kolana. Ale komu to wtedy przeszkadzało. Kiedy miałeś kontuzję, kiedy stało ci się coś w nogę, to przede wszystkim nie mówiłeś o tym rodzicom, bo wtedy na bank nie puściliby cię na dwór, a zakaz wyjścia do chłopaków, to była największa z możliwych wtedy kar. Niewyobrażalna.
Kiedy po kolejnym wyczerpującym meczu, a trzeba Wam wiedzieć, że wtedy, jeśli pogoda pozwalała, a w letnie wakacje zwykle pozwalała, to graliśmy po kilkanaście godzin dziennie. Od rana do północy. A więc po takim kolejnym wyczerpującym meczu zerwałem coś w ścięgnie Achillesa. Po prostu nie mogłem chodzić. Może powoli przesuwać stopę po ziemi. Żaden bieg, żaden trucht, nic. Zerwane ścięgno, to wiadomo, przerwa dla zawodnika na kilka miesięcy. Ja po kilku dniach nieludzkiego cierpienia z powodu tego, że nie mogę grać z chłopakami, zacząłem próbować. Delikatnie, z ogromnym grymasem na twarzy, powoli, krok po kroku do przodu. Może po kolejnym tygodniu już trochę biegałem. Po kolejnym - grałem na całego. Dziś trudni to zrozumieć. I dziś płacę za to odpowiednią cenę. Ból za każdą niewyleczoną wtedy kontuzję. Za każdy zbyt szybki powrót na boisko. Bolące stawy przypominają mi o każdej kontuzji, o okolicznościach każdej z nich. Wszystko pamiętam.
Którejś zimy, gdy oprócz piłki na śniegu grywaliśmy także w hokeja na lodzie, zwykle bez łyżew, bo tych mało kto miał, więc graliśmy na butach, dostałem potężny cios krążkiem w wewnętrzną stronę stopy. Okropny ból, ale jak to się wtedy mówiło: "Kontuzja? A co to za kontuzja? Przecież każde złamanie można rozchodzić." Więc rozchodziłem. Bolało, ale to zbyt mało, by przeszkodzić w dalszej zabawie.
Wieczorem z dużym trudem dowlokłem się do domu, choć przecież miałem kilkadziesiąt metrów i w przeciwieństwie do poprzedniego mieszkania, mogłem już jeździć windą. Nielegalnie, bo dopiero od ukończenia 12 lat, ale kto by na zwracał uwagę.
W łazience zdjąłem skarpetkę i ze zdumieniem zauważyłem, że cała stopa jest dosłownie czarna od stłuczonej kości. Długo trwało, nim zorientowałem się, że to nie jest brud, tylko kontuzja. Kolejne dni nie mogłem stanąć na nogę, ale każdego dnia meldowałem się na boisku/lodowisku i próbowałem coś robić z piłką. Cokolwiek, byle grać.
Turnieje tenisowe to ja wygrywałem zanim Iga Świątek stała się modna. Nawet kiedy ona przyszła na świat.
Wiele złego można powiedzieć o tamtych mrocznych albo co najwyżej szarych czasach, bo tak była tamta rzeczywistość. Żadne wybielanie nie ma żadnego sensu. Dziś istnieje cała paleta możliwości, które nakrywają czapkę wszystkie pozytywne dokonania z tamtych czasów, ale jednak wspomnieć o tym trzeba: Spółdzielnia organizowała mnóstwo zajęć oraz imprez sportowych dla dzieciaków. I choć to były siermiężne imprezy, to były dla nas niemal jak igrzyska olimpijskie. Tenis amatorski, wbrew pozorom, istniał na osiedlu. Nie było jeszcze kortów ziemnych, ceglastych, kortów pod balonem. Były tylko te betonowe przy ulicy Wileńskiej.
I umówmy się, to nie były betonowe korty Flashing Meadows na US Open. To były toporne betonowe korty na Morenie. Piłki, których nie było łatwo dostać, bo Decathlon powstanie dopiero za ćwierć wieku, zdzierały się do gumy niemal po każdym meczu. A jednak graliśmy. Kort był jeden i nie zawsze udawało się na niego wbić. Czasem trzeba było godzinę lub dwie siedzieć pod kortem i czekać na swoją kolej. Ale graliśmy.
Początki były trudne. Mój przyjaciel Fidel miał dwie drewniane rakiety. Wtedy tylko takie były. Jedna była super elegancka, masywna i podobno pochodziła od jednego znanego gracza. Druga była zwykła, drewniana, a w dodatku miała zerwany naciąg. Uczyliśmy się tenisa i żeby było sprawiedliwie, co dwa gemy zmienialiśmy rakiety. W końcu tenis, to sport dżentelmenów.
W późniejszym czasie Rodzice kupili mi nową, biało-czarną rakietę "Nefryt" i wszystko się zmieniło.
Mecze były bardzo zacięte, walczyliśmy na śmierć i życie. Kiedy wygrywałem ja, Fidel bardzo się irytował, bo on chodził na prywatne lekcje tenisa. Tenis to wspaniała gra.
Jakiś czas później stałem się posiadaczem metalowej rakiety "Polonez". To był wtedy szał. Nie wiem, czy to moje umiejętności, czy ta ta rakieta, ale wygrałem dwa amatorskie turnieje tenisa na Morenie. Dla dzieciaków i młodzieży. Wiem, że to była zabawa, ale wygrałem je i nikt mi tego nigdy nie odbierze.
Wygrałem też wyścig rowerowy. Ale to już raczej zasługa mojego roweru. Miałem super kolarzówkę. Wprawdzie wersja dla ubogich, bez przerzutek, ale jednak wyścigówka. Nie dałem rywalom szans.
I tak to wtedy wyglądało. Turnieje tenisa, biegi uliczne, wyścigi rowerowe i mnóstwo zawodów piłkarskich. Z okazji mundialu, albo bez okazji, Spółdzielnia organizowała turniej. Chętni zapisywali się, wybierali nazwę jednej z reprezentacji i cały dzień toczyły się zmagania. Była muzyka, mikrofony, emocje i radość na twarzach dzieci. Bo komunistyczna Spółdzielnia dbała o dzieciaki, ta obecna zupełnie odwrotnie.
Szkoły na Morenie długo nie było. Chodziliśmy do Wrzeszcza Na ulicy Traugutta była Szkoła Podstawowa nr 54. Gdy byliśmy mali, dowoził nas codziennie specjalnie podstawiony autobus, potem już radziliśmy sobie sami. Autobusem 184 do Wrzeszcza, albo pieszo przez las i radary obok "Ślimaka".
I życie było piękne.
Na zakupy chodziło się do jedynego sklepu w okolicy, który dziś jest Biedronką, ale wcześniej różnie się nazywał: Społem, REMA1000, Semeco, Grosz i sam już nie pamiętam jak.
Pamiętam za to kolejki w nim. Kilka razy w miesiącu "rzucali" kawę. Ja kawy nie piłem, ale nadawałem się do stania w kolejce. To była taka specyficzna kolejka. Tworzyła się nagle, gdy z boku sklepu, na zewnątrz, otwierało się małe okienko i zaczęli sprzedawać kawę ekstra select. Błyskawicznie zbierał się tłum ludzi, tworzyła się długa kolejka, w której stały też dzieciaki z boiska. To były czasy bez telefonów komórkowych i messendżerów, a jednak w jednej chwili w kolejce stało kilkaset osób, w tym dzieciaki z boiska. Na szczęście sprzedawanie i kupowanie szło sprawnie i szybko wracaliśmy do swoich, dziecięcych, spraw.
Gdy byłem trochę starszy i powoli wyrastałem z epoki codziennego grania w piłkę, zacząłem jeździć z chłopakami rowerami na Poligon. To było wtedy tak daleko "za miastem", że aż wypadało pytać Mamę o zdanie. Dziś tam i o wiele dalej można dojechać autobusem pociągiem albo tramwajem. Tak zmienia się świat na naszych oczach.
A potem nastała era ławki pod trzepakiem.
To nie jest tak, że tylko teraz wszyscy mają social media. My swoje wtedy też mieliśmy, Na ławce. Każdego popołudnia, do późnego wieczora, siedzieliśmy grupą kilkunastu chłopaków i gadaliśmy o wszystkim To było miejsce wymiany poglądów, plotek, wiadomości, nowości, wspomnień. Takie nasze media społecznościowe naszych czasów. Na ławeczce poznawaliśmy świat i wchodziliśmy powoli w dorosłość.
Tata niestudzony pracował w Stoczni Gdańskiej, a Mama pracowała w pobliskim przedszkolu jako pomoc fizyczna od wszystkiego. Od sprzątania, od gotowania w kuchni, od pilnowania dzieciaków. Czasem, w niedzielę, korzystając z Jej kluczy i dostępu, udawałem się do przedszkola i okazywało się, że moje kilkanaście lat wcale nie wyklucza oczarowania taką ilością dziecięcych zabawek. Bo człowiek zawsze pozostanie dzieckiem.
To był czas wielu moich kolegów i przyjaciół z którymi wchodziliśmy powoli w dorosłość. Niektórych nie ma już z nami.
Nie ma Marka Zienkiewicz, z którymi tyle meczów rozegraliśmy, który był jedynym, który pisał do mnie listy, kiedy obaj byliśmy w wojsku.
Nie ma Macieja Piątkiewicz, który mieszkał w mojej klatce, z którym albo grałem w piłkę, albo chodziłem na jego mecze, gdy występował w barwach Wybrzeża Gdańsk.
Reszta gdzieś pewnie jest, ale nasze wspólne drogi rozeszły się. Dawno, albo dopiero co. Fidel, Krzysiek, Jacek i wielu, wieli innych.
Aż całkiem niespodziewanie i zupełnie bez zapowiedzi przyszła dorosłość.
We wrześniu 1989 roku dostałem wezwanie do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Do Łodzi. Przyszedł czas pożegnania z Moreną.
Część 5. - Łódź, Źródłowa 52 (1989-1991)
Trudno nazwać wojsko swoim domem, ale z drugiej strony, gdy spędzasz tam bardzo intensywne miesiące swojego młodego życia, kiedy nocujesz tam, jesz śniadania i kolacje, pijesz alkohol z kolegami, oglądasz w telewizji mecze mistrzostw świata w piłce nożnej, to jednak jest to trochę jakby dom.
To taki specyficzny dom, bo ktoś buduje go dla ciebie, choć wcale o to nie prosiłeś. Ktoś ściąga cię do niego, choć wcale tego nie chcesz. A jednak jesteś częścią wspólnoty. Tworzysz społeczność, która współistnieje, która kocha, nienawidzi, śmieje się, płacze, krwawi. Wszystkie uczucia świata.
Wojsko, to spanie na piętrowych łóżkach, to śniadania i kolacje o umówionych, zawsze tych samych, porach. Wszystko jednakowe, przynajmniej na początku. Z początku strach, zmęczenie, ale potem także zabawa. To także działanie w grupie. To poznawanie siebie i swoich możliwości. Nie zawsze podążających w dobrym kierunku. Ale takie przecież jest (było wtedy) życie młodego człowieka wchodzącego w dorosłość.
Nie chciałem iść do wojska. Długo robiłem wszystko, co w mojej mocy, by tam się nie znaleźć. Ale kiedy już się znalazłem, najpierw musiałem zadbać o to, by przerwać, a potem, by… dobrze się bawić.
Trafiłem na niezły czas. Poszedłem na dwa lata, a wyszedłem po 18 miesiącach. Zmiany w Polsce dotyczyły także wojska i ja szczęśliwie na ten moment się załapałem. Starsi żołnierze, którzy poszli do wojska rok wcześniej przeżyli szok. Gdy opuszczali swoje domy dogorywała komuna. Pracy było pełno, sklepy puste. A kiedy wrócili po dwóch latach, było zupełnie odwrotnie. Ciężko było im to zrozumieć.
Moje wojsko to także nowości. Pamiętam z jakimi przejęciem oglądaliśmy zagraniczne kanały telewizyjne w jednej z pierwszych w Polsce telewizji satelitarnych. Powiew wielkiego świata, wtedy jeszcze mi nieznanego.

Część 6. – Unieście (1990-1991)

Unieście koło Mielna, to także część mojej zasadniczej służby wojskowej, ale jednak tak rozbieżna od tej w Łodzi, że uznałem pobyt tam, za kolejny kawałek poszukiwania mojego domu.
Bardzo dziwnego. W namiocie albo w piekielnie zimnym budynku, z trzema dziwnymi kolegami, ale też z dwoma psami, a przecież całe życie marzyłem o własnych psach. Więc jednak trochę dom, prawda?
To były ostatnie miesiące, tygodnie, beztroskiego młodzieńczego życia. Życie w wojsku jest jednak na swój sposób beztroskie. Niewiele potrzeba, by przeżyć. Masz zapewniony byt, zorganizowany czas, wszystko jest zaplanowane i policzalne.
Ale w końcu to beztroskie życie się kończy. Dziś młodzi ludzie nie idą „w kamasze” ale wtedy zasadnicza służba wojskowa, to była granicą/cezurą.
Szedłeś do woja jako chłopiec, a wracałeś do domu jako mężczyzna, który za chwilę pójdzie do pracy, a chwilę potem założy własną rodzinę.
Wróciłem więc do domu i poszedłem w świat w poszukiwaniu swojego domu, swojej rodziny, swojej przyszłości.
Część 7. – Lublin, ul. Niemcewicza (1991)

Zamieszkałem w Lublinie. Wynająłem pokój, żeby być jak najbliżej mieszkającej w Świdniku Moniki.
W swoim życiu podejmowałem wiele różnych decyzji. Jedne były mądre, inne… mniej. Ale zapewne ta o wyjeździe z Gdańska i zamieszkaniu w Świdniku/Lublinie była jedną z tych, które były najbardziej brzemienne w skutki. Była decyzją, która ułożyła całe moje późniejsze życie.
Pokój w domku jednorodzinnym na obrzeżach Lublina. Na obrzeżach, bo w tym miejscu Lublin niemal graniczył ze Świdnikiem, a rozdzielał oba miasta jedynie Obóz Koncentracyjny na Majdanku. I właśnie pokój z widokiem na ten osób wynająłem.
Mieszkałem na piętrze obok bardzo specyficznej, starszej pani. Mimo, że miała naprawdę bardzo podeszły wiek, mimo, że choroba zginała jej ciało do ziemi, to większość wolnego czasu spędzała na sprzątaniu piętra. Kuchnia, łazienka, korytarz zawsze lśnił czystością. Wszystko pedantycznie ustawione na swoim miejscu. Od ściereczki, po łyżki. Od opuszczonej deski, po szklanki. Perfekcyjnie. Nie było to dla mnie jakimś dużym problem. Ja tam lądowałem tylko na noc, późnym wieczorem i rzadko gotowałem coś więcej niż wodę na herbatę, więc akceptacja tego stanu rzeczy nie była dla mnie jakimś problemem.
Rodzina, u której mieszkałem, prowadziła swoją działalność gospodarczą. W małym przydomowym garażu produkowali andruty. Takie cienkie wafle, które potem sprzedawali po cukierniach do produkcji słodyczy. Pilnie potrzebowałem wtedy pracy, więc prosiłem o możliwość pomocy przy wypiekach, ale ich manufaktura była skromna i zyski zapewne nie wystarczały na zatrudnienie i opłacanie pomocników.
Po drugiej stronie ulicy była szkoła. Spróbowałem tam uzupełnić swoją edukację i po prostu zdać maturę, ale jak się szybko okazało to jeszcze nie był ten moment w moim życiu, żeby potraktował ten temat poważnie. Za dużo i zbyt gwałtownie toczyło się moje życie, żeby starczyło uwagi na szkołę.

Właściciele tego domu posiadali nastoletnią córkę. I chyba ten fakt sprawił, że moje życie nabrało jeszcze większego przyspieszenia i do listy adresów zamieszkania dość szybko dopisałem kolejny.
Rodzice tej nastolatki bardzo dbali o moralność swojej córki i zupełnie nie akceptowali faktu, że co jakiś czas do mnie przychodziła moja przyszła żona, a już szczególnie tego, że raz czy dwa została u mnie na noc. To było nie do przyjęcia. Dla nich, nie dla mnie. A ponieważ coraz częściej działo się tak, że będąc w odwiedzinach u Moniki, „nie zdążałem” na ostatni autobus do Lublina i siłą rzeczy „musiałem” zostawać u niej na noc, co oczywiście również Jej mamie nie za bardzo się podobało. Cóż, był rok 1990. Do końca wieku dekada i wiele spraw, zwłaszcza tych związanych z moralnością były postrzegane trochę inaczej niż dziś.
Któregoś dnia stwierdziliśmy wspólnie, że to bez sensu i że najlepszym rozwiązaniem tej sytuacji jest wspólne zamieszkanie. Zaplanowaliśmy ślub.
W taki to mało romantyczny, ale za to praktyczny, sposób w lutym 1992 roku wziąłem ślub i po raz kolejny zmieniłem adres zamieszkania. Wylądowałem w Świdniku, Mieście Helikopterów.
Zamieszkałem na parterze bloku przy ulicy Racławickiej.

Część 8. – Świdnik, ulica Racławicka 11 – (1992-1993)
W lutym w świdnickim urzędzie wzięliśmy skromny ślub cywilny, żeby móc wreszcie wspólnie zamieszkać. Ślub kościelny był zaplanowany kilka miesięcy później w Bieszczadach, ale to już całkiem inna historia.
Mieszkanie nie było zbyt duże i z pewnością przebywanie w Świdniku uważaliśmy za okres przejściowy. Zaczęliśmy planować przyszłość, a jednym z elementów tej wspólnej przyszłości było mieszkanie w górach. Wiecie: „Moje życie tylko w górach, nad dachami równin'” To był ten moment.
Ale póki co, Monika kończyła jeszcze studia, potem wyjeżdżała na staż językowy do Niemiec, więc jakiś Świdnik na kolejne miesiące stał się moim domem.
Musiałem znaleźć jakąś pracę. Nigdy wcześniej nie szukałem pracy. Kiedy przed wojskiem pracowałem na poczcie, to przyjmowali mnie tam kwiatami i szampanem, bo innych chętnych nie było. I widać nie umiałem sobie z tym problemem poradzić. Pomagał mi w przeżyciu Władek Duma, przyjaciel domu. Był malarzem i to takim, którego pożądali wszyscy w promieniu wielu kilometrów. Chyba mama Moniki wyprosiła u niego wsparcie dla mnie i dlatego w kilku jego projektach mogłem uczestniczyć i zarobić trochę groszy do wsparcia budżetu rodzinnego. Ale Krótką historię mojego życia śladem pieniędzy napiszę w następnej kolejności.
Władek oprócz mnie, miał jeszcze na utrzymaniu swojego dawnego przyjaciela, który nie mógł sobie w życiu już samodzielnie poradzić, ponieważ był czynnym alkoholikiem. I Władek mu pomagał dając możliwość zarobienia z tego co pamiętam, równoważności butelki wódki. On każdego ranka przychodził do pracy z nową flaszką i łyk po łyku, w czasie malowania, wypijał do wieczora cały alkohol. A następnego od nowa. Suchy był jak wiór. W zasadzie nic nie jadł, tylko pił. Zmarł chwilę po moim wyjeździe ze Świdnika. Smutne oblicze choroby.
W wolnych chwilach, gdy nie było Moniki, chodziłem na mecze. Kibicowałem wtedy Avii Świdnik. Pamiętam, że grali wtedy na zapleczu ekstraklasy i w ostatniej kolejce do Świdnika przyjechała Cracovia. Przyjechała, wygrała i po wielu, wielu latach powróciła w szeregi ekstraklasy.
W Świdniku było również drugie boisko, na którym kiedyś grała w B klasie Świdniczanka, ale klub nie był w stanie utrzymać tego boiska i w biegiem lat stało się ono wybiegiem dla psów i skrótem dla mnie, gdy szedłem na stację kolejową Świdnik Wschód. Dlaczego wydaje mi się to znajome?
Trudno uwierzyć w to, że dziś, Świdniczanka wygrywa mecze ligowe z Avią Świdnik, gra na kameralnym, ślicznym stadionie, a tuż za torami stacji Świdnik Wschód lądują samoloty na Lubelskim Porcie Lotniczym.


Kiedy ja tam mieszkałem nad miastem, na wielkim cokole „wisiał” helikopter, było kilka sklepów, istniało nawet kino w starym, dobrym stylu. W 2015 roku jadąc w Bieszczady wstąpiłem na chwilę do Świdnika. Nie mogłem już wtedy poznać miasta. Obwodnica, domy tam, gdzie za moich czasów były pola i wszystko, co można było zrobić działo się w sąsiednim Lublinie.
W Lublinie chodziliśmy na koncerty. Np. do Chatki Żaka na kolejne „Bakcynalia”. Piękne czasy.
Poznałem okolicę, górkę za ulicą, na której bawiła się w dzieciństwie Monika, grupę jej bliskich znajomych, którzy stali się także moimi bliskimi znajomymi, przynajmniej do czasu, gdy po latach spotkałem ich na sali sądowej, próbujących zeznawać, że byłem bardzo złym mężem. Ale akurat do tego nie ma co wracać.
Monika zarabiała z nauczania języka niemieckiego między innymi w Kraśniku. Miała w tamtejszej szkole trochę godzin lekcyjnych i czasem zostawała w Kraśniku na noc w szkole w internacie. Przyjeżdżałem tam i parę razy też tam nocowałem, ale nie było to częste.
Mieszkaliśmy na parterze. Tuż pod oknem była ławka. A na tej ławce zawsze siedziały babcie z tego bloku i jak to babcie, głośno komentowały rzeczywistość. Jakie to było denerwujące. Trwało to latami i Monika z mamą były z tym pogodzone, ale dla mnie było to trudne do zaakceptowania. Latem, gdy masz otwarte okno, zamiast swoich myśli słyszysz od rana do wieczora komentarze lokatorów. Koszmar. W tamtym chwilach wyobrażałem sobie, że wystawiam na parapet głośnik, odwracam w stronę ławki i włączam na cały regulator magnetofon. Nie wiem dlaczego, ale po głowie chodził mi ten utwór:
W mieszkaniu oczywiście niczego nie brakowało, ale jako młode małżeństwo bardzo pragnęliśmy mieć coś swojego, choćby symbolicznego, więc w jednym z lubelskich sklepów z artykułami gospodarstwa domowego nakupowaliśmy trochę drobiazgów w stylu łyżki, widelce, jakiś talerzyk, coś tam jeszcze. Małe, drobne rzeczy, ale wtedy dawały nam mnóstwo radości.
Pamiętam, że przez parę dni malowałem z Władkiem przychodnię lekarską w Świdniku. Nie wiem jak jest teraz, ale wtedy każda przychodnia była taka sama: niemal od góry do dołu wymalowana białą farbą olejną. I to nie były dzisiejsze, wodne, farby, tylko potwornie intensywna, odurzająca farba na rozpuszczalniku. Władek przyjmował wszystko spokojnie, pewnie wymalował takich pomieszczeń setki. Ale ja przeżywałem koszmary. Pomieszczenia znajdowały się w piwnicy budynku, a co za tym idzie nie było żadnych okien. Pamiętam, że co kilka minut musiałem wychodzić na zewnątrz rozpaczliwie łapać oddech i wciągając w płuca świeże powietrze. Władek w tym czasie nawet nie mrugając nie odrywał pędzla od coraz bardziej białej ściany.
Innym razem jeździłem do Lublina… myć okna. Oczywiście załatwił mi to Władek. Podczas malowania kolejnych mieszkań klienci, a właściwie samotne, starsze kobiety, prosiły go o wsparcie w czyszczeniu kuchennych okien. Okna w tych blokach były bardzo specyficzne i… trudne w obsłudze. Ktoś zaprojektował te okna w taki szatański sposób, że otwierało się je od dołu i całą wielką i bardzo ciężką powierzchnię unosił się ku górze. Żeby je umyć, należało podnieść powiedzmy, że około 40-60 stopni i szybko podeprzeć specjalnie przygotowanym do tego kijem. Masakra. Dla mnie było to trudne i wymagało dużo wysiłku, a dla tych starszych kobiet po prostu niewykonalne. Dlatego właśnie zmuszone były do szukania pomocy i płacenia za mycie.
Dzięki temu kilka razy mogłem trochę dorzucić się do naszego rodzinnego budżetu.
Podczas jednej takiej wizyty w zleceniu dostałem także umycie okien balkonowych w salonie. Super. Tylko okazało się, że nie potrafiłem sobie z rozkręceniem tego okna. To było ciekawe i zapadło mi to bardzo w pamięci. Dlaczego?
Jak już wspominałem, nigdy nie byłem „złotą rączką”. To były dla mnie tematy zupełnie obce. Dwie lewe ręce, żadnego doświadczenia, po prostu. I tutaj, po wielu minutach oglądania tego okna i udawaniu, że panuję nad sytuację, nie byłem w stanie skutecznie rozkręcić tych drzwi, a co za tym idzie wyczyścić ich. Już miałem się poddać, parę razy byłem blisko, ale trochę może wstyd przed porażką, przed Władkiem, przed Moniką, sprawił, że wziąłem się mocno w garść i postanowiłem, że nie pokona mnie ta trudność. Wytłumaczyłem sobie, że skoro ktoś to skręcił w jakiś sposób, to dlaczego ja nie miałbym tego rozkręcić. Trzeba tylko to wszystko spokojnie, krok po kroku, przeanalizować. Tak też zrobiłem. W głowie szukałem wszystkich możliwych sposobów i w końcu wygrałem. To okno było przerobione. Zamiast jednej szyby (pewnie kiedyś stłuczonej) wstawiona była drewniana płyta, a nawet dwie, zamalowana na kolor drzwi i pod tym schowane były śruby. Tego dnia wracałem do domu bardzo z siebie dumny.
Wiem, że to banalne i śmieszne, ale nigdy nie robiłem tego typu rzeczy, nie znałem patentów, mechanizmów, nie miałem doświadczenia. Natomiast znalazłem w sobie tego dnia siłę sprawczą do działania. To było ekscytujące.
Kiedyś w Delikatesach w Lublinie kupiliśmy… proteinę sojową. Dla mnie oczywiście była to zupełna nowość, wszak ledwo co przestałem jeść mięso, więc skąd miałem znać sojową proteinę. Monika jeździła do Niemiec, więc w lepszym świecie miała już przyjemność poznać ten specyfik. Był rok 1992, chyba. Była bardzo droga, więc mogliśmy kupić tylko parę garści. Potem długo zastanawialiśmy się jak ten specyfik przyrządzić.
W każdym razie rok 1992, to był początek mojej trwającej do dziś przygody z wegetarianizmem.
Monika przestała jeść mięso trochę wcześniej ode mnie, ale nie nazwałbym tego naśladownictwem lub chęcią przypodobania. Po prostu przyszedł na to odpowiedni czas i miejsce i stało się.
Kiedy Monika zakończyła studia, kiedy odebrała swój dyplom (byłem na tej uroczystości), kiedy zakończyła swoje stażowe wyjazdy do Niemiec. zaczęliśmy coraz intensywniej rozmyślać o naszej przyszłości. Oboje wiązaliśmy tę przyszłość z górami.
Ponieważ nie mieliśmy w sobie takiego zacięcia, żeby pojechać w Bieszczady, wykopać ziemiankę lub zbudować szałas i nim zamieszkać wybraliśmy bardzo ciekawa w tamtych czasach opcję znalezienia pracy dla nauczyciela języka niemieckiego z bonusem w postaci mieszkania służbowego.
Żyliśmy w kraju, który raptem dwa-trzy lata temu zmienił swój system. Rynek pracy nie wyprodukował jeszcze chętnych do nauczania języków obcych, a ponieważ PRL-owskie szkoły uczyły tylko języka rosyjskiego, to każdy nauczyciel angielskiego czy niemieckiego był skarbem na wagę złota. Pozostało tylko wybrać najlepszą dla nas ofertę.
Zaczęliśmy sortować możliwości. To nie było tak, że tych ofert było bardzo wiele. Filtrowanie odrzuciło na wstępie wiele z Polski północnej i centralnej. Miały być przecież góry. Ale ponieważ ciągle nie trafiała się idealna oferta, pochylaliśmy się na kilkoma innymi ofertami.
Łuków. Tam było dobre mieszkanie, ale praca w Szkole Zawodowej przy Zakładach Mięsnych, to nie było najlepsze rozwiązanie dla świeżo upieczonych wegetarian.
Była też Lubawa. Można powiedzieć, że to miasteczko rodzinne moich rodziców. Byliśmy tam, oglądaliśmy szkołę i mieszkanie. To rodzinne miasteczko moich rodziców było trochę kuszące, ale kiedy okazało się, że mieszkanko służbowe położone jest ściana w ścianę z warsztatami zakładów meblowych i że cały czas rzeczywistość zagłuszana jest notorycznie młotami, maszynami itp. Uciekliśmy stamtąd. Perspektywa zakładania gniazda rodzinnego w warsztacie nie przekonała nas.
Było jeszcze parę innych, nie pamiętam już skąd, chyba coś koło Nowego Sącza.
I wtedy pojawiła się oferta z Rupniowa.
Przyjechaliśmy, zobaczyliśmy, polubiliśmy i… zamieszkaliśmy.
Monika została nauczycielką języka niemieckiego w Szkole Podstawowej w Rupniowie, koło Limanowej.
Część 9. – Rupniów k. Limanowej (1993-1995)


Wybór Rupniowa był zapewne kompromisem między realnymi możliwościami a naszymi marzeniami o zamieszkaniu w górach. Było tym, na co było nas wtedy stać. Bez żadnego wątpienia, to kolejny milowy krok w moim życiu. To tutaj zamieszkaliśmy w pierwszym własnym kącie po ślubie, a przede wszystkim, to tutaj, a dokładnie w gminnym szpitalu przyszła na świat nasza córka.
Lato 1995 roku było najwspanialszym latem w moim życiu.
Bonusem, który przekonał nas przyjęcia pracy w tej szkole było mieszkanie. Trzy pokojowe mieszkanie z kuchnią i łazienką.
Mieszkanie na drugim piętrze w segmencie mieszkalnym szkoły. Do pracy kilka kroków, także dla mnie, bo zostałem palaczem centralnego ogrzewania w tej szkole. W praktyce miałem do pracy nawet bliżej niż Monika, bo schodziłem tylko dwa piętra niżej do kotłowni i już. Pomagałem też we wszelkich pracach w technicznych i budowlanych w budynku szkolnym. Nigdy nie byłem „złotą rączką”, ale mocna praktyka remontowo – malarska u Władka w Świdniku trochę mi pomogła.
Rupniów to sprawy wielkie, jak narodziny Oli, ale też małe, codzienne, czasem nawet zabawne.
Kiedyś, upalnym latem, pojawił się jakiś chwilowy problem z dostępem do wody. Przez jeden dzień korzystaliśmy z w ody czerpanej ze studni o sąsiadów po drugiej stronie ulicy. Byłem młody i nieogarnięty życiowo. Nabrałem wody do wiadra, ale schylając się z kieszonki wypadły mi klucz od mieszkania. Oczywiście prosto do studni.
Teraz wprawdzie zdobyłem wodę, ale straciłem dostęp do mieszkania. Nie pamiętam, dlaczego nie mieliśmy awaryjnego zestawu kluczy, w każdym razie zapadła decyzja o włamaniu siłowym do mieszkania. Poprosiłem innego sąsiada o pomoc, przyniósł wiertarkę i po prostu rozwiercił zamek na wylot. Drzwi ustąpiły, zamek do wymiany, ale mieszkanie znowu stanęło otworem. Pięć minut później wpadły dzieciaki od sąsiada od studni. Wyciągnęli nasz kucz magnesem spuszczonym na sznurku. Mega ogarnięci ludzie.
Mimo pracy Moniki w szkole, tak naprawdę w trzech różnych szkołach w okolicy, mimo, że ja pracowałem zatrudniony przez gminę jako szkolny palacz nie mieliśmy wiele pieniędzy. Mieszkanie miało trzy pokoje, ale praktycznie przez cały nasz pobyt w Rupniowie jeden pokój stał właściwie pusty. Po prostu nie mieliśmy nawet środków na jakieś meble. W salonie stały przyniesione przeze mnie ze szkolnej harcówki drewniane pieńki. Wyczyściłem je, polakierowałem, a Monika załatwiła jakieś małe poduszki. I tak sobie radziliśmy.
Najczęściej było tak, że kiedy zostawało nam w portfelu ostatnie parę złotych, to decydowaliśmy czy kupujemy masło na cały tydzień, czy jednak duże lody. Musieliśmy wybierać, na oba produkty nie było szans.
Tak. wspomnienie tamtego upalnego lata 1995 roku, pojemnik lodów kupionych za ostatni grosz i zjadanych w cieniu wielkiego owocowego drzewa i malutka Ola leżąca na kocu z nami, pod tym drzewem, to najpiękniejszy obraz jaki pozostał mi z tamtych czasów. Jeszcze wtedy radosnych.
Pieniędzy nie mieliśmy zbyt wiele, więc co rusz stawaliśmy przed problemem braku sprzętu, mebli itp. Jedną z takich potrzeb była szafa na garderobę. Ciągle większość naszych rzeczy tkwiła w trzecim pokoju, w kartonach. W korytarzu była szeroka wnęka, pozostałość po tajemnym przejściu dyrektora szkoły, który kiedyś z tego mieszkania korzystał i tym tajemnym przejściem przedostawał się do pracy. Teraz drzwi były zamknięte i ta wnęka świetnie nadawała się do zabudowy. Ale to był rok 1995. Oprócz tego, że nie mieliśmy pieniędzy, mieszkaliśmy na wsi, w górach, a najbliższa IKEA była wiele kilometrów od nas. Wtedy zrobiłem coś, czego się po sobie zupełnie nie spodziewałem: wymyśliłem, zaprojektowałem, tanio zakupiłem i prymitywnymi środkami wykonałem zabudowę wnęki.
Pierwotny plan przewidywał tylko wstawienie w tę wnękę drewnianego drążka poprzecznego, na którym będziemy wieszać swoje ubrania. Na wieszakach. Ale kiedy kupiłem ten drążek, to nagłe olśnił mnie pomysł, żeby własnymi środkami zabudować tę wnękę całkowicie i stworzyć coś, co będzie robiło za szafę.
Budowałem to kilka dni w pełnej tajemnicy przed Moniką. Przymocowałem do ścian drewniane podpórki zdobyte podobnie jak pieńki do salonu w harcówce,. Z płyt pilśniowych z odzysku, wylakierowanych, stworzyłem półki. Kilka mniejszych na ciuchy, czy ręczniki, kilka wyższych na kurtki, na dole kartony. Wszystko zamknąłem drewnianymi drzwiami zrobionymi z odzyskanych w szkole płyt. Przykręciłem je na kilku zawiasach przymocowanych do podpórek. Żeby było ładniej pokryłem to dekoracyjnymi płytami, to się chyba nazywa kasetony, które pomalowałem. Do tego gałki do mebli powstała szafa. Jakże ja byłem z siebie dumny. Powtórzę po raz kolejny: nigdy nie miałem zmysłu do prac budowalnych, a już na pewno nie do stolarki. Do tego nie miałem żadnych narzędzi poza paroma wkrętakami i ręcznym dłutem. Żadnej wiertarki. Nic. Żeby wbić kołki w ścianę musiałem ręcznie wykuć młotkiem i dłutem dziury. Coś, co dzisiejszą wiertarką zrobiłbym w 30 sekund, robiłem pewnie z godzinę. Ale zrobiłem. Uważam, że to był mój budowlany lot na Księżyc. Oczywiście, to nie był żaden efektowy mebel, ale wyglądał naprawdę przyzwoicie i przede wszystkim był bardzo funkcjonalny. Spokojnie zmieściły się w nim wszystkie nasze podstawowe ciuchy i inne rzeczy, które powinny mieć swoje miejsce w garderobie. Byłem z siebie naprawdę dumny. Mogłem polecieć ku gwiazdom, ale zostałem dość brutalnie sprowadzony na Ziemię.
Chłód i brak entuzjazmu, którym moja skwitowała moją niespodziankę, bolał długo i boleśnie. Może nawet boli trochę do dziś.
Miałem wtedy długie włosy. Bardzo długie. Ale po narodzinach Oli ściąłem. I już nigdy tak długich nie nosiłem.
Dostałem dawno temu od Arka kawałek mojej ulubionej rośliny : hoi woskownicy. Woziłem ten kwiat ze sobą wszędzie. Do Lublina, Świdnika, do Rupniowa. To był kwiat z gatunku wymagających i obdarzonych uczuciami. W dzień sprawiał wrażenie żywego. Bardzo szybko wypuszczał po ścianie długi, goły, pęd, a potem równie szybko pojawiały się na nim liście. Te liście zmieniały punkt ciężkości rośliny i często wtedy wydawało się, że hoja ożywa i przesuwa się po ścianie przed siebie. A może jednak żyła? Na pewno była bardzo wrażliwa. Pięknie rozrastała się, miała cudowne białe kwiaty i odurzający, miodowy zapach. Ale ktoś ją nierozważnie dotknął, potrącił, to obrażała się i natychmiast na długi czas przestawała rosnąć. Mieliśmy kolędę. Ksiądz posiedział, zjadł, wypił, jak to kolęda na wsi, a potem zabrał się za swoje obowiązki. Nie mieliśmy kropidła, on zresztą też nie, więc zdecydował, że pokropi nas przy pomocy zerwanego z krzaka listka hoi woskownicy. Jak pomyślał, tak uczynił. Hoja bezpowrotnie przestała się rozwijać. Na zawsze. Jeden nierozważny ruch, jedna zła decyzja. Koniec kwiata.

Moja teściowa miała małego fiata. To najpopularniejszy samochód tamtych czasów. Jeszcze przeprowadzając się ze Świdnika do Rupniowa parę razy jechaliśmy tym „maluchem” w trzy albo cztery osoby, plus wszystkie pozostałe przestrzenie wypełnione bagażami, drobnymi meblami, ciuchami. Samochód z obciążeniem kilkukrotnie przekraczającym rozsądek rzęził okropnie, prychał, kaszlał, ale krok po kroku pokonywał kolejne kilometry a w końcu „nasze” okoliczne górki. Co innego miejscowe „maluchy”. To jakaś podrasowane wersje górskie tych samochodzików. Wszystkie lokalne małe fiaty śmigały po zboczach i podjazdach chyżo i rześko, jak się tu urodziły.
W niedzielę chodzimy do kościoła, do sąsiedniej wsi, bo i u nas nie ma kościoła. Wszyscy chodzą, wiadomo, ale od czasu naszego przybycia do wioski, mają nową, dodatkową atrakcję: przez cały czas trwania uroczystości w kościele siedzą bokiem do ołtarza i wpatrują się w nas bez przerwy. Bardziej nachalnie nie da się. Nie żeby byli nieuprzejmi, skąd. Po prostu nie potrafią pozbyć się nadmiaru ciekawości. A uprzejmi są bardzo. Kiedy wreszcie kupiliśmy swoje okno na świat – telewizor Mitsubishi – targaliśmy go w wielkim kartonie z Limanowej, potem super pociągiem lokalnym do Piekiełka, a stamtąd już tylko dwa i pół kilometra do domu. Luz. Ledwo wyszliśmy z pociągu na drogę minął nas ktoś jadący samochodem w przeciwnym kierunku. Nieważne, że nie wiedzieliśmy kto to jest, ważne, że on znał nas (pewnie z Kościoła). Zatrzymał się, zawrócił i podrzucił nas razem z wielkim pudłem do domu.
Tak, ludzie byli tam ogólnie bardzo życzliwi.
Ponieważ nie są samą pracą człowiek żyje, więc czasem potrzebne jest trochę kultury. Np. kino. Najbliższe normalne kino, było kilkadziesiąt kilometrów na północ od nas, w Krakowie. Ale czasem, do Limanowej, do Domu Kultury. przywozili właśnie z tego Krakowa kopię filmu. Właściwie tylko podrzucali na chwilę. Dlatego seanse dobrych filmów, takich właśnie „pożyczonych” z wielkiego miasta królewskiego, odbywały się tylko wczesnym rankiem i późną nocą. Na pozostały czas szpula z filmem wracała do właściciela. Wieczorny seans odpadał, bo ostatni PKS do domu odjeżdżał zbyt wcześnie, więc wybraliśmy ranek. I tym sposobem, na wielkim głodzie kultury, w sobotni poranek, autobusem PKS 6.55. z Krasnych Lasocic do Limanowej, pojechaliśmy do kina.
Rozumiecie ? Wstaliśmy przed 6.00 rano, żeby obejrzeć Jurassic Park. Tak było.
