Wygląda na to, że coś się ruszyło w temacie. Mimo bardzo poważnego bólu w kolanie, mimo tego, że rano ciężko mi wstać, to jednak zmobilizowałem się i zacząłem wędrować. Kilometr po kilometrze. Siedem kilometrów na Morenę, jedenaście kilometrów na działkę taty, a dziś prawie piętnaście kilometrów.
Udało mi się trochę ograniczyć jedzenie, co w połączeniu ze sporą ilością kilometrów dało spadek wagi. Ciągle nie jest to stan idealny, ale coś się zaczęło się dziać. Co ważne, ta sytuacja co raz bardziej zaczyna mi się podobać…