Dzisiejszy dzień to kontynuacja procesu doprowadzania się do porządku.
Przede wszystkim spacer. Sześć i pół kilometra ostatniego lata, to byłby raczej żart, ale teraz, zimą, z bardzo bolącym kolanem, to jednak dobry wynik.
Paradoksalnie – długi spacer wcale nie przyniósł zmiany wagi, ale to oczywiste, że jednodniowe pomiary nie zawsze pokazują wiarygodne dane. Prawdopodobnie wypiłem zbyt mało wody i organizm zmagazynował sobie pewną ilość na gorsze czasy.
Rano znowu woda cytryną, potem sok pomidorowy, na obiad, zgodnie z planem własna wersja sajgonek, czyli zawijane w papier ryżowy nadzienie z soi, cebuli i ryżu brązowego, przyprawione curry.
Po obiedzie herbata z cytryną, jabłko, na razie to wszystko.
Plan na jutro to pozostały ryż, soja. Może znowu zawijane w papier ryżowy, może w formie pieczonych kotlecików.
Dzisiejszy spacer trochę obudził we mnie zew natury. Choć pogoda była kiepska, trochę chłodno, a co dla mnie najgorsze, było ślisko, to jednak podobało mi się i to dobry prognostyk na przyszłość.
W kwestii kultury – bo przecież doprowadzania się, wychodzenie z depresji, to nie tylko gubienie kilogramów – to także czytanie książek. Po przeczytaniu Emigracji Malcolma XD, przyszła pora na ”Kwestię ceny” – Zygmunta Miłoszewskiego. Pierwsza to wesoła historia młodego polskiego emigranta zarobkowego na brytyjskich wyspach, a druga (dopiero zaczynam) to rasowa przygoda w polskiej wersji.