Telefonów komórkowych jeszcze wtedy nie było. Stacjonarnych też nie za wiele. Ale akurat w naszym mieszkaniu jeden był. Dyrektorski. Z czasów, gdy dyrektor mieszkał, tak jak my teraz w szkole. Tak naprawdę aparat ten pełnił w czasie, gdy my tam byliśmy funkcję stacji rozdzielnej. Przechodził przez niego sygnał ze słupa do pokoju dyrektorskiego w szkole. Miał taki przełącznik, który odcinał sygnał dalej, a właściwie zatrzymywał go w aparacie, żeby dyrektor w dawnych czasach mógł swobodnie z niego korzystać. My nie mogliśmy, taka była umowa. Trudno było wtedy o nową linię i o sposób rozliczania ewentualnych naszych rozmów. Więc w zasadzie, poza chyba jakimś jednym wyjątkiem nie dzwoniliśmy… ale dzwoniła do nas teściowa. Wieczorem chyba po 20.00, w sobotę też, jakoś tak byliśmy umówieni, przełączaliśmy wajchę w aparacie i odbieraliśmy połączenie. Wiadomo było, że prędzej czy później zapomnimy tę wajchę znowu przełączyć i zupełnie niechcący odetniemy szkołę od telefonu. I tal się stało. Poniedziałek rano, panika w szkole, bo telefony nie działają. Wszyscy sprawdzają druty na słupie, głowią się co jest, bo chyba niewiele osób znało sekret i patent dyrektora z telefonem. Oczywiście nie przyznaliśmy się, że to nasze zaniedbanie. Nie wiem czy nam uwierzył, ale „naprawiliśmy” problem rozważnie. Pobiegliśmy do mieszkania „sprawdzić” czy wajcha w telefonie nie jest przestawiona (oczywiście była), niczego nie przestawialiśmy informując dyrektora, że wszystko w porządku i nie znamy przyczyny braku sygnału a dopiero po godzinie, ponownie wyrywając się do domu, przełączając telefon na właściwe tory. Dobra była zabawa.
Trochę gorsza była zabawa, gdy zasnąłem w pracy w kotłowni. Każdemu zdarzyć się może, szczególnie, gdy poprzedniej nocy mocno człowiek imprezuje i to raczej nie na sucho, a przecież w tej kanciapce w kotłowni, na tym łóżku jest przyjemnie i ciepło. Zaspałem więc. Obsługa kotła opalanego koksem polega z grubsza na tym, że rozpalasz, a potem pilnujesz, żeby nie zgasło. Ot, cała filozofia. Kiedy się rozpali, trzeba pilnować, żeby nie rozpaliło się zbyt mocno. Nic się nie stanie, bo system ma bezpieczniki. Taki zawór i taką rurkę na klatce obok naszego mieszkania, przez którą gwałtownie uleci nadmiar ciepła. Zjawisko bardzo głośne, więc raczej trzeba pilnować, żeby nie musiało uciekać. Uchyla się drzwiczki boczne w wielkim piecu, regulując ciąg powietrza i obniżając temperaturę w piecu. Ale najpierw trzeba rozpalić. Trwa to mniej więcej godzinę. Trzeba nawrzucać koksu, parę razy pochylić się nad piecem, spojrzeć, przypilnować. I właśnie między jednym a drugim „przypilnowaniem” najzwyczajniej w świecie zasnąłem. Tylko na chwilę, ale to wystarczyło. Piec wygasł zupełnie. Jak się zapewne domyślacie, palacz wstaje do pracy o drugiej czy trzeciej w nocy właśnie po to, żeby proces grzewczy osiągnął swoją kulminację o ósmej rano, kiedy dzieciaki przyjdą do szkoły na swoje zajęcia. Niestety, kiedy obudzisz się o 7.00, to nie ma szans, żeby zmusić wielki, żeliwny kocioł do tego, żeby szybko zaczął pracować. Naprawdę czułem się źle z tym, że uczniowie tego dnia długo musieli siedzieć w klasach w kurtkach.
Żeby w ogóle zostać takim palaczem musiałem ukończyć specjalny kurs. Gdzieś w jakiejś gminnej wiosce, nie pamiętam jakiej, facet przez dwie – trzy godziny opowiadał mi i pozostałym kandydatom na palaczy, różne tajniki palenia w piecu. Potem było coś w rodzaju egzaminu, którego kluczowym momentem było wielkie, kilkugodzinne, pijaństwo. Kto przeżył to picie, mógł sobie spokojnie, najczęściej motorkiem, wrócić do domu z legitymacją palacza w dłoni.
Palaczy zatrudniała Gmina Limanowa. Mnie również. Pół roku (sezon grzewczy) na umowie o pracę z najmniejszym, możliwym wynagrodzeniem. Grosze. Potem pół roku z zasiłkiem dla bezrobotnych wypłacanych przez Urząd Pracy. Jeszcze mniejsze grosze.
W tym czasie moja żona pracowała w Rupniowie i jeszcze gościnnie w dwóch innych szkołach w okolicy. Ja tylko pół roku jako palacz. Studiowałem w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim filologię polską, więc plan był taki, że i dla mnie znajdzie się miejsce w szkolnym pokoju nauczycielskim.
Póki co trzeba było coś wymyślić, żeby więcej zarabiać. Myślałem i wymyśliłem. To był dzień, w którym wszystko się w okolicy zmieniło, kiedy palacze całej gminy stali się ważni i to był początek końca mojej (i mojej rodziny) przygody w górach.
Nie wiem jak na to wpadłem, ale zrozumiałem, że gmina płaci mi ( i pozostałym palaczom) zdecydowanie zbyt mało. Tylko podstawową stawkę, najniższą krajową, w dodatku pół roku. Ok, na to nie mogłem wiele poradzić, ale już na to, że należą nam się pieniądze za przepracowane godziny nocne, godziny świąteczne, niedziele – już i owszem. Jeździłem do Krakowa. Szukałem książek i gazet z przepisami prawnymi. Kupowałem taką comiesięczną broszurę INFORMARTOR. Dowiedziałem się czego chciałem i mogłem napisać grzeczne pismo do gminy w prośbą o zmianę wynagrodzeń. No i zaczęło się.

Nie zliczę ile razy odwiedzał Urząd Gminy w Limanowej. Ile razy składałem tam rożne pisma, wyjaśnienia, odwołania. Kiedy wpadałem tam z jakimś pismem, albo zapytaniem, to panie z urzędu uciekały przede mną do łazienki byle tylko nie musieć odpowiadać na moje pytania, na które nie potrafiły odpowiedzieć, albo było im głupio, bo nie mogły odpowiadać tak, jak chciałyby. Nie mam pojęcia skąd wziąłem w sobie tyle determinacji, żeby tę sprawę doprowadzić do końca. Może stąd, że szybko zdałem sobie sprawę, że to nie tylko moja sprawa, nie tylko mojej rodziny, ale także wielu innych oszukiwanych ludzi.
Udało się. Gmina w końcu przyznała się do błędu (nie miała innego wyjścia) i dostałem na piśmie podpisane porozumienie.
Od tej pory palacze z całej gminy mieli mieć wypłacane wynagrodzenia za pracę w soboty, niedziele, święta i godziny nocne. To właściwie druga pensja. Mało tego, gmina zobowiązała się do wypłaty części tych dodatków wstecz.
Przez kilka tygodni do mojej ( a tak naprawdę Szczepana Jaworskiego, bo to On tam był szefem, ja tylko próbowałem Go naśladować) kotłowni pielgrzymowali palacze z całej Gminy Limanowa w podzięce dla odważnego chłopaka z Gdańska, który znacznie odmienił ich los. Oczywiście nie przychodzili z pustymi rękoma i zabawa trwała w najlepsze praktycznie każdego dnia.
Wygrałem tę bitwę, ale przegrałem wojnę. Gmina nie przedłużyło mi kolejnej umowy o pracę w Rupniowie. To był początek końca tej przygody w górach.
