Raport o stanie życia

Pora, Weiser, na kolejnych kilka zdań o mojej obecnej sytuacji życiowej. No, cóż, szału nie ma.



Jest sobotnie przedpołudnie. Dawno już przestało to robić na mnie wrażenie. To nie jest żaden wyczekiwany wolny dzień. Weekend to słowo, które dawno temu wykreśliłem ze swojego słownika. Od kilku lat żyję w jednym wielkim weekendzie i żeby było jasne, wcale nie jest mi z tym dobrze. No, może na początku było.

Najczęściej jest tak, że wstając rano długo zastanawiam się jaki akurat jest dzień, bo przecież wszystkie moje dni są takie same, a ja nie chcę trafić na niedzielę podczas wyjścia do sklepu na zakupy.

Więc nie cieszę się tym, że mam wolne. Nie raduje mnie również to, że za oknem wichura i śnieżna burza. Choć po prawdzie i tak nie planowałem wychodzenia z domu. Do sklepu nie pójdę, bo zasoby finansowe dawno się skończyły. Więc siedzę w domu i zastanawiam się, co ze sobą zrobić.

Siedzenie również do przyjemności nie należy, bo w domu jest zimno. Kiedy śpię pod kołdrą czy kocem, to oczywiście jest dobrze, ale rano trzeba wstać i wtedy już tak miło nie jest. Dziś w nocy mrozu nie było, więc temperatura w pokoju wynosiła około 12 stopni. To trochę zbyt mało, żeby czerpać przyjemność z siedzenia na kanapie. Oczywiście mógłbym sprawić, że piec przepaliłbym trochę więcej gazu i rozgrzał trochę atmosferę w moim pokoju. Mógłbym, ale to rzecz jasna kosztuje, więc siedzę pod kocem i zastanawiam się co począć.


Świat wokół oczywiście istnieje. Ale dziś nie jest dla mnie pomyślny. Iga Świątek nie wygrała swojego meczu w Australian Open i pożegnała się z turniejem. Może to i dobrze, że nie oglądałem tego na żywo. Skończyła mi się subskrypcja na kanały sportowe. Na nowe nie mam oczywiście pieniędzy. Więc w najbliższym czasie, albo trochę dalszym, nie obejrzę żadnego meczu Liverpoolu, czy czegoś innego.


Pieniędzy nie mam także na część opłat, a najgorsze jest to, że nie zanosi się przecież, by w najbliższym czasie coś się w tej kwestii mogło zmienić.

W domu ruina. Oprócz tego, że zimno, to w dodatku kuchnia odcięta od wody (tak, nie mam pieniędzy na wymianę syfonu - i nie chodzi o wodę sodową, ale to plastikowe urządzenie pod umywalką).

Meble powoli (coraz szybciej) rozpadają się. Przydałaby się wymiana większości z nich. W szafie wisi trochę ciuchów, spodni, kurtek, ale z uwagi na moje aktualne rozmiary nie nadają się aktualnie do użytku. Z tych, które spełniają te normy zbyt wiele dobrego nie da się wyciągnąć.


W listopadzie ubiegłego roku zrobiłem głodówkę. Wyszło dobrze, choć nie obeszło się bez dramatycznego zakończenia. Sporo schudłem, bardzo zmieniłem nawyki, ale minęły kolejne tygodnie i niewiele z tego pozostało. Owszem, dieta nie jest najgorsza. W końcu jestem wegetarianinem. Nie jem mięsa, ryb, a do tego nie jem cukru. Odstawiłem słodycze. Bardzo mnie do nich ciągnie, ale póki co, wytrzymuję w abstynencji. Wiem, że jednorazowe złamanie tej zasady sprawi, że nie będę w stanie dalej panować nad moim nałogiem.

Mimo w miarę dobrej diety, nie mam w sobie mocy i sił fizycznych, żeby wyjść z domu. Żeby znowu spacerować, wędrować, przemierzać kilometry ścieżek. No, nie mam. A wiem, że bez tego nie uleczę także duszy.

Bo przecież wiadomo, że wszystko rodzi się w głowie. Także problemy fizyczne. A tych mi nie brakuje. Można rzec, że nawet stale przybywa.


Lista jest wyjątkowo długa. Oprócz kolan, które kwalifikują się do wymiany, oprócz kręgosłupa, który uniemożliwia normalne chodzenie, siadanie na krześle, wstawanie z kanapy, zginanie się, podnoszenie z ziemi przedmiotów, które coraz częściej wypadają mi z rąk. Oprócz tego wszystkiego ciągle mam problemy z jelitami i to są poważne problemy. I tak wstydliwe, że nawet Weiserowi o tym nie będę mówił.

Nie wiem co z moim nadciśnieniem, bo po głodówce przestałem brać leki, nie wiem co z moją cukrzycą i z dną moczanową, bo także nie biorę leków, a na badanie krwi nie mogę się wybrać.


Mam jeszcze problem z jedną rzeczą, ale nawet nie potrafię tego właściwie określić. W ogóle zauważyłem, że mam duży problem z nazywaniem tego, co mi dolega. Więc nie wiem, czy to problem w biodrze (pachwinie), który pochodzi od uszkodzonego kręgosłupa, czy może jakiś narząd wewnętrzny. W każdym razie nie podoba mi się ta sytuacja. Mocno nie podoba.



Siedzę więc w domu i patrzę smutnym wzrokiem jak świat wokół mnie rozpada się na kawałki.

Nie przepadam za samochodami, ale to porównanie bardzo mi odpowiada. Czuję się jak kierowca wyścigowy, który chciał już przejść na emeryturę i dla spokojności duszy wolno, bezpiecznie i dostojnie pojeździć samochodem po okolicy, ale przecież musi jeszcze ukończyć ten ostatni rajd. A znalazł się w takiej sytuacji, że stracił kontrolę nad pojazdem i pędzący samochód wyskoczył mu z zakrętu. Sytuacja trudna do opanowania, ale chyba ciągle możliwa do uratowania i powrotu na właściwe, bezpieczne tory.

Takie mało wyszukane porównanie, wiem to, choć nie do końca jestem pewien, czy nie przeszarżowałem z określeniem "pędzący". Może jednak trochę.



Wysłałem (złożyłem) kilka aplikacji w sprawie pracy. Nie wiem czy się odezwali. Od tygodnia nie sprawdzam poczty.








A plusy? Czy są jakieś plusy?

Po ponad półrocznej przerwie wziąłem do ręki książkę. A potem kilka następnych. Tak, to plus. Duży plus.


Drugi plus jest taki, że w ostatnią środę byłem na spotkaniu z psychologiem.


To nie była klasyczna psychoterapia, tylko spotkanie z ramienia Urzędu Pracy. Mam prawo do trzech takich spotkań. Bezpłatnych spotkań.

Było miło. Opowiedziałem pani Basi o sobie, o tym, co mną kieruje w życiu, a przede wszystkim o tym, czego w życiu nie potrafię robić. Czas szybko płynął, a ja ciągle opowiadałem o sobie.

Pewnie fakt, że od pewnego czasu moje kontakty ze światem są bardzo ograniczone, wpłynął na to, że tyle o sobie mówiłem. To dobre uczucie. Każdy powinien mieć zagwarantowane prawo do tego, żeby z kimś porozmawiać, być przez kogoś wysłuchanym. Każdy tego potrzebuje. Z drugiej strony mam świadomość, że tu przecież nie chodzi o to, żeby przyjść się wygadać, tylko spróbować poszukać wspólnie rozwiązania swoich problemów. Nie chciałbym być taką bardzo starszą panią, dla której wizyta w przychodni lekarskiej stanowi jedyną sposobność, żeby do kogoś otworzyć usta. Takie porównanie. Rozumiecie.

Tak to mniej więcej wygląda. Nie jest dobrze.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *