Za mną okres świąteczno – noworoczny. I całe szczęście. To nigdy nie jest dobry okres dla ludzi walczących z nadmiarem kilogramów. Nie jest. Uwierzcie mi. Nawet jeśli nadal przestrzegasz zasad diety, kiedy nie spożywasz cukru, nie pijesz alkoholu, innych złych rzeczy, to w końcu wpadasz na jakiś głupi pomysł, że to sylwester, że wszyscy balują, świętują, to jakoś chociaż coś dobrego zjem i wypiję. Pizza w wersji zdrowe – wege, dużo soku pomarańczowego, słodkie, acz „none sugar”, kuleczki jaglane z orzechami – to wszystko bardzo mnie rozregulowało. Pizza okazała się niezbyt smaczna, reszta zupełnie zbędna, podobnie jak zbędne w tym przypadku okazały się kalorie. Do tego całego „nieszczęścia” doszedł fakt, że nie mogę wyjść z domu. Znaczy się mogę, ale nie znajduję wystarczająco dużo sił, żeby to zrobić. W poniedziałek byłem w aptece, trzeba było uzupełnić zapas pigułek. A poza tym nic.
Biorąc te wszystkie okoliczności pod uwagę, kolejny pomiar wagi był zupełnie i trochę jednak, niespodziewanie, pozytywny. Prawie jeden kilogram w dół. Plan dalej jest realizowany, z dużym zapasem, do przodu. Fajnie. Perspektywa przejażdżki rowerowej znowu krok bliżej. Przypomnę: według wstępnego planu datą graniczną jazdy rowerowej jest 17 maja. W tej chwili, według rzeczywistej utraty wagi, ta data „łapie się” nawet jeszcze na koniec przyszłego miesiąca. W sumie to tak mało realnie brzmi, że za każdym razem liczę na nowo i sprawdzam tego excela, co excelem nie jest, tylko LibreOfiicem.