Dziś pisząc te wspomnienia zajrzałem na stronę internetową Szkoły w Limanowej. Robię to, żeby zobaczyć, czy jeszcze kogoś pamiętam. Taki odruch. Dziś znalazłem nekrolog Szczepana Jaworskiego. Smutne. Szczepan pracował w kotłowni przed moim przyjazdem tam. Od początku był moim kumplem. Od Niego uczyłem się tego jak działa piec i co trzeba z nim robić, żeby dzieciaki w szkole miały ciepło. Przegadaliśmy wiele nocy pod piecem, wypiliśmy wiele wódki w kotłowni.
W nekrologach często z grzeczności pisze się wiele pozytywnych słów o zmarłym. Tym razem to była prawda: Szczepan Jaworski był Dobrym Człowiekiem.
W wolnych chwilach, gdy nie pracowałem, chodziłem też do Limanowej na zapiekanki i na mecze ligowe Limanovii Limanowa. Limanovia grała w 4. lidze, za to zapiekanki były z Ligi Mistrzów.

Grałem znowu w piłkę. Na betonowym boisku pod szkołą, czyli pod domem. To zadziwiające, że z czasów młodości najbardziej chyba pamiętam bramki, które strzelałem na boiskach. Także te w Rupniowie. Mogę zamknąć oczy i już po chwili zobaczyć jakby film ze starej kasety. Wszystko pamiętam. Okoliczności, ustawienie na boisku, jak mi się odbiła piłka, jak ją przejąłem, ile czasu zajęło mi uderzenie, ile metrów było do bramki, co mówili po strzale koledzy. Wszystko. Niebywałe, prawda?
Gdybym został w Rupniowie dłużej, gdybym tam był do dziś, to pewnie prędzej czy później zostałbym prezesem Ludowego Klubu Sportowego „Błyskawica” Rupniów, albo przynajmniej prowadziłbym od lat stronę klubową tego klubu. Ale wyjechałem i ominęło mnie wszystko, co najlepsze w dziejach tego klubu. Budowa szkolnych (dwóch) boisk, hali sportowej, a przede wszystkim powstanie pięknego wiejskiego boiska w Rupniowie.
Czas pobytu był dla mnie ważny także z jeszcze jednej strony. Wreszcie uzupełniłem swoje wykształcenie. Zdałem maturę.


Nawet nieźle mi poszło. To był ostatni czas, kiedy mogłem to zrobić. Jeszcze pamiętający z czasów poprzednich szkół wiele rzeczy, jeszcze nie tak bardzo zmęczony dorosłym życiem. Przed wojskiem, gdy rzuciłem szkołę, byłem o krok od matury. O kilka tygodni. Teraz, żeby do niej przystąpić musiałem uzupełnić program Liceum Ogólnokształcącego dla Dorosłych. W Technikum nie miałem w ogóle biologii, mało chemii. A tutaj musiałem zdać egzaminy z tych wszystkich przedmiotów, by podejść do matury. Więc zdałem. Intensywna nauka zakończona powodzeniem. Mogłoby się wydawać, że Liceum dla Dorosłych to luz. Ale tak nie było. Ja nie chodziłem praktycznie na zajęcia. To była edukacja eksternistyczna. Po prostu miałem wyznaczone terminy, musiałem przyjść i zdać je po kolei. Sporo tego byłem, ale w końcu doczekałem się egzaminów maturalnych. W porównaniu w wcześniejszymi egzaminami, sama matura była już tylko formalnością. Pisemne egzaminy to była sama przyjemność. Szczególnie rozprawka na kanwie II Wojny Światowej. Dziewięć stron formatu A3. Miałem wiedzę, miałem umiejętności pisania, poszło sprawnie. Na ustnych dołożyłem jeszcze język rosyjski, bo coś tam pamiętałem ze szkoły średniej i zdałem maturę idealnie. Nadrobiłem zaległości.
Z rozpędu pojechałem do Krakowa i dzięki wsparciu finansowemu Rodziców rozpocząłem studia na wydziale filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pierwszy rok poszedł mi gładko. Studiowałem oczywiście zaocznie. Co dwa tygodnie zajęcia w sobotę i niedzielę. A więc sporo poza domem. Niby daleko do Limanowej nie było – trochę ponad godzinę PKS) ale jednak to koszta, więc przez jakiś czas miałem przyjemność nocować w mieszkaniu Basi Stępniak-Wilk, koleżanki mojej żony z czasów licealnych w Lublinie. Basia była już wtedy znaczącą postacią sceny artystycznej w Krakowie, wygrywała festiwale, śpiewała w Piwnicy pod Baranami i Loch Camelocie. No, gwiazda. I kiedyś, w 1995 roku, Basia wygrywa Studencki Festiwal Piosenki w Krakowie. Późno wieczorem wraca do swojego wynajmowanego mieszkania świętować z przyjaciółmi wielki sukces i musi robić to w kuchni, bo w jej pokoju… spałem ja. Byłem tego dnia jakoś mega chory i wcześnie położyłem się spać. Zupełnie nie wiedziałem co się dzieje wokół mnie. Głupio wyszło, gdybym wiedział, to przecież nie przegapiłbym takiej wesołej imprezy.
Basiu, wybacz, że przeze mnie musiałaś świętować w kuchni..
Na świat przyszła Ola. Urodziła się w szpitalu w Limanowej. W tym samym co parę lat wcześniej Justyna Kowalczyk. Mieliśmy małą córeczkę, coraz mniej pieniędzy, bo Gmina Limanowa musiała mnie przecież jakoś ukarać za „rewolucję palaczy”, kiepskie perspektywy i poczucie, że dorosłe życie nie zawsze pokrywa się z młodzieńczymi marzeniami i wyobrażeniami. Zaczęliśmy intensywnie myśleć o wyjeździe z Rupniowa.
Nie było nam tam źle. Ludzie wokół bardzo uprzejmi. Każdy chce nam pomóc, ale mimo tego cały czas nie opuszczało nas przekonanie, że nigdy nie będziemy ludźmi stamtąd, że nigdy całkowicie nie uznają nas za swoich, że nigdy nie wyzbędziemy się poczucia, że to jednak nie jest nasze miejsce na świecie.
Kiedy dowiedzieli się o naszym rozmyślaniach moi Rodzice wzięli sprawy w swoje ręce. Zrobili wszystko, żeby być bliżej wnuczki. W końcu znaleźni dla nas mieszkanie do wynajęcia W tym samym bloku.
Zakończyła się nasza przygoda z „domem nad dachami równin”.. Wracałem do Gdańska. Z żoną i córką.
Część 10. – Gdańsk, ul. Zabłockiego II piętro (1995-)
Wróciłem do Gdańska. Jeszcze nie na stałe, ale wróciłem.
Pierwszym warunkiem mojego (z rodziną) skutecznego powrotu do Gdańska było mieszkanie. Tę sprawę wzięli na siebie moi Rodzice. Szukali, szukali, aż znaleźli mieszkanie do wynajęcia… trzy piętra pod nimi. Dziwnie czasem plotą się nasze życiowe losy.
cdn…
