Operacja Taty chyba się udała. Rozmawiałem dziś z nim.
Wiesz, Weiser, że o naszej służbie zdrowia zawsze staram się wypowiadać pozytywnie, choćby tylko dlatego, że Ola stanowi jej część. Staram się dostrzegać jedynie ciężką i odpowiedzialną i bardzo nie docenianą pracę, ale dziś, Weiser, zdenerwowałem się.
Tata miał operację wczoraj koło południa. Zadzwonił do nas, kiedy przygotowywał się do zabiegu. Potem nie mieliśmy już żadnych informacji.
Rozumiem, że czasy są takie, że wymagane są środki ostrożności, że odwiedziny chorych są niedozwolone. Rozumiem i akceptuję. Ale kiedy ktoś ma poważną operację, a bliscy nie mogąc go odwiedzić, nie mają żadnej informacji, bo przez cały dzień nikt nie odbiera telefonu, a ponieważ jest niedziela, to prawie nikt nie pracuje – można się bardzo zdenerwować. Ja, siostra i Ola, dzwoniliśmy, a właściwie próbowaliśmy dzwonić, przez cały dzień. Bez skutecznie. Nikt telefonu nie odbiera.
A przecież wystarczyłoby, gdyby ktoś po operacji zadzwonił do wskazanej w karcie pacjenta osoby i przekazał wieści. Jeden krótki telefon i po sprawie. To przecież tak niewiele.
Dopiero dziś rano wreszcie ktoś odebrał telefon i przekazał pomyślne wieści. Dramat.
Przez kolejne godziny znowu próbowałem się dodzwonić, żeby uzyskać jakieś dokładniejsze informacje, oczywiście bezskutecznie. W końcu, wieczorem, zadzwonił sam ojciec.
Wygląda na to, ze wszystko jest dobrze, ale gdyby było inaczej?
To nie powinno tak wyglądać…
Ale najgorsze nastąpiło dopiero później. Ojciec zadzwonił z informacją, że ma koronawirusa i że już się nie zobaczymy…
Kolejne próby uzyskania informacji, kolejne telefony, bez skutku. Ojciec twierdzi, że czuje się źle, ale tak naprawdę nie wiemy, czy to faktyczny stan, czy są jakieś objawy, a może tylko słabość po operacji, zmęczenie i psychika. Nie wiemy, bo nie ma skąd uzyskać jakiejkolwiek operacji.
Dziś rano ktoś odebrał telefon od siostry. Powiedział, że z ojcem jest dobrze.
To nie tak powinno wyglądać…
