Kończy się tegoroczna La Vuelta Cyclista Espana. Według mnie, wyjątkowo nudna, pozbawiona efektownych akcji, ucieczek, prób walki. Jakby wszyscy chcieli tylko przetrwać. Napisałem nawet twitta do Adama Probosza w tej sprawie, a ten nawet mojego tweeta zacytował w transmisji live.
Chodziło mi o to, że może warto byłoby rozważyć, porozmawiać, pomyśleć o jakiś zmianach w kolarstwie, nawet jeśli miały to być zmiany rewolucyjne. Adam Probosz i Darek Baranowski trochę rozmyli temat, co w sumie rozumiem, bo jednak w tym momencie, jako pracownicy Eurosport, w transmisji na żywo, raczej nie będą popierać rewolucyjnych teorii. Szczególnie Darek Baranowski – w końcu to kolarz. Jego spojrzenie na sprawę na pewno jest trochę odmienne od zwykłych kibiców. Koronnym argumentem były ostatnie tury we Francji i Włoszech, gdzie faktycznie działo się wiele i było interesująco. Mój kontrargument był prosty i dowodził, że wszystko, co ciekawe w tych wyścigach spotkało nas dopiero w momencie, kiedy z rywalizacji na skutek wypadków i chorób wypadło kilku faworytów i liderów ekip i wiele z tych ekip musiało wdrożyć do gry plan B, o ile, w co nie wątpię, jakikolwiek plan B istniał. Z kolarskiej smyczy zostali spuszczeni niemal wszyscy zawodnicy i zaczęło się prawdziwe, emocjonujące ściganie.
Czy kolarstwo potrzebuje rewolucji? Rozumiem argumenty, że to bardzo stary, tradycyjny sport nie potrzebujący zmian. Prawda jest jednak taka, że czasy teraz takie, telewizyjne, że wszystkie sporty podlegają zmianom, nawet rewolucyjny, aby tylko sprostać wymaganiom widza i rynku TV. Ja lubię kolarstwo, nawet takie, jak dziś, kiedy nikt marzący o wygraniu całego wyścigu nawet nie próbuje atakować. Próbują regularnie ci słabsi, wygrywając poszczególne etapy. Ale inni, nie przekonają się do niego, bo mimo wszystko ktoś, kto jest laikiem, nie pojmie, dlaczego jeden kolarz wygrywa etap, a po kilkunastu minutach przyjeżdża na metę inny i zostaje liderem wyścigu i bohaterem.
Pewnie o tym już nie pamiętamy, ale gdyby nie rewolucje związane z wymogami TV do dziś w piłce nożnej mielibyśmy dozwolone podania do własnego bramkarza. A za wygrany mecz tylko dwa punkty. W siatkówce gralibyśmy na przewagi do 15, a w tenisie niesłychanie długie mecze, bo nikt nie wymyśliłby tie breaka. Jakie to miałyby być zmiany? Nie jestem aż takim znawcą. Na szybko przychodzi mi do głowy jakaś forma punktacji za poszczególne etapy wynikająca z aktywności i zajętego miejsca danego kolarza na poszczególnych etapach. Coś jakby koszulka najaktywniejszego. Albo liczenie różnic czasowych, czyli zdobytej przewagi nad pozostałymi, tylko dla, powiedzmy, dwudziestu kolarzy. To sprawiłoby, że liderzy musieliby bardziej starać się, na etapach, walczyć, aby przyjechać w tej czołowej dwudziestce. Bo teraz zupełnie im nie zależy. Przez większość trzytygodniowych zmagań jadą spokojnie w peletonie w ochronie kolegów z ekipy, aby raz zaatakować w górach, za tydzień poprawić na czasówce i wygrać wyścig. Czy to sprawiedliwe? Tak, bo wygrali wyścig przejeżdżając go w najkrótszym czasie. Czy to atrakcyjne dla widza? Nie sądzę. I nie chodzi mi o to, jak zrozumiał Darek Baranowski, aby wprowadzić do turu same trudne i wymagające etapy dla górali. Nie, wręcz przeciwnie. Dajmy szanse na wygranie etapu innym kolarzom, bo teraz ma ją tylko kilku nielicznych, specjalizujących się w górskich wspinaczkach. Sprinterzy meczą się trzy tygodnie, przejeżdżają te góry w pocie czoła, aby przetrwać i mieć szansę skutecznie zafiniszować w Paryżu, Mediolanie czy Madrycie. Wprowadzenie punktacji czy jakiejś innej formy łączonej sprawiłoby, że szansę na końcowy sukces mieliby inni zawodnicy, pokroju Sagana, Kwiatkowskiego czy Allaphillipa. Teraz takich szans przejścia do historii kolarstwa nie mają, a przecież są wybitnymi kolarzami. Również te wszystkie dodatkowe klasyfikacje w postaci koszulek również budzą niezrozumienie. Kolarz zabiera się w ucieczkę, wygrywa górską premię, zdobywa koszulkę górala, a potem jedzie w niej przez pół wyścigu, bo nikomu innemu na niej nie zależy. Oczywiście, żeby tak się stało, trzeba się umówić z rywalami, że ja zdobywam punkty za górskie premie, ale za to więcej pracuję dla innych – rywali z ucieczki. Kolejne linie premii przejeżdżają bez jakiejkolwiek walki, bo tak się umówili. W końcu, kiedy w wyścigu zaczynają się prawdziwe góry i związane z nimi podjazdy, jeden z silniejszych wygrywa górską premię gdzieś w wysokich Alpach czy Pirenejach i dostaje koszulkę najlepszego górala, bo linia, którą przekroczył ktoś wycenił na 50 punktów, a tamte wcześniejsze, niższe, tylko na 5. Bez sensu. Broni się jeszcze klasyfikacja najaktywniejszych, to mamy w peletonie kogoś takiego, jak Peter Sagan. On zawsze będzie walczył tam, gdzie istnieje szansa wygrania czegoś, choćby koszulki najaktywniejszego. A pomyślcie, jakie to było ściganie, gdyby Peter Sagan, w wyniku rewolucji punktacji w kolarstwie miał szansę na końcowy sukces. Czy takie zmiany są w kolarstwie możliwe? Oczywiście. Skoro były możliwe w tenisie, to z pewnością w kolarstwie również. Kwestia czasu.
