2 marca 2020 – dzień setny

Wylądowałem w czarnej, głębokiej dupie. Można by to oczywiście ująć nieco delikatniej, bardziej poetycko i stwierdzić na na przykład, że po przepłynięciu przez  niezmierzony ocean mojego ponad półwiecznego życia, po nierównej walce z targającymi mnie huraganami moich największych pragnień i oczekiwań, z  ciągłą walką z zalewającymi mnie nieustannie rozległymi wodami  ograniczeń, albo często  zwykłych ludzkich podłości, po przedostaniu się przez wyjątkowo ciemne i mętne wody moich dawno umarłych marzeń, dotarłem do samego środka zupełnie niczego

Minął pierwszy miesiąc mojego wypowiedzenia.  Zdaję sobie doskonale sprawę, że pozostałe dwa miesiące miną równie szybko, albo nawet szybciej. Powinienem coś zacząć robić.  Bardzo powinienem, ale nie mam siły.  Zaczyna mnie to przerastać, choć nawet nie zacząłem tym się zajmować.  Moja strefa komfortu,  z której powinienem się szybko wyrwać trzyma mnie w swoich szponach jak najbardziej dorosły drapieżny ptak.  Nie mogę nic zrobić.  W swej bezgranicznej naiwności ciągle liczę, że ktoś w mojej pracy (kierownik? dyrektor?) wezwą mnie na rozmowę i stwierdzą, że jestem jednak potrzebny, że nie chcą, abym odchodził, że zaproponują sytuację, która sprawi, że zmienię zdanie i dalej będę  najlepszym pracownikiem renomowanej, amerykańskiej firmy.  Ale oczywiście życie, to nie romantyczna komedia, nic takiego nie miało miejsca.  Jeden z nich  poradził mi, żebym uciekł na zwolnienie, a drugi nawet nie uznał za potrzebne w ogóle o moim zwolnieniu rozmawiać.  Więc jestem w czarnej dupie. Muszę zacząć szybko działać, ale nie mogę nic zrobić. 



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